My new accessories

GUMIJAGODA

My new accessories

Narzędzia niezbędne w pracy blogerki – test telefonu Alcatel Idol 4s

KAMERALNA

Narzędzia niezbędne w pracy blogerki – test telefonu Alcatel Idol 4s

Journalistka

UNIKNĄĆ DEPRESJI

Za tydzień już jesień, a z badań wynika, że to właśnie na jesień najwięcej osób autodefiniuje sobie depresję i zapisuje się na terapię. Przychodzi pacjent do terapeuty i mówi: mam depresję, proszę mi pomóc. Terapeuta nie zadaje pytania dlaczego uważa pan/pani, że ma depresję/na jakiej podstawie to pan/pani stwierdził(a), bo nie może tego zrobić, tylko Read More

Puder, róż i już. Naturalny makijaż z Annabelle Minerals.

Nieperfekcyjna Pani Domu

Puder, róż i już. Naturalny makijaż z Annabelle Minerals.

            Za sprawą konkursu, w którym zdecydowałam się wziąć udział dzisiaj mam przyjemność przedstawić Wam moje pierwsze doświadczenie z kosmetykami mineralnymi. Pierwsze ale na pewno nie ostatnie, gdyż kosmetyki Annabelle Minierals zachwyciły mnie swoją wydajnością, intensywnością  a przede wszystkim naturalnym składem.Dlaczego wybrałam kosmetyki mineralne?       Będąc świadomą konsumentkom szczerze polecam te produkty, gdyż mają składniki naturalnego pochodzenia i pozytywny wpływ na środowisko (brak testów na zwierzętach, są odpowiednie dla wege, idealne dla alergików oraz właścicieli skóry bardzo wrażliwej). Ważną ich zaletą jest fakt, że nie zapychają porów, skóra oddycha a sam makijaż wygląda bardziej promiennie. Zmatowienie twarzy jest delikatne, ale bez problemu utrzymuje się cały dzień. Aby pokazać swoje "naturalne piękno" postawiłam na naturalny makijaż, delikatny krem, puder i róż a na powiece cień nude. Niestety zdjęcia mojego makijażu robione telefonem nie oddają zalet tych produktów, więc mam nadzieję, że uwierzycie mi na słowo ;).

16.09.2016 - Trendy JESIEŃ/ZIMA 2016/2017

mishmashwardrobe

16.09.2016 - Trendy JESIEŃ/ZIMA 2016/2017

Marynarski zegar

twojediy

Marynarski zegar

JOTEM

ADATA SE730: Miniaturowy dysk SSD

Lekki, szybki i miniaturowy. Zewnętrzny dysk SSD ADATA SE730 nie tylko łączy wszystkie te cechy w jednym urządzeniu, ale dodatkowo oferuje odporność na wodę, pyły oraz wstrząsy. Napęd SE730 to jeden z najmniejszych przenośnych dysków SSD, dostępnych na rynku. Mimo niewielkich rozmiarów, oferuje wydajność kilkukrotnie przewyższającą osiągi klasycznych zewnętrznych dysków HDD. ADATA SE730 został zbudowany w oparciu o pamięć flash, wykonaną w technologii MLC. Zastosowanie portu USB 3.1 drugiej generacji umożliwia kopiowanie i odczytywanie danych z prędkością do 500 MB/s. Wtyczka USB typu C ułatwia korzystanie z dysku i umożliwia bezproblemowe kopiowanie danych pomiędzy urządzeniami z systemami Windows, Linux, Mac OS i Android. Dzięki temu, poza typowymi zastosowaniami, napęd ADATA można wykorzystać jako dodatkową pamięć w smartfonach i tabletach (obsługujących funkcję OTG). O pracy urządzenia informuje niebieska dioda LED, ukryta pod zaślepką portu USB. Obudowa dysku ADATA SE730 została wykonana z aluminium i spełnia wymogi normy IP68. Oznacza to odporność na zanurzenie w wodzie do głębokości 1,5 metra przez 60 minut oraz całkowitą pyłoszczelność. Dodatkowa militarna norma MIL-STD-810G 516.6 gwarantuje odporność na wstrząsy i uderzenia. Dysk waży zaledwie 33 g, a jego wymiary to 72 x 44 x 12,2 mm. Jest więc zbliżony wielkością do karty płatniczej. Dysk ADATA SE730 jest już dostępny na polskim rynku. Występuje w wersji o pojemności 250 GB, z obudową w kolorze czerwonym lub złotym. Jego sugerowana cena to 499 zł. Napęd został objęty 3-letnią gwarancją producenta. // Post ADATA SE730: Miniaturowy dysk SSD pojawił się poraz pierwszy w Lifestyle, technologie, ciekawostki blog kulinarny.

