The end

'DARIAA

The end

Marta pisze

Dlaczego nie masz motywacji? Zagadka rozwiązana!

Czasami wydaje ci się, że cały ten świat jest na jakichś narkotykach, których ty, dziwnym trafem, nie możesz dostać. Obserwujesz, jak ludzie zaczynają ćwiczyć, brać udział w konkursach, rozwijać własne firmy oraz podbijać biegun północny i zastanawiasz się, co z tobą jest nie tak, że tobie… po prostu się nie chce. „Nie mam motywacji” – myślisz sobie, kiedy kolejny wieczór z rzędu spędzasz na odświeżaniu tablicy na fejsie.  „Ja też tak zrobię” – przechodzi ci przez głowę, kiedy patrzysz na zdjęcia znajomej (minus piętnaście kilo). „Od jutra zaczynam!” – mówisz sam do siebie pod nosem każdej nocy przed spaniem. A potem nic się nie dzieje. Głównie dlatego, że chyba każdy twój dzień wygląda tak samo. Że oczekujesz, że coś się zmieni, że obudzisz się rano z niesamowitą energią i zapałem do pracy, a tu dzień jak co dzień. Tak jak zwykle nie chce ci się wstać, tak jak zwykle wizja biegania o świcie nie jest jakoś szczególnie atrakcyjna, tak jak każdego dnia myślisz, że powinieneś zrobić sobie listę zadań, a potem masz to w dupie, bo nie chce ci się nawet spisać tych trzech rzeczy, które masz dzisiaj wykonać. I każdego dnia obiecujesz sobie, że to już ostatni raz. Wiesz, na czym polega twój problem? Nie na tym, że nie masz „motywacji”. Nie na tym, że masz gorszą sytuację. Nawet nie na tym, że jesteś leniem i sama myśl o ruszeniu się do kuchni sprawia, że już czujesz się zmęczony. Problem polega na tym, że jesteś święcie przekonany, że coś się nagle stanie. Że nadejdą fanfary, fajerwerki, że nagle jakiś niski głos z niebios, dziwnym trafem przypominający głos Morgana Freemana powie ci, co masz robić. No nie. Takich rzeczy to nie ma nawet w Erze. NICNIEROBIENIE = WIĘKSZE NICNIEROBIENIE Sprawa jest bardzo prosta i wygląda następująco: jeżeli nic nie robisz, to nic się nie zmieni, dopóki ty nic nie zmienisz. Tadadam! Zagadka motywacji i wszechświata rozwiązana. Bo widzisz: im częściej nic nie robisz, tym dłużej będziesz nic nie robił. To trochę jak z dietą, na przykład. Jeżeli trzymasz się diety, to trzymasz się diety. Jeżeli robisz jeden dzień przerwy, to jest spoko. Ale jeżeli zrobisz dwa albo trzy, to bardzo prawdopodobne, że potem będzie jeszcze czwarty dzień i piąty, aż w końcu zanim się obejrzysz, na śniadanie, obiad i kolację będziesz zajadał się czekoladą, bo wypadniesz z rytmu. Po prostu tak to działa.  Popatrz sobie na francuskich żołnierzy w trakcie II wojny światowej – nie mieli zbyt dużo do roboty w okopach: „Nie da się spędzać całego czasu na graniu w karty, piciu i pisaniu listów do żony – napisał jeden z francuskich żołnierzy. – Wylegujemy się na sianie i ziewamy, i nawet zaczynamy gustować w takim lenistwie. Myjemy się coraz rzadziej, już nie przejmujemy się goleniem i nie potrafimy się zmusić do pozamiatania albo posprzątania stołu po jedzeniu. Wraz z nudą w bazie zapanował brud.” – II wojna światowa, Antony Beevor. Im dłużej nic nie robisz, tym bardziej nic się nie będzie chciało. Tyle. To ta wielka tajemnica „motywacji” i zmotywowanych ludzi. Nie chodzi o to, że Ewka Chodakowska bierze coś w łazience po kryjomu. Chodzi o to, że ciągle coś robi, więc ciągle czuje zapał i chęć do pracy. Im dłuższą miałaby przerwę, tym trudniej byłoby jej zacząć znowu. Więc tak naprawdę, jaka jest ta wyczekiwana przez wszystkich odpowiedź na pytanie „jak znaleźć motywację?”. Bardzo prosta. Rusz dupę.

Jak nauczyć się dużej partii materiału? Plus choatyczne refleksje z pięciu lat studiów :)

ANIA MALUJE

Jak nauczyć się dużej partii materiału? Plus choatyczne refleksje z pięciu lat studiów :)