JOTEM

Ocean wytrwałości na Nat Geo People

Damien Rider, człowiek dręczony przykrymi wspomnieniami z dzieciństwa, w którym doświadczył maltretowania i molestowania, postanowił raz na zawsze zerwać z trudną przeszłością. Jego sposób na przezwyciężenie traumy to dokonanie niemal niewykonalnego czynu przepłynięcia 800 km na desce napędzanej siłą rąk. Jego zmagania w osiągnięciu celu, zarówno fizyczne jak i psychiczne, będzie można zobaczyć już w październiku na kanale Nat Geo People. Dzieciństwo Australijczyka Damiena Ridera było bardzo trudne, znęcano się nad nim i molestowano. Dom nie był dla niego i jego rodzeństwa ciepłym, rodzinnym miejscem, tylko siedliskiem bólu i przemocy, które pozostawiło trwałe skazy na psychice. Przez wiele lat zmagał się z zespołem stresu pourazowego i walczył z bolesną przeszłością. Wreszcie postanowił raz na zawsze zerwać z traumą, podejmując się niemal niewykonalnego czynu – przepłynięcia 800 km na desce do pływania, napędzanej siłą rąk. Podróż z Coolangatty w mieście Gold Coast do słynnej plaży Bondi miała pomóc mu odnaleźć ukojenie i spokój psychiczny. Jednakże kolejnym, równie ważnym dla Damiena celem jego wyczynu, było zwrócenie uwagi świata na problem molestowanych dzieci. Przygotowania wymagały od niego wielkiego wysiłku i masy wyrzeczeń – musiał przygotować swoje ciało na 17 dni ciągłej pracy mięśni. W trakcie ekstremalnie niebezpiecznej wyprawy, musiał stawić czoło przeciwnościom i własnym słabościom. Oprócz bliskiego spotkania z rekinem, musiał wytrzymać m.in. wciąż zmieniające się warunki pogodowe, na przemian palące słońce i ulewny deszcz. Jednak ta wycieńczająca do granic możliwości podróż była, jak sam mówi, najlepszą rzeczą, jaka mu się w życiu przytrafiła. Wysiłek, który dla przeciętnego człowieka byłby czymś niewykonalnym, sprawił mu radość, powodując, że pomimo spędzenia tak długiego czasu w samotności, wreszcie po raz pierwszy w życiu nie myślał o przeszłości. Czy jego determinacja będzie wzorem dla innych skrzywdzonych dzieci? Damien ma nadzieję, że tak. „Ocean wytrwałości”, premiera w czwartek, 6 października, o godz. 22:00 na kanale Nat Geo People.   Post Ocean wytrwałości na Nat Geo People pojawił się poraz pierwszy w Lifestyle, technologie, ciekawostki blog kulinarny.

Zawsze warto próbować!

Fashionable

Zawsze warto próbować!

Babskie czytanie czyli powiedz mi, co czytasz

Lady Gugu

Babskie czytanie czyli powiedz mi, co czytasz

STYLIZACJA Z ROCKOWYMI AKCENTAMI + KONKURS SOMERSBY

charlizemystery

STYLIZACJA Z ROCKOWYMI AKCENTAMI + KONKURS SOMERSBY

Szafeczka blog

Przesłanie samotnej matki: masz podwójną moc!

Mimo iż nie jest mój, to jeden z ważniejszych tekstów na blogu. Wywołam we mnie śmiech, zrozumienie oraz łzy. Wiem, że pomoże niejednej z Was! Nawet jeśli nie jesteś samotną matką… Przeczytaj, pomyśl, doceń i zrozum. Przesłanie samotnej mamy do samotnych mam i nie tylko. Kochane, ten tekst kieruję przede wszystkim do Was, ponieważ z moich… The post Przesłanie samotnej matki: masz podwójną moc! appeared first on szafeczka.com.

Ważne rzeczy o włosach, które chciałabym wiedzieć kilka lat temu

URODA I WŁOSY

Ważne rzeczy o włosach, które chciałabym wiedzieć kilka lat temu

Jak tanio zobaczyć Lwów i nie przekroczyć dwóch stów - krok po kroku!

ANIA MALUJE

Jak tanio zobaczyć Lwów i nie przekroczyć dwóch stów - krok po kroku!

Lwów całkowicie mnie oczarował i totalnie podbił moje serce i chociaż wszystko było po taniości to popełniłam kilka błędów. Dzisiaj mogłabym zorganizować taki wyjazd jeszcze lepiej i jeszcze...taniej. Czytaj dalej »

Jest pięknie

Mój test: pianka oczyszczająca Foamer 15 Dermaceutic

Od lat jestem wierna mojej ulubionej piance do twarzy z wyciągiem z drzewa herbacianego The Body Shop. Kiedy zmieniono wygląd naklejek, odpytywałam sprzedawczynie, czy aby skład pozostał bez zmian (na szczęście tak). Całe życie miałam cerę mieszaną / tłustą i teraz, kiedy dobiegam czterdziestki, nic się nie zmienia w tej sprawie. Może to i dobrze, może dzięki temu będzie mniej zmarszczek? W każdym razie, lubię kosmetyki do mycia twarzy, które oczyszczają. Pianka z kwasem glikolowym brzmiała trochę przesadnie, ale dlaczego nie spróbować? Pianka oczyszczająca Foamer 15 Dermaceutic jest co prawda żółta w pojemniku, ale na szczęście na dłoni już biała. Pachnie kwaskowato, na początku leciutko szczypie skórę. Na co dzień się nie maluję, więc nie mam osobnego zestawu kosmetyków do demakijażu skóry - używałam więc tej właśnie pianki. Wtedy potrzebowałam co najmniej dwóch pompek specyfiku i dwóch podejść do zmycia, ale skóra była doskonale oczyszczona. Wbrew obawom, kwas glikolowy nie wysuszył mi skóry - miał z nią styczność kilkanaście sekund podczas mycia. Zauważyłam jednak, że rzadziej potrzebuję robić peeling twarzy - skóra jest teraz wystarczająco oczyszczona dzięki piance. Jasne, peeling raz na jakiś czas to konieczność, poza tym przyjemność, ale ten efekt mi się podoba. Jakimś cudem ustrzegłam się większych przebarwień w lecie (może to dlatego, że lato było krótkie i raczej nie sprzyjało opalaniu), więc trudno mi ocenić wpływ pianki na ten problem skóry. Aha, jeśli uważasz, że 15% stężenie kwasu glikolowego to za dużo, jest też wersja pięcioprocentowa. Pianka oczyszczająca Foamer 15 Dermaceutic kosztuje 130 zł za 100 ml.  http://dermaceutic.com.pl/The post Mój test: pianka oczyszczająca Foamer 15 Dermaceutic appeared first on Jest Pięknie.

Dobre nawyki, nad wdrożeniem których aktualnie pracuję #2

Lifemenagerka

Dobre nawyki, nad wdrożeniem których aktualnie pracuję #2

BEIGE SHORTS

GUMIJAGODA

BEIGE SHORTS

Vivi&Olis room ( new desks photos&movie)

Vivi & Oli

Vivi&Olis room ( new desks photos&movie)

Zakup nowych biurek dla dzieciaków spędzał mi sen z oczu. od ponad roku. Od bardzo długiego czasu szukałam czegoś fajnego dla blizniaków, nie koniecznie jednak za kilka tysięcy złotych , ale jakaś fajna funkcjonalna podstawę do rysowania, malowania, pisania...Nie czułam duzej presji bo zazwyczaj wszytsko razem robiliśmy przy naszym dużym stole w jadalni.... jednak kiedy w końcu kupiłam nowe biurka szczescie dzieci nie miało granic. Nawet nie podejrzewałam że takie własne miejsce pracy sprawi im tak ogromna radość. Vivka mówiła że chyba to jej sie śni, bo zawsze marzyła o takim właśnie biurku ... ( sweet )Biurka i krzesełka pochodzą z ikea. Lekkie i zgrabne, nie zajmują duzo miejsca, co w pokoju dzielonym prze dwójkeę dzieci jest istotne. Z pozoru małe szufladki mieszczą dużo dziecięcych szpargałów, kredki, koloraowanki, notesiki a długi blat pozwala na ustawienie paru gadzetów tak by nie przeszkadzały w pracy. Dodatki na biurkach to zbieranina ze sklepow ze starociami, tkMaxxu, Ikei czy Mailega (na dole pdpisze dokladniej )Ciągle jednak nie mieścimy się z ksiażkami i puzzlami, grami itp. wiec w planach jest by miedzy biurkai zbudować domek...taki jak kiedyś mieliśmy dla muszek - KLIK - tylko tym razem wielki, do sufitu z częścią otwartą i zamykaną na te rzeczy właśnie.... chyba że wstawimy "zwykłą" szafkę ...muszę to jeszcze skonsultować z dzieciakami. Ogadajcie w HD ( kolo zebate na dole po prawej stronie )I jeśli macie ochotę to bede wdzięczna jeśli subskrybujecie mój kanał YOU TUBE TUTAJ a zawsze pierwsi zobaczycie nowy film :) Część Olka :Globus i walizka - tkmaxx, Kartonowe pudelka - ikea, Lupa, zeszyt - empik, Plecak pinokio - On y va, Naklejki piraci i mazaki  - Djeco, psiak - Maileg , Burko i krzesełko - IkeaCzęść Vivki :Pudeleczko w paski z szufladkami i kartonowe w roze, kolorowanki z modą - tkmaxx, pudełko półokrągle mietowe na spinki - maileg, piórnik - On y va (a w środku genialne miękkie włoskie kredki)  zabawki na półce nad biurkiem, skrzydełka i wisząca sukienka - Maileg Baldachim - Numero74 , zabawki pod baldachiemm - Maileg , Lampa Miffy - Mr Maria. .ZapiszZapiszZapiszZapisz