 Trochę o moich motywach podjęcia studiów, co zamierzam dalej, czy pedagogika jest dla głupich osób, które nie wiedzą co dalej no i obiecany krótki "poradnik" dotyczący skutecznego przyswajania dużej partii materiału :).Tak, obiecuję opisać jakie są moje metody na efektywną naukę, gdy goni czas a materiału jest bardzo dużo. Nie kryję jednak, że jest to taki trochę "wabik" mający skłonić do przeczytania dłuższego tekstu z masą "smaczków", np. moich pierwszych tekstów i najlepszych oraz najgorszych momentów z czasów studiów. Gdyby jednak ktoś nie chciał czytać tego wszystkiego, to może przewinąć na dół... :).Nigdy tego nie pisałam, ale do studiowania pedagogiki skłonił mnie Krzysiu. Krzysiu to chłopiec, który nawet nie wie o moim istnieniu. Ale może od początku.Moja babcia była macochą dla dwóch chłopców, którzy uczyli się w klasach specjalnych. Potomstwo jednego z nich kontynuuwało tradycję, oblewając lata lub trafiając do klas "S". Jak nietrudno zgadnąć - noszę to samo nazwisko.I mieszkam w małym miasteczku.Zarówno w podstawówce jak i przy każdej zmianie szkoły słyszałam - a, Kęska, to jakaś rodzina X-a?? Nic z ciebie nie będzie. Też będziesz tak wagarować?! Na starcie otrzymywałam łatkę tępej i głupiej osoby. Teoria etykietowania, podstawowy błąd atrybucji i te sprawy. Było to na tyle silne, że mimo świetnych ocen i wygrywanych konkursów, pod koniec szóstej klasy oszukano mnie i zmieniono mi kilka ocen na niższe. Szóstka z przyrody zmieniła się w piątkę, jakaś piątka w czwórkę. Przy czwórce z wychowania fizycznego i plastyki ułożyło się to tak, że z paska z ładnym hakiem spadłam na 4.72.No tak, Kęska nie może być wzorowa, a te wszystkie konkursy to się jej pewniej udały. Pytania przypasowały. Inni dobrzy uczniowie się nie zjawili. Wiadomo.Po co za wszelką cenę obniżali mi oceny? :D Och z bardzo prostego powodu - w gimnazjum uczniów segregowano na podstawie średniej.  Drugi powód jest taki, że gdy  w tej samej szkole żona dyrektora uderzyła drewnianym piórnikiem mojego brata w głowę, moja mama zgłosiła sprawę do kuratorium i na policję. Zemsta musi być :DNie pochodzę z bogatej rodziny, ale moi rodzice zawsze stawiali na edukację. Mama mogła mieć jedną sukienkę, tata mógł do pracy jeździć rowerem (nawet zimą!), ale w domu często pojawiały się nowe książki. Chodziłam też na prywatny angielski i chociaż miałam długopisy marki tesco korzystny zakup, to nigdy nie brakowało tego, co najistotniejsze.W tym momencie dochodzimy do czegoś, co w mojej ocenie, niewiele różni się od segregacji rasowej - klasy były dzielone według "mądrości" uczniów. Oprócz klasy E - elitarnej, dla najlepszych uczniów, była też klasa sportowa (A). Cała reszta odzwierciedlała podział od najlepszych do najgorszych, chociaż dla niepoznaki dorzucano kilku innych uczniów, żeby już tego bardziej nie uwypuklać.Gdzie mogła trafić Kęska?Trafiła do pierwszej gie.A, b, c, d, e, f, g ... aby oddać sprawiedliwość - była jeszcze klasa h.Niby ten podział nie był oczywisty, ale głupi by zauważył, gdzie trafiło najwięcej osób powtarzających klasę. Po pierwszym semestrze średnie klas potwierdziły moje obserwacje. "g" to klasa spisana na straty.Byłam w klasie specyficznej - pamiętam zakaz wstępu dla mojej klasy do biblioteki, bo ktoś z "g" wykręcił i ukradł dysk twardy z komputera. Pamiętam policję przeszukującą nam plecaki, bo ktoś ukradł dziennik, zatrzaśnięcie nauczycielki od biologii w toalecie i doprowadzenie jej do załamania nerwowego i odejścia ze szkoły. Pamiętam petardy hukowe wybuchające na lekcjach i wychowawczynię krzyczącą, że ona ze zwierzętami na żadną wycieczkę nigdy nie pojedzie. Zwierzętami byliśmy my.Ale nauczyło mnie to bardzo wiele. Byłam w klasie, w której spora część uczniów miała obiady z "pajacyka", a słabe oceny nie zawsze były ich winą. Ciężko jest mieć dobre oceny, gdy przez pierwsze dwa miesiące dostajesz jedynki za brak podręcznika, którego nikt ci nie kupił, a na każdej godzinie wychowawczej nauczycielka publicznie ci wytyka, że twoi rodzice nie wpłacili jeszcze pięciu złotych "klasowego". Te wszystkie wybryki były pewnie jakąś formą zyskania atencji, której w domu nie było.  Z drugiej strony widziałam sporo zaradności i umiejętności adaptacyjnych u moich rówieśników. Widziałam osoby, które potrafią się nauczyć, a jak pokażesz im jak obliczyć zadanie z matematyki, to załapią. Pokazywałam. Przez 3 lata gimnazjum "zaczęłam" dla innych setki wypracowań, gdy widziałam, że  ktoś siedział nad kartką i po prostu nie wiedział jakie pierwsze słowo postawić. Zaskakujące jest to, że właśnie ta "patologia" pamięta jak się wymawia słowo "cześć", gdy mija mnie na ulicy, a poukładane dzieci dobrych rodziców już nie zawsze.Najgorszy moment w gimnazjum? Gdy w trakcie lekcji ktoś zapukał do drzwi i powiedział "Kęska jest wzywana do pedagoga". Przestraszona poszłam i dowiedziałam się, że mam podpisać odbiór nagrody, bo moje opowiadanie wyróżniono w ogólnopolskim konkursie. Żadnego gratuluję, miło nam. "Kęska jest wzywana do pedagoga". Nie oczekuję fanfarów i confetti, ale cała otoczka tej sytuacji była tak paskudna, że odbierając nagrodę czułam się, jakbym podpisywała dokument o skreśleniu mnie  z listy uczniów. Tymczasem za jakieś piąte miejsce w biegach przełajowych, w których startowało siedmiu uczniów, dyplomy wręczano na apelach.Mimo, że miałam etykietkę tłuka, na którą silnie pracowało wcześniej moje kuzynostwo, skończyłam gimnazjum ze średnią 5.29 i pięknym wynikiem z testu gimnazjalnego. I wtedy podjęłam przekorną decyzję, by iść do liceum w moim miasteczku i nie zmieniać środowiska na jedno z tych pięknych, dobrych liceów w Bydgoszczy.Liceum wspominam bardzo dobrze. Miałam świetnych nauczycieli od