BAKUSIOWO

Znalazłam sposób na zajęcie dziecka (i męża!)

Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. To miał być prosty test, który przeprowadzę na Matim. Albo się tym zainteresuje, albo jak to on, pobawi się po swojemu i znudzi po kilkunastu minutach. Okazuje się, że przez przypadek, oprócz sposobu na skuteczne zajęcie dziecka znalazłam również sposób na skuteczne zainteresowanie Maćka, który razem z Matim przepada na…

Street look by Rebel Fashion Style

Rebel Fashion Style

Street look by Rebel Fashion Style

Fashion Editorial Part I

Żyrafy Wychodzą z Szafy - fashion blog

Fashion Editorial Part I

Kiedy moce nadludzkie i szamańskie energie połączą się w całość, może wyjść z tego mieszanka wybuchowa. Tak trochę było podczas sesji modowej przy współpracy z wybitną polską projektantką Honoratą Ruszczyńską, utalentowaną wizażystką Magdaleną Kadzińską, wyjątkową modelką Kamilą Nowak i ekscentrycznym fotografem Pawłem Barańskim.Spotkanie z Honoratą Ruszczyńską, twórcą i projektantką marki Orushka było dużym estetycznym wyróżnieniem i przeżyciem. Spotkałam się z nią przed sesją w podpoznańskim atelier, gdzie projektantka tworzy i realizuje swoje kolekcje, z dala od miejskiego rumoru. Dla stylisty obcowanie z modową formą sztuki, to uśmiech losu! Jakość tworzenia, precyzja szycia, fantazja i skupienie na detalu, to tylko niektóre z synonimów sygnujących styl Honoraty. Do tego barwne tkaniny, dużo jedwabiu, złota, lazurowego wybrzeża, wytrawnych wiśni, fioletów, wzbudzonego morza, limonki oraz cukru pudru. Sesję wg. koncepcji Pawła realizowaliśmy pierwotnie na Rynku Jeżyckim w Poznaniu. Dzięki temu chcieliśmy wydobyć kontrast pomiędzy luksusową, przerysowaną hermetycznością a szarością i normalnością życia codziennego- życia zwykłych ludzi.Na efekt sesji będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Poniżej backstage z planu zdjęciowego i przygotowań.

LAZY SUNDAY w Starym Browarze!

Żyrafy Wychodzą z Szafy - fashion blog

LAZY SUNDAY w Starym Browarze!

Sex and the City! Czyli zakupy z osobistą stylistką!

Żyrafy Wychodzą z Szafy - fashion blog

Sex and the City! Czyli zakupy z osobistą stylistką!