polskiego, chemii, matematyki, angielskiego, historii.... Nie chciało mi się jednak już uczyć dla ocen i postawiłam na poszerzanie swoich zainteresowań. Niektórzy nauczyciele pewnie mieli ze mną krzyż pański, gdy przeliczałam szybko punkty i odpowiadałam na sprawdzianie na pytania zapewniające mi bezpieczną trójkę, oddawałam kartkę i wyciągałam jakaś książkę, którą miałam ochotę poczytać. Wystartowałam też w rekrutacji na warsztaty dziennikarskie dla zdolnej młodzieży, które prowadził w Bydgoszczy redaktor Mirosław Twaróg. Z tego co widzę, w tym roku też jest na nie nabór, więc jeśli się uczycie, koniecznie skorzystajcie z tej szansy. Nauczyłam się na nich wielu ciekawych rzeczy, wtedy też założyłam pierwszego bloga. Patrząc na swoje state teksty dostrzegam, że tematy związane z edukacją zawsze były mi bliskie. Poniżej dwa śmieszne artykuły z moich początków :). W kwestii edukacji nie ze wszystkim się dzisiaj zgadzam, ale śmiesznie tak powspominać :Artykuły można powiększyć, klikając prawym przyciskiem myszy → otwórz w nowej karcie:). Dzisiaj ze swoich wniosków edukacyjnych chce mi się śmiać :). Wszystkie dzieci są zdolne!Liceum skończyłam z przyzwoitymi ocenami, kilkoma nagrodami za konkursy na szczeblu wojewódzkim i ogólnopolskim, całkiem popularnym blogiem, który wkrótce skasowałam, bo przestraszyła mnie jego popularność. Gdy odbierałam wyniki matur (a były świetne), wszystko było w porządku aż do momentu, gdy wychowawca z dyrektorką zapytali co dalej. Gdy powiedziałam, że pedagogika, atmosfera zmieniła się o 180 stopni :). Najgorszy możliwy kierunek, fabryka bezrobotnych, stać cię na więcej.Nie jestem głupia, wiem jakie stereotypy dotyczą zawodu nauczyciela i studentów pedagogiki. Motywacje dla których studenci decydują się na ten kierunek są często nieprzemyślane (bardzo ciekawie opisała to Hejnicka - Bezwińska w Pedagogice ogólnej, polecam ;)).  U mnie wszystko zaczęło się od wspomnianego wcześniej Krzysia.Krzyś chodził sobie do zerówki, z której często odbierałam młodszą siostrę. Zerówka ta miała swoje lepsze i gorsze strony, było kilka bardzo rozsądnych nauczycielek, jak i kilka takich niezbyt. Gdy ogłoszono konkurs na najładniejsze szlaczki, jedna z tych niezbyt wrzeszczała na dziecko, by przyznało się, że rysowała mu je mama. Po długim wyzywaniu dziecka, że jest kłamcą, dziecko się przyznało, bo miało dość. Przyznało się do czegoś, czego nie zrobiło. A szlaczki narysowało samodzielnie. Wiem, bo przy tym byłam...Wracając do Krzysia, to pod koniec zerówki okazało się, że Krzyś "zostaje". Powtarza zerówkę!Pamiętam jak zastanowiło mnie wtedy "co te głupie baby zrobią przez kolejny rok, czego nie mogły zrobić  obecnym?!" Nie znałam tego Krzysia, ale pamiętałam jak jego matka zawsze pytała go, czego się dzisiaj nauczył. Zawsze się interesowała. Nigdy nikt nie skierował jej do poradni psychologiczno-pedagogicznej, nie alarmował. Wkurzyło mnie to, bo jest tyle rzeczy, które można zrobić dla dziecka w trakcie roku, że głowa mała. Dlaczego nikt ich nie zrobił?! Najprościej jest ucznia zostawić na drugi rok.Byłam wtedy na początku liceum, ale sytuacja mocno mną wstrząsnęła. Gdy szłam na studia, przyświecał mi cel - nauczyć się tak dużo, jak to tylko możliwe. Nauczyć się po to,  by zrobić maksymalnie wszystko co w mojej mocy, aby takich Krzysiów było jak najmniej.Zdjęcie z warsztatów dziennikarskich, 2009 rok (miałam 18 lat).Część swoich wrażeń odnośnie studiowania pedagogiki opisałam w tekście : czy warto studiować pedagogikę? . Jestem już po obronie, więc mogę zdobyć się na kilka słów komentarza. Jestem świadoma stereotypów o studentach (a głównie studentkach) pedagogiki. Część uczciwie pracuje nad ich utrwalaniem. Jeśli mam być szczera - przy odrobinie szczęścia da się te studia przejść na ściągach i imprezowaniu. Studentki pedagogiki bywają też często złośliwe i nieżyczliwe, zazdroszczą innym i są zawistne. Sytuacja z wczoraj - jedna z dziewczyn, które broniły się w tym samym terminie co ja, miała problem z widocznością pracy w systemie APD. Umieściła ją prawidłowo, ale system bywa uparty. Inna dziewczyna ją nastraszyła, że pani promotor nie widzi pracy w systemie i przez to na pewno się nie obroni, bo nie można wystawić jej recenzji.Co więcej - potem trajkotała, że koleżanka sama jest sobie winna, bo pewnie wrzuciła pracę zamiast w pliku .pdf to w pliku z worda, mogła wcześniej sprawdzić i dobrze jej tak, bo zasłużyła.Jak słucham takich pełnych żółci ludzi, to nie mam ochoty brać w tym udziału i przesiadam się w inne miejsce, wolne od plotek.Nie muszę chyba dodawać, że koleżanka umieściła prawidłowo plik .pdf a wszystko szczęśliwie udało się odkręcić i recenzję wpisać ręcznie?Takich historii na pedagogice są setki. Możesz być pewien, że ktoś bez pytania o zdanie grupy przełoży zajęcia albo zaliczenie, nie przekaże informacji o tym, że trzeba coś przynieść na kolejne zajęcia... potem ci ludzie pracują w szkołach i pewnie są równie nieżyczliwi...Ale fakt, że studia da się przebimbać i przejść na skróty nie oznacza, że tak trzeba, albo, że ja tak robię.Zawsze starałam dawać się z siebie 100%. Czasami kończyło się na staraniach, bo są momenty, gdy walka o moje zdrowie jest dużo ważniejsza :) Mimo to - robię zawsze, co mogęCzytałam dodatkowe teksty, na własną rękę poszerzam wiedzę, chociaż nikt mnie z tego nie rozliczałNa każdych praktykach prosiłam zawsze o przydzielenie mi nauczyciela, od którego nauczę się najwięcej. Gdy koleżanki załatwiały sobie lajtowe praktyki,albo same papierki, ja naprawdę się przykładałam. I nie ma znaczenia, że mamy takie same oceny, bo uczyłam się dla siebie :).Angażowałam się poza uczelniąZ powodu zdrowia nie zawsze mogłam być na wszystkich wykładach, ale i tak uczyłam się tego, co przegapiłamŚledziłam z zainteresowaniem najnowsze badania i dokonania w interesującej mnie dziedzinie.Co szło mi gorzej? Och, nauka pamięciowa.Wyobraźmy sobie jabłko. Iksiński napisze o jabłku, że : może być żółte, zielone, czerwone albo mieszane. Cechami jabłka według igrekowskiego będą smaki : słodki, kwaśny, cierpki, winny, a Kowalski napisze, że jabłka dzielimy na te z grubą skórką, cienką skórką i szorstką skórką.I ja to wszystko wiem, ale nie lubię się takich rzeczy uczyć na pamięć i zawsze na tym się przejeżdżam :DNie miałam na studiach żadnej poprawki, chociaż bywały trudne momenty. Nigdy żadnemu wykładowcy nie mówiłam o swojej chorobie, bo nie chciałam żadnej taryfy ulgowej. Ale siłą rzeczy jakoś działa ona na każdą sferę mojego życia. Trudne były dla mnie zajęcia muzyczno-ruchowe. Już odbiegając od tego, że musiałam nauczyć się nut i grania na flecie czy klawesach, było sporo muzycznych przedstawień. Miałam z tych zajęć czwórkę i gdy przy wystawianiu ocen prowadząca zapytała kto wymyślał scenariusz, bo chciałaby tej osobie podwyższyć ocenę o oczko to wyszło dziwnie :D Gdy pani O. dowiedziała się, że to ja, to porzuciła pomysł :D.Zawsze było miło, gdy ktoś chwalił mój esej albo pracę, uznał moje refleksje za ciekawe. Pamiętam jak na kolokwium z ćwiczeń z historii myśli pedagogicznej trzeba było przeczytać dziesięć grubych książek typu "Życie codzienne w Anglii elżbietańskiej" (332 str.). Osoby, które skupiły się na streszczaniu sobie tych książek wyszły na tym gorzej, ja skupiłam się na przeczytaniu przynajmniej po rozdziale (całość nie była możliwa czasowo, od ogłoszenia listy lektur do kolokwium było za mało czasu i inne zaliczenia), ale ze zrozumieniem. Opłaciło się, bo teksty trzeba było poddać krytycznej analizie, znajdując w nich jeden punkt wspólny, który był osią wypowiedzi.Miło mi było w poprzednim semestrze, gdy pani profesor od pedeutologii zasugerowała mi objęcie mnie opieką naukową na studiach doktoranckich. Czułam, że odczarowałam swoje nazwisko.No, prawie :)sukienka: klik W internecie trochę kontrowersji wywołała moja sukienka na obronę, konkretnie jej długość :). Cóż, sukienka była dłuższa niż do połowy uda, a wiele dziewczyn miało krótkie na obronie. Obiektywnie - zgadzam się, jest krótka. Subiektywnie? Złożony problem :).  Kto mnie zna ten wie, że nie jestem typem umalowanej dziewczyny z makijażem, ani włosami od linijki w wyprasowanej garsonce. Lubię zabawne ubrania, nie podchodzę do życia sztywno i w 100% na serio. Koszule rozpinają mi się w biuście, co byłoby na obronie sporym nietaktem ;)).  Ołówkowe i proste kroje podciągają mi się w trakcie chodzenia, tracąc na długości, za to tworząc w okolicy talii coś na kształt pampersa :). Nie miałam żadnego formalnego ubrania o innej długości, a kupowanie specjalnie na obronę czegoś, czego nigdy więcej nie założę? Hell no :D. Poza tym elementarna wiedza z zakresu psychologii - ubranie wpływa na nasz nastrój. Gdybym założyła coś formalnego (nie cierpię!), czułabym się sztywno, niekomfortowo i tylko bym się zestresowała :). Lubię tandetę, nie wstydzę się tego. Maryli Rodowicz też nikt nie ubierze w garsonkę, bo przestanie być Marylą :).Egzamin zdaje się na siedząco, więc dla mnie żaden problem. Przyznam, że pracując z dziećmi nabrałam sporego dystansu do stroju, a dzieciaki uwielbiają to, że gdy z nimi pracuję - czują się swobodnie, po partnersku, bo nie połykam kija ;-).  Sporną sukienkę można kupić i obejrzeć tutajMniej serio - sukienka to klątwa mojego nazwiska ;-)9Napis na niebiesko i wszystko jasne :D  (źródło: klik).Egzamin zdaję ja i moja wiedza, nie sukienka, zatem temat uważam za zamknięty i proszę o komentarze dotyczące innych elementów tego tekstu :DA egzamin poszedł mi całkiem dobrze :(function(d, s, id) { var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) return; js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = "//connect.facebook.net/pl_PL/sdk.js#xfbml=1&version=v2.3"; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);}(document, 'script', 'facebook-jssdk'));Od dzisiaj pani magister z piątką na dyplomie, komisja kazała mi iść na doktorat, mówię, że już po rekrutacji a oni, że przedłużą :-) jupi!!Posted by Aniamaluje on 29 czerwca 2015Usłyszałam, że komisja jest pod wrażeniem poziomu mojej wypowiedzi, dojrzałości w sądach i uogólnieniach dotyczących wniosków z badań oraz umiejętności wnioskowania. Zrobiło mi się bardzo miło, tym bardziej, że do studiów doktoranckich zachęcano mnie szczerze (mam nadzieję ;-)). Może jednak te kilka lat dawania z siebie 100%, chociaż taki sam efekt (w postaci oceny) osiągnęłabym dając procent 60, miał jakiś sens? :).Czekają mnie poważne przemyślenia. Obecnie jestem bardzo zadowolona z tego co robię - realizuję się pisząc przeróżne teksty, jestem w stanie się z tego utrzymać. W ramach hobby i głównie za darmo, pomagam dzieciom w nauce (nie śmiem używać bardziej doniosłych słów). Sprawia mi to wielką przyjemność, bo widzę efekty swoich działań. A skoro potrafię się uczyć i potrafię pomóc innym w nauce, to może przyda się komuś mój sposób na naukę do egzaminu dyplomowego.Ostatnia prosta :-) #egzamin #egzamindyplomowy gorszy niż #sesja - #notatki #nauka i próba zapamiętania przynajmniej skrótu skrótu skrótu :-) #cornellmethod #visualnotes #notes #studying #pedagogika #doodlesZdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Kęska (@aniamaluje) 28 Cze, 2015 o 2:51 PDTKilka słów wstępu:Moja dewiza to "work smarter, not harder". Często obserwuję ludzi, którzy poświęcają dużo czasu na całkowicie nieefektywne działania i pozorną naukę. Niby się uczę, ale nic nie wchodzi do głowy :)."Różnica między pracą wydajną, a