(po)REMONTowy zawrót głowy!.. czyli o dwóch takich, co uwielbiają porządki ;)

Boginie przy maszynie

(po)REMONTowy zawrót głowy!.. czyli o dwóch takich, co uwielbiają porządki ;)

     Wakacje skończyły się dwa tygodnie temu, a na boskim blogu nadal wakacyjne rozprężenie. Jeśli jednak myślicie, że nie mogąc zwlec się do codziennego reżimu i pisania do Was, leżę na plaży i dosmażam boczki, jesteście w wielkim błędzie. Tuż po powrocie z wakacji spotkały mnie bowiem takie rewolucje, że żołądkowe przy nich są zgoła królewskim luksusem... Otóż, kończy się u nas remont, który pozbawił mnie najmarniej dwóch lat życia, a przysporzył tyle zgryzot, ile nadziei na przepiękny koniec.     Ale po kolei, żeby nie było, że miód, orzeszki i lukrecja na wierzchu...     Nie wiem, ile razy powiedziałam to odkąd zostałam mamą Gucia i Leosia, ale... jakim (k..!) cudem moje tyciaki mają już dziewięć miesięcy!? Ile razy biadoliłam, że czas uległ zakrzywieniu i że moja doba trwa jakieś dwie godziny? Jakby tak nakręcić mnie ukrytą kamerą, i przewijać do przodu na podglądzie, wyglądałabym na tym filmie jak jakaś odurzona podejrzanymi substancjami, zakręcona kobieta z rozwianym włosem, niedokończonym strojem (zwykle do połowy jakoś się zgadza.. potem już gorzej. Od dnia zależy, o którą połowę zadbam bardziej), uwijająca się jak w ukropie pomiędzy kilkoma bohaterami, z których najwięcej uwagi zajmują jej dwa uczepione do nogi berbecie.     Sytuację moją pogarsza do potęgi entej kończący się remont domu. Niby-kończący się, bo przeciągający się w nieskończoność. Ciągle czegoś brakuje, ciągle nawalają fachowcy, anonsując się z dnia na dzień - rozpieprzając cały powstały wcześniej plan, albo częściej - co gorsza - nie anonsując się wcale... Długimi tygodniami. I weź bądź tu mądry i planuj...Remont, rozpoczęty w połowie lipca miał się skończyć dokładnie 30 sierpnia, a my ten okres bezdomności mieliśmy spędzić w istnym błogostanie, na wakacjach. Najpierw Kaszuby, potem Kujawy, się gra, się ma... potem miał starczyć jeden dzień na ogarnięcie się (o ja naiwna) - i już 1 września - zaczynała się szkoła. Co więcej - nowa szkoła, bliżej domu, czytaj: totalna rewolucja w naszym domowym ognisku i w psychice moich starszaków, do której to miałam ich na spokojnie przygotować, łagodnie wprowadzić w nową społeczność i nowe obowiązki.     Tia...     Jak zwykle wyszło jak zwykle - remont przeciągnął się dwa tygodnie, a może i przeciągnie się dłużej, tylko ja już straciłam cierpliwość. Kilka dni temu wprowadziłam się z dziećmi na stan totalnie nieogarnięty. Z tysiącem (bez mała!) toreb powakacyjnych, mieszczących dwumiesięczne własności, oraz z drugim tysiącem kartonów, toreb i siat, przez wakacje zalegających w nieruszanych pomieszczeniach, do których to w czerwcu spakowaliśmy swój marny doczesny dobytek, wprowadziliśmy się do naszej bezpiecznej przystani, zdradzającej, co prawda, elementy kunsztownego wykończenia, ale któremu do ukończenia całości połowy najmarniej brakuje. Ale gdybym miała czekać na cudowny finis, mogłabym w istocie sczeznąć ze zgryzoty, na wygnaniu u kochanej cioci, co nas do siebie przygarnęła we wrześniu bez zbędnych pytań. Dogłębne wyrazy wdzięczności i kosze kwiatów dla cioci! (Buziak jeszcze raz :* <3)     I tak moja pożałowania godna, ale wciąż jednak wakacyjna egzystencja zmieniła się w koszmarną alternatywną rzeczywistość. W tej chwili czuję się jak bohaterka jakiegoś programu typu "Szkoła przetrwania". Serio, myślę, że jestem cyborgiem, lepszym niż Bear Grylls. Ogarniam praktycznie wszystko. I to hurtem, naraz. Aktualnie wiem, że poradziłabym sobie bez maczety w każdej dżungli, na bezludnej wyspie zbudowałabym wioskę z samych dobrych chęci, a na pustyni odnalazła oazę, wiedziona tylko i wyłącznie matczynym instynktem.Nie mam słów, by opisać uczucia, które aktualnie mi towarzyszą: obłędnego deja-vu (kolejna torba!? Przecież to już rozpakowałam!), totalnego wyczerpania, za którym idzie mdląca pewność, że to jeszcze nie koniec męczarni, oraz euforii, gdy uda mi się odgruzować kolejne metry przestrzeni, aż do wkurzenia sięgającego zenitu, gdy odkrywam kolejny babol na nowej ścianie...Do nerwicy doprowadzają mnie ciągle mnożące się worki brudnych ciuchów (z dwóch miesięcy!), zalegające w kotłowni, do której nie da się już wejść; biurka synów moich, mieszczące prawdopodobnie wszystko potrzebne, by przetrwać w szkole przez najbliższe dziesięć lat, dziesiątki toreb z nie wiadomo czym, ale czymś nie do wyrzucenia, co trzeba teraz rozmieścić sensownie w nowo-aranżowanym domu, pełnym nowych skrytek i szuflad, którym najpierw trzeba nadać przeznaczenia, uwzględniając całą ergonomię,  logikę i logistykę.Zgon miałam na starcie, zobaczywszy tylko, z czym muszę się zmierzyć. Nie podejrzewałam najgorszego...     Dla Gucia i Leona tenże stan, zwany poremontowym bajzlem, wydaje się być rajem. Moje Tyciaki - już nie takie znowu tyciaki, ważące ok 9,5kg każdy, pełzają, raczkują, maszerują z krzesłami, wzdłuż mebli, ciągnąc za sobą wszystko, co napatoczy im się na drodze. Pieczołowicie badają organoleptycznie mikroskopijne śmietki, stwierdzając, że praktycznie wszystko wokół nadaje się do jedzenia. Memłają powyciągane z nie wiem jakich książek kartki, podarte gazety, którymi owijaliśmy w czerwcu talerze i kubki, z rozkoszą układają po swojemu naczynia w zmywarce, co chwilę testując podłogę na wytrzymałość, zrzucając z impetem a to talerz, a to kubek. Nabijają guzy, plącząc nogi w odmęty pustych toreb, a matkę, która uwalnia ich z pęt tychże śmieci okresowo raczą to uśmiechem, to wrzaskiem godnym goryla z Kongo. Z namiętnością godną Greya przełażą przez wszystkie barykady, czym doprowadzają-prawie-do-tragedii mniej więcej co 10 minut. Najprawdopodobniej osiwiałam już, tylko jeszcze tego nie zauważyłam, pokryta poremontowym pyłem... a one, mimo wszystko, wydają się być niezwykle zadowolone. Otóż, moi państwo, nie ma nudy, więc wiedz, że coś się dzieje! Dlatego spać nie warto, a jak już, to jeden musi czuwać, coby niczego nie przegapić. Śpią zatem na zmianę, ząbkując do tego i śliniąc, i ślimacząc wszystko, co się nawinie...     I mogłabym tak dalej nawijać, płakać, marudzić i stękać nad swoim losem, ale jedno wam powiem: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W nie wiem jak zabałaganionym, nie wiem jak niedokończonym, nie wiem jak pełnym strasznych kątów, z których wyzierają rzeczy do ogarnięcia przez carycę matkę, czyli mnie, to jednak zajebiście, ale to zajebiście kocham ten nasz dom!Mimo całego zmęczenia, utyskiwania, wypłakiwania się sobie w rękaw... mimo stanów skrajnie depresyjnych, gdzie już nic mi się nie podoba, syf wszędzie, coraz to nowy, i najlepiej to w ogóle umrzeć, niech inni się męczą... i gdy już nocą mąż bez powodzenia próbuje wydobyć ze mnie coś więcej, niż rozdarte, miotające się w oszołomieniu po domu zwierzę, po raz dziesiąty szukającej ładowarki do telefonu, bo jeszcze nie znalazłam na nią dobrego miejsca, przez co ciągle się gubi... Kobiety krzyczącej "A po co mi to wszystko było!", oraz "Nigdy więcej nie pójdę na zakupy. Mamy za dużo rzeczy!".Mimo to... powiem wam coś. Jestem skrajnie, ale to skrajnie szczęśliwa, a już niebawem nasz dom, NASZ DOM, będzie najpiękniejszym miejscem na ziemi. Na razie musicie mi uwierzyć na słowo, ale to, co ukazuje się moim oczom, po odgruzowaniu, nadaje się po prostu do wielbienia. To nasze miejsce. Czuję to.Miałam pokazać Wam na początku września nowe wnętrza i olśnić was tak samo, jak sama byłabym olśniona, a tymczasem jedyne, co mogę Wam pokazać, to rozmyte skrawki aktualnej wojny domowej... ale popatrzcie, z czym mierzę się od kilku dni ;) tak na dowód, że nie ściemniam ;)Foty z komórki, szału nie ma, ale ładowarki do aparatu jeszcze się nie dokopałam ;)Człowiek bez bramki dla pełzającego towarzystwa musi sobie jakoś radzić... stary i spisany na straty z racji wielu uszczerbków zyskał nową rolę - stoi na straży bezpieczeństwa moich pasikoników ;)O, to, to.. pierwsze koty za płoty, potem było coraz gorzej... Wierny towarzysz podróży ;)I poranna ja - jeszcze pełna nadziei ;)A kuku!Pasja czytelnicza u nas kwitnie, u wszystkich domowników. Młodzi nie mogą być zatem ignorantami ;)OK, wierzycie mi już? Wybaczycie tę długą ciszę? :DTylko powiedzcie mi: czy tylko mnie tak wykańczają remonty?! Czy tylko ja mam wrażenie, że on nigdy się nie skończy i tylko ja modlę się do stolarza, by wreszcie przyjechał domontować te cholerne walające się półeczki? Czy tylko ja waham się, czy samej nie przenieść jednak gniazdka z internetem z prawej strony ściany na lewą, bo się o elektryka nie idzie doprosić?! Poradźcie, jak sobie poradzić z tym całym kołowrotem i napełnijcie nadzieją, że to się w końcu uda... co? Bo chyba się uda? Co?...~ Pat