ciężką, jest zasadnicza. Możesz malować cały pokój małym, szkolnym pędzelkiem, albo dużym wałkiem malarskim. W tym pierwszym przypadku ostro się namachasz, w tym drugim - będzie zdecydowanie lżej i szybciej. Skutek prawdopodobnie będzie ten sam - pomalowany pokój. Jeśli malowałeś go dla siebie, pól biedy, ale jeśli ktoś Ci za to płacił, to nie zdziw się, jak nie doceni Twojego wysiłku i zapłaci Ci tylko za efekt." cały tekst znajdziecie tutaj: PO CO SIĘ UCZYĆ?Zagadnienia na mój egzamin obejmowały tak naprawdę cały tok studiów :)). Początkowo byłam przerażona, ale potem zdałam sobie sprawę z kluczowej rzeczy - przecież ja przez te studia wcale nie spałam, tylko ciężko pracowałam. Chyba coś z tych studiów pamiętam, więc nie ma sensu wkuwanie wszystkiego na nowo. Lepiej skupić się na zrozumieniu.Opracowałam sobie wersję zawierającą krótkie opracowanie każdego z zagadnień. Wyszło mi 110 stron, co mnie nie satysfakcjonowało. To jest właśnie krok pierwszy - zbierasz materiał w oparciu o literaturę, czytasz, opracowujesz podstawową wersję. Zapisujesz plik jako kopię :).Następnie poddałam całość obróbce - po pierwsze - zmiana czcionki na Verdanę 11 pt. Jest maksymalnie prosta i przejrzysta dla oka, dla mnie najwygodniejsza :). Interlinia niewielka, za to duży margines z prawej strony i na dole - po 3.5 cm. Góra i lewa strona minimalna, byle tylko się wydrukowało :). To moja wariacja na temat metody CornellaKolejny krok to streszczenie opracowania. Najpierw wyrzuciłam wszystkie ozdobniki np. paradygmat jest to zespół... → paradygmat - zespół... Zdaniem Zaleśkiwicza ryzyko dzielimy na instrumentalne i stymulujące → Zaleśkiewicz : ryzyko styumulujące i instrumentalne. Już na takiej obróbce tekstu uzyskamy kilka stron mniej.Kolejnym krokiem jest znalezienie słów, które można skrócić. Zdjęłam przynajmniej ze dwie strony objętości tekstu, na samej podmianie nauczyciel → n-el lub nel. Zastanów się, jakie kategorie najczęściej pojawiają się w Twoich notatkach i ustal sobie skrót. Możesz korzystać też z obrazkowych fontów oraz tablicy znaków - przykładowe symbole, których używam:§→♥♯▲♀♂ - prawne, wpływa na, emocje, proces, funkcje, kobieta, mężczyznamożna też korzystać np. z fontu Wingdings, który ma różne symbole (np. książkę, klepsydrę, kopertę). Przypisujemy im jakieś znaczenie o optycznie odchudzamy notatki.wskazówka : skopiowane  tablicy znaków i innych fontów symbole, najlepiej mieć w osobnym pliku, otwartym na czas naszej edycji :)."Każdą notatkę da się streścić do formatu A4" - przyznam, nie dałam rady z kilkoma, bo były bardzo obszerne, ale generalnie staram się trzymać tej zasady. Streszczam swoją notatkę tak długo, aż zostanie z niej sama esencja. Czasami jest to bardzo trudne, czasami nie. Jeśli uważam, że bardziej już się nie da , to odstawiam notatki na jakiś czas, a potem bez patrzenia na nie wypisuję sobie najważniejsze rzeczy na zasadzie haseł. Odrywam się od tekstu i widzę, co zapamiętałam.Po obróbce tekstu - podczas której nauczyłam się bardzo dużo, bo aktywnie przetwarzałam informacje - drukuję swoje notatki i spinam je klipsem do papieru. Moja obróbka odchudziła 110 stron do 32.Wyciągam kredki bambino (wygodniej mi niż zakreślaczami) i zaznaczam różnymi kolorami ważne rzeczy. Kolory pomagają zapamiętać informacje, ale też podzielić notatki na jakieś kategorie pojęciowe. Trzeba ustalić sobie swój klucz.Przypomnę zdjęcie z mojego instagrama :Ostatnia prosta :-) #egzamin #egzamindyplomowy gorszy niż #sesja - #notatki #nauka i próba zapamiętania przynajmniej skrótu skrótu skrótu :-) #cornellmethod #visualnotes #notes #studying #pedagogika #doodlesZdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Kęska (@aniamaluje) 28 Cze, 2015 o 2:51 PDTDalsza obróbka notatek polega na:rysowaniu symboli, które pomogą mi wzrokowo skojarzyć treść notatki i zapamiętać najważniejsze rzeczyzapisaniu podsumowania na dole - po to mi dolny margines. Na zasadzie - gdybym musiał streścić zagadnienie w kilku zdaniach, co byłoby w takim streszczeniu?stosowaniu akronimów i akrostychów i innych zabaw z literami - u mnie było HISF , jako pierwsze litery paradygmatów.Patrząc na to z boku widzę, że mogłam obrobić notatki bardziej - słowo paradygmat, które powtórzyłam aż 4 x, mogłam wyrzucić, pisząc:  paradygmaty: humanistyczny blablabla, interpretatywny bla bla bla i tak dalej. Na takich przeoczeniach mogłabym zgubić kolejną stronę.Po co to wszystko? Nie prościej po prostu czytać? No właśnie nie. :) Moje 32 strony zawierały dokładnie to, co poprzednie 110. Podczas obróbki materiału, aktywnie się go uczyłam, przetwarzałam informacje. Dwukrotne przeczytanie całego dużego pliku na koniec załatwia sprawę.Dzięki temu, że na obronie znałam esencję, wypowiadałam się bardziej płynnie, szczegółowo. Znałam główne kategorie pojęciowe (w końcu zapamiętać 32 strony to żaden wyczyn!) i odnosiłam je do innych oraz literatury.Każde notatki można odchudzić :)). Gorąco polecam!Chciałam wam tylko powiedzieć, że możecie mieć niewłaściwe nazwisko, niewłaściwą twarz, stan zdrowia  i portfel, ale jeśli będziecie chcieć, to pokonacie każdą przeszkodę. Czasami to będzie trudne, ale się da. Tym sposobem, zamiast pójść spać, pisałam ten tekst do szóstej rano :). Pozostaje mi wyłączyć komputer i się położyć :). I jeszcze jedna sprawa - wyrzucamy ze swojego słownika zwrot "udało mi się". Nie udało się, zapracowałeś na to.Uściski! :) _____Szczegóły rekrutacji na warsztaty dziennikarskie Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na "głównej") - jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin :) A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem :) Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