Czy sklep mojezakupy.net sprzedaje podróbki?

Jest pięknie

Czy sklep mojezakupy.net sprzedaje podróbki?

Velvet Dress

STYLLOVE

Velvet Dress

LOVE WHITE

LOVEFASHION

LOVE WHITE

Przegląd tygodnia #2/09

Lifemenagerka

Przegląd tygodnia #2/09

Biurko z OSB – metamorfoza mojego biurka

Odkryte litery

Biurko z OSB – metamorfoza mojego biurka

9 lat to bardzo długo

Makóweczki

9 lat to bardzo długo

Historię poznania oraz miłości mamy filmową. Ja – młody buntownik, nie mogący zagrzać miejsca nigdzie na dłużej niż 15 minut, świeżo po powrocie ze Stanów z wielkimi planami na podbój świata. W domyśle sądziłam, że w przyszłości będę samotną biznes women z dzieckiem (! serio, zawsze sądziłam, że będę miała dziecko) mieszkającą w NY, codziennie rano upychającą się w przymałą garsonkę. W wieku lat 22 na koncie miałam najdłuższy związek o rekordowym czasie, trzech miesięcy. Wychowana w dużej pewności siebie, wiedziałam, że jak w pierwszych miesiącach mi coś bardzo nie pasuje to to się w magiczny sposób nie zmieni po latach. Więc nacałowałam się tych żab.. Oj nacałowałam ;) On – romantyk i marzyciel. Zawsze chciał mieć tę jedną jedyną i na zawsze, a kiedy ta wersja nie wyszła, popadł w samouwielbienie i szukał ideału. No i w wieku lat 23 znalazł mnie. Oświadczył się po sześciu miesiącach znajomości (nawet nie, że bycia parą, bo oczywiście zdążyłam go rzucić ze 3x ;)). Ale kiedy klęczał w kałuży wiedziałam na 100%, że to ten jedyny. ‚Tak’ było tylko formalnością. Pobraliśmy się trzy miesiące później. Było to 9 lat temu… The End… No dobra, tak to jest w bajkach. Wszystkie wiemy, że dopiero potem zaczyna się najlepsze. Bo pomijając romantyczną otoczkę powyżej, co 22 i 25- letnie srele wiedzą o życiu. W dom by się chcieli bawić i w miłość po wieczne czasy. A tu w sobotę trzeba kibel czyścić i śmieci wyrzucić. I ukochana o poranku ma oddech jak wyziewy z wysypiska. I pracę do 21 w całkiem doborowym towarzystwie, więc pojawia się zazdrość, a chwilę dosłownie później dwie kreski na teście ciążowym. Jakoś nam tak szybko poszło, bo równy rok od momentu poznania, 4 miesiące po ślubie byłam już w ciąży. Był to rewelacyjny okres. Tak sobie teraz myślę, że w ciąży to się jednak powinno chodzić mając 20-25 lat. Ile człowiek ma wtedy energii, zapału, świeżości w zwojach mózgowych. Co ja w tej ciąży wyrabiałam – imprezy, zawody w kometkę na babcinym podwórku, spacery po pińcet kilometrów. Teraz bym pewnie położyła się i poczekała na rozwiązanie ;). No dobra, teraz to jestem chora, więc się nie liczy. W każdym razie ciążę (choć zagrożoną) wspominam bajecznie. Mąż noszący na rękach, pędzący po pomidory o każdej porze. Mąż głaszczący brzuszek. Mąż czytający kijance. Mąż… W trakcie porodu, a dokładnie cesarskiego cięcia, widziałam jego oczy pełne zachwytu i uwielbienia dla mnie a potem… pękł i zalał się zachwytem kiedy zobaczył naszego syna. Słyszałam tylko zza kotary „piękny, idealny, najcudowniejszy!”. Logicznym więc było, że to on wstawał przewijać synka i podawał mi do karmienie. Kąpaliśmy go razem, myliśmy, pielęgnowaliśmy, przewijaliśmy… razem. W dzień ja, kiedy on wrócił do pracy. Po południu i w nocy on, biorąc pod uwagę fakt, że choć Pan Tata zawodowo piastował poważne stanowisko, to ja musiałam w dzień być bardziej wypoczęta, bo troszczyłam się o małe ludzkie życie. Nigdy mi nie pomagał. Dziecko nie było moje, a on nie był nianią na godziny. Robił wszystko po równo, a może i więcej. Wstawał nocami, nosił, do odbicia, jeździł po lekarzach, czytał do kołyski, spacerował. To on umiał najlepiej obciąć maleńkie paznokietki i ubrać body przez głowę. Już wtedy wiedziałam, że z doskonałego męża stał się idealnym ojcem. I nic się  przez lata nie zmieniło. Był moją skałą, wsparciem w czasie choroby mamy. Bez mrugnięcia okiem przystał na moją propozycję sprzedania mieszkania (ze stratą, bo kupionego w bańce spekulacyjnej) i przeprowadzenie się bliżej mamy, żebym się mogła opiekować nią w czasie chemioterapii. To on płakał z radości widząc kolejne dwie kreski, a potem bólu kiedy straciliśmy synka. To on ledwie łapał powietrze otrzymując informacje, że to na monitorze to córeczka, na 100%. Wymarzona córeczka! Razem remontowaliśmy trzy własne mieszkania (tak, wiem szybko nam poszło ;)) a potem budowaliśmy dom. Pozabijaliśmy się przy tym domu prawie, ale dziś z perspektywy czasu wiemy, że to tylko umocniło naszą miłość. Mieliśmy przez te 9 lat swoje wzloty i upadki, ale kiedy jest świadomość tej tony miłość z obydwu stron, da się przeskoczyć każdą trudność. Nie wierzę w przeznaczenie, ale wiem, że ktoś nade mną czuwał i pomógł mi znaleźć partnera idealnego. Może dlatego, że byłam taka uparta i nie rozmieniałam się na drobne w poszukiwaniach. Może to ta pewność, że albo znajdę ideał albo wolę być sama. Bo sama też jestem fajna i sobie poradzę. Nie chciałam niczego na siłę i z przymusu. To ważna lekcja, którą chcę przekazać swojej córce. Nic nie musisz, wszystko możesz… Mając silny kołnierz wysokich norm i wartości wyniesionych z domu, łatwiej jest nie poddać się nagłym porywom ulotnych uczuć nie mających większego sensu. No więc 9 lat temu powiedziałam ‚tak’. Nie żałowałam ani przez chwilę…   Ok, nalewka śliwkowo – cynamonowa była za mocna i tu było trzeba przerwać sesję ;). Pani fotograf – Angelika ugotowani.tv niestety też kosztowała, także jak coś jest krzywe to zwalcie na atmosferę miłości, jadła i popitki w Kiermusach. Czar wspomnień podkręcała nam biżuteria APART, która w dzień naszej rocznicy wysłała nam życzenia i takie prezenty –> KLIK. Zegarki, bransoletki, pierścionki, kolczyki i inne świecidełka tej marki, towarzyszą i zdobią nas od wielu lat. Ale takim srokom jak my, nigdy nie dość. Więc ja dostałam złotą bransoletkę ‚infinity’ oraz delikatny złoty pierścionek. Wojtuś wybrał sobie zegarek rozbudowujący jego kolekcję – Aztorin. Powiem Wam, że co roku mu daję te zegarki i wymieniamy się biżuterią w ten dzień i uwielbiamy wspominać co jest z jakiego okresu w naszym życiu. Idealny moment na wspominki, przeglądanie zdjęć i zachwyt nad faktem, że minęło tyle lat a my wciąż zakochani jak pierwszego dnia.