19 mitów o introwertykach - oto czym nie jest introwersja!

KRÓLICZEK DOŚWIADCZALNY

19 mitów o introwertykach - oto czym nie jest introwersja!

Przegląd tygodnia #4/06

Lifemenagerka

Przegląd tygodnia #4/06

Ostatnia prosta na studiach, wygraj 100$, czy możliwe jest życie bez pieniędzy...

ANIA MALUJE

Ostatnia prosta na studiach, wygraj 100$, czy możliwe jest życie bez pieniędzy...

Oraz czy homoseksualizm to choroba, co ostatnio jadłam, czym różni się zachodnie podejście do dbania o włosy od naszego i jak to jest stać się hejterem... :)Tak, to był długi i męczący tydzień. Powinnam spędzić go na nauce na egzamin dyplomowy, a spędziłam głownie w kolejkach do lekarzy. Niezmiennie od lat podtrzymuję moje stanowisko - badać należy się regularnie, szczególnie wtedy, gdy wcześniej mieliśmy podejrzaną lub burzliwą historię chorobową (u siebie lub w rodzinie).Jednak to co mnie od zawsze drażni, to podejście do pacjentów - przedmiotowe, niemiłe, masowe. Już w rejestracji widziałam płaczącą emerytkę (pacjentkę onkologii!) na którą wrzeszczano, że nie wie do kogo dostała skierowanie. "Co, ja żyję pani chorobą? Co powiedział lekarz, chyba powinna to pani wiedzieć!!!". Przerażona, skulona, schorowana staruszka odpowiedziała, że nie wie, bo nic nie mówił, tylko zbadał ją i coś pisał bez słowa.... Przecież burę powinien dostać lekarz z gabinetu obok, że nie chce mu się pisać czytelnie, a ta starsza pani.Smutne to jest, taki brak empatii, szczególnie wobec onkologicznych pacjentów, na skraju depresji, załamania, braku wiary w sens życia. Miałam ochotę podejść i przytulić tę kobietę, ale musiałam pilnować swojej kolejki, by nie wylądować w niej od nowa...Plus całej sytuacji jest taki, że miałam chwilę, by się pouczyć, bo i tak czekałam po 3 godziny, by wejść do gabinetu na 15 minut :)Ostatnia prosta :-) #egzamin #egzamindyplomowy gorszy niż #sesja - #notatki #nauka i próba zapamiętania przynajmniej skrótu skrótu skrótu :-) #cornellmethod #visualnotes #notes #studying #pedagogika #doodlesZdjęcie zamieszczone przez użytkownika Ania Kęska (@aniamaluje) 28 Cze, 2015 o 2:51 PDTTo czeka mnie jutro. Opracowanie zagadnień to skrót skrótu skrótu, ale jeśli ktoś jest ciekawy moich strategii na nauczenie się dużej partii materiału, to mogę zrobić taki tekst. Ale to już jak się obronię, nie będę się teraz mądrzyć :D Dziękuję też na odzew na zdjęcie,w  postaci deklaracji trzymania kciuków i kilkunastu wiadomości, że to moje teksty zmotywowały was do nauki i porzucenia myśli o wrześniu. Wow! :) Bardzo mi miło. Chciałam też przeprosić, że nie odpowiadam na maile ani na komentarze pod starymi tekstami, ale to był tydzień badań i wyrywania dobie minut na naukę. Oczywiście spróbowałam też lodów :DMoje

Marta pisze

Jak dobrze wykorzystać wakacje? Moje plany na lato

Naprawdę z całego serca kocham lato. Chociaż pogoda nie ma na mnie jakiegoś niesamowitego wpływu, to jednak zawsze czuję, że w wakacje mogę dużo więcej, niż zwykle. Wstaję wcześniej, robię dużo i nie mam żadnych problemów z motywacją. Dlatego, jak co roku, sezon letni mam zamiar wycisnąć prawie tak bezlitośnie, jak zwykle wyciskam cytrynę. Tak naprawdę mimo wszystko czuję, że jeszcze nie mam wolnego – pewnie tak naprawdę będę miała wrażenie wolności po godzinie 12 siódmego lipca, kiedy obronię się i będę pewna, że to definitywny koniec. Mimo to już zaczęłam planować to, co będę robić przez następne trzy miesiące – głównie dlatego, że nie mogę się już doczekać! WAKACJE 2015 – STAWIAM NA ROZWÓJ … i to  w różnych dziedzinach. Chociaż pracuję cały czas, chcę spróbować podkręcić moją produktywność i skrócić czas ślęczenia nad mailami na rzecz skupienia się na moich blogach i kanale. GŁÓWNE PLANY: Ten blog: ostatnio szukam tego „czegoś”. Widzę jednak, że mój blog  sam sobie obiera jakąś ścieżkę i chyba po prostu nią pójdę (dopóki mi się nie znudzi). Chcę, żeby to było pozytywne, motywujące (ale nie rozwojowe) miejsce i chyba na razie wszystko zmierza w dobrą stronę. Chciałabym też zostać przy moich wpisach dotyczących związków czy zachowań ludzi – nie przeżyłabym, gdybym miała pozbawić się przyjemności komentowania świata. Teoretycznie więc tematyka nie będzie się znacznie zmieniała, ale chcę poświęcić na to miejsce więcej czasu. Reaktywować newsletter (do którego zapisało się w międzyczasie 500 ludzi :O), częściej udzielać się na profilach (facebook, instagram, ask.fm) i może wrócić do Wtorków z Martą, jeśli czytelnicy wyrażą taką chęć (dla nieuświadomionych: wtorki z Martą polegały na tym, że siedziałam w określonych godzinach na skypie i można było do mnie pisać i dzwonić). Codziennie Fit: tutaj pracuję nad swoją regularnością i chcę wprowadzić kilka fajnych nowości. Będzie się dużo działo Kanał na youtube: i… mam pewien ambitny plan, który mam zamiar wprowadzić w życie 1 lipca. Przez cały lipiec chcę codziennie wrzucać vlogi – zobaczymy, jak mi to wyjdzie Jestem tym bardzo podekscytowana i mam w sobie dużo zapału! Mam nadzieję, że będzie się wam podobać. Te wakacje chcę poświęcić na moje internetowe miejsca, które kocham – głównie dlatego, że muszę się o czymś przekonać zanim zacznę studiować na AWFie. POMNIEJSZE: Kolejna gałąź Brandburgera: cholera, nie mogę powiedzieć nic więcej, ale jestem strasznie podekscytowana, a efekty prawdopodobnie zobaczycie niebawem. Na mnie. I może na sobie też, jeśli będziecie mieli ochotę. Treningi: mam teraz więcej wolnego czasu, więc spokojnie mogę wrócić do ćwiczenia 6 razy w tygodniu. Więcej o tym na pewno przeczytacie na CF. Książki: dalej aktualne jest moje wyzwanie „przeczytaj tyle, ile masz wzrostu”. To, co czytam, można śledzić na moim profilu na lubimyczytać (a ja go muszę uaktualnić). Gry: ostatnio w moim vlogu opowiadałam o grach, a na wakacje mam zamiar dać nowym produkcjom kolejną szansę. Marzę sobie o wieczorach spędzonych na graniu i chyba tak to się skończy. <3 Wyjazdy: zaplanowany mam tylko na razie jeden – spędzę kilka dni nad morzem, wpadnę też na See Bloggers i już się nie mogę tego doczekać, bo edycja zimowa była świetna Myślę, że jeszcze może uda mi się gdzieś pojechać, a jak nie – na pewno chcę posiedzieć trochę w rodzinnym domu, a zwłaszcza u mojej siostry na wsi, gdzie są takie cudowne koty jak ten: BOŻE, TAK BARDZO SIĘ ZAKOCHAŁAM <3 #Martakociara Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Marta (@martapisze) 28 Cze, 2015 o 4:23 PDT Rozwój: ponieważ prawdopodobnie od października będę studiować na nowym kierunku, po obronie chcę zaopatrzyć się w książki i już na własną rękę zacząć naukę. Nie mogę się doczekać, aż będę miała uprawnienia i będę mogła trenować innych ludzi! <3 Coraz częściej myślę, że to jedna z rzeczy, które naprawdę mocno chcę robić w życiu (oprócz pisania). Poza tym, muszę trochę posiedzieć nad angielskim, bo mam coraz większą przerwę  i już mnie to zaczyna niepokoić. Prawdopodobnie będę się go uczyć czytając książki w tym języku, oglądając filmy i próbując pisać coś/mówić po angielsku. Książka. Siedzi mi w głowie już od dawna, w poprzednie wakacje nawet zaczęłam pisać, ale to nie było TO. Nie wiem, czy jestem w stanie w tym momencie swojego życia usiąść na dupie i napisać to, co mam w głowie, ale pociesza mnie myśl, że mam już wszystko – bohaterów, fabułę, napisany prolog i tak naprawdę cała historię. Pozostała najtrudniejsza część – spisanie tego. To taki plan na wakacje, który jest moim „może to zrobię”. Na pewno nie chcę sobie robić żadnej presji, bo to kompletnie bezsensowne. Mam nadzieję, że cieszycie się, że będzie mnie w sieci sporo. Ja już się nie mogę tego doczekać i naprawdę jestem szczęśliwa, że będę miała więcej czasu dla czytelników – będzie nam łatwiej utrzymywać kontakt I… to chyba wszystko. Jakie Wy macie plany na te wakacje? fot. Patrycja Kastelik

Louis Vuitton czyli jak za 40 złotych zrobiłam

Żyrafy Wychodzą z Szafy - fashion blog

Louis Vuitton czyli jak za 40 złotych zrobiłam "interes życia"

Życie w Warszawie - czyli jak nam się mieszka w stolicy

Fashionable

Życie w Warszawie - czyli jak nam się mieszka w stolicy

10 nieznanych faktów o mnie… w memach

Marta pisze

10 nieznanych faktów o mnie… w memach

Wznieś się ponad swój gniew...

ANIA MALUJE

Wznieś się ponad swój gniew...

Dekalog szczęśliwego człowieka

Lifemenagerka

Dekalog szczęśliwego człowieka

„Tak jakoś wyszło”, czyli jak to jest nie wierzyć w siebie

Marta pisze

„Tak jakoś wyszło”, czyli jak to jest nie wierzyć w siebie

Jak uprościć swoje życie?

'DARIAA

Jak uprościć swoje życie?

Wtorlinki #54

KRÓLICZEK DOŚWIADCZALNY

Wtorlinki #54

Fragrance of beauty

O spełnianiu marzeń i nadziei

Wczoraj udostępniłam Wam wpis Agaty Zejfer o tym, dlaczego warto walczyć o marzenia. Zainspirowana nim, przychodzę do Was z postem, opartym o własne doświadczenia. Napiszę jak to jest z tymi marzeniami i nadzieją. Po co marzę i co robię, żeby realizować to, co sobie wymyśliłam. Po coś mamy marzenia. Nie powinniśmy z nich rezygnować tylko dlatego, że określają je środki finansowe albo, w dużej mierze, ich brak. Trzeba wierzyć i robić wszystko, żeby realizować marzenia, i tym samym także siebie. Moje marzenia znacie, bo nieraz Wam o nich pisałam. Jakiś czas temu postanowiłam zacząć realizować jedno z nich. W ubiegłym tygodniu zdradziłam o co chodzi. Zamierzam zająć się fotografią i w 100% oddać temu zawodowi. Jeśli jest wśród Was ktoś, kto chciałby mi zaufać - zapraszam do kontaktu. Właśnie w taki sposób realizuję jeden cel. Pozostałe czekają w kolejce. Narzekanie nic nie daje, a próbowanie zawsze 50% szans na to, że się uda. Marzenia określają naszą osobowość. Niezależnie od tego o czym marzycie, warto robić wszystko, żeby to urzeczywistnić. W drodze po to wszystko niezwykle ważna jest wiara w samego siebie i nadzieja. Jedni mówią, że nadzieja jest matką głupich. Ja wolę teorię, że nadzieja umiera ostatnia, choć pesymizm zżera mnie od środka i nie daje za wygraną.Nie powiem Wam ile razy zazdrościłam komuś statusu i wysokiego poziomu życia Dziś wiem, że powinnam zazdrościć siły, cierpliwości, odwagi i nadziei, która kierowała tą osobą. Aby osiągnąć pewien komfort, trzeba sobie na niego zapracować. Zatem, do dzieła! Nikt nie zacznie działać za nas; nie zmieni naszego myślenia. Dopóki sami nie zrozumiemy jak wiele tracimy siedząc bezczynnie, pomoc innych będzie zbędna. Zmieniajmy swoje życie, miejmy marzenia i wierzmy w ich spełnienie.Marzę po to, by się rozwijać i dążyć do lepszego. Marzę po to, by pobudzać swoją wyobraźnię. Marzę po to, by żyć kreatywnie, świadomie i dobrze. A Wy, po co marzycie?

Be good to yourself

Passion 4 Fashion

Be good to yourself

Marta pisze

Jak zmienić swoje życie? Konkretna motywacja

Jeśli zastanawiasz się, jak wreszcie zmienić swoje życie i zrobić coś, o czym od dawna marzyłeś? Czy myślisz czasami o tym, jak zacząć spełniać swoje marzenia i robić to, co chcesz robić, a nie to, czego świat od ciebie oczekuje? Wbrew pozorom, to wcale nie jest takie skomplikowane, jak się wydaje. Wystarczy tylko uświadomić sobie jedną, prostą rzecz. Już od dawna bardzo chciałam zrobić ten filmik i… udało się! Miłego oglądania – i dajcie znać w komentarzach, czy Wam się podoba. Zasubskrybuj mój kanał: KLIK Fanpage kanału Jestem Marta: KLIK Instagram: KLIK Ask.fm (można mnie spytać PRAWIE o wszystko) : KLIK

Dziwne japońskie słowa, dzień w romskiej wiosce, skąd się biorą rozmiary ubrań i moje pokrzyżowane plany

ANIA MALUJE

Dziwne japońskie słowa, dzień w romskiej wiosce, skąd się biorą rozmiary ubrań i moje pokrzyżowane plany

Nadaję z samego oka cyklonu - jestem w trakcie nauki na egzamin dyplomowy i przeklinam w duchu uczciwość promotor, która nie podała nam pytań... co czyni nas chyba jedyną grupą frajerów z całej uczelni :). Oprócz tego opowiem o kilku ciekawych rzeczach wyszperanych w sieci, mojej niezrozumiałej miłości do butów, ocenie za pracę jaką dostałam od recenzenta i najmilszym komentarzu, jaki przeczytałam ostatnio na blogu ;) Ah, nie obędzie się bez ubraniowej wpadki, w końcu nie darmo jestem Anią. Co jeszcze? O tym jak złośliwy los zdecydował za mnie, zostawiając mnie zaskoczoną z miną "WTF?!" i chęcią wsunięcia pocieszeniowych lodów... których pewnie już nie kupię, bo za szybko znikają ze sklepu. Ech!Ok, po kolei :D Może najpierw od tego, co działo się ostatnio na blogu.Tydzień rozpoczęłam od tygodnika, w którym jest konkurs z bardzo fajną nagrodą.  Zachęcam do udziału :)JAK ODWRÓCIĆ CZYJEŚ ZACHOWANIE NA SWOJĄ KORZYŚĆ I WYGRAĆ PONAD 400 ZŁ :)Na blogu trwa jeszcze jeden, tym razem nieco mniejszy konkurs, który znajdziecie tutaj. Oprócz tego bawiłam się lokami :)Wcieliłam się w królika doświadczalnego i przetestowałam na sobie lokówkę za... dwie dyszki. Najtańszą taniznę z biedronki, efekty testu możecie zobaczyć tutaj.Na moim blogu nie mogło zabraknąć także czegoś rozwojowego ;-)) I chociaż najmocniej krzyczycie, że takich tekstów chcecie, to zawsze mają najmniej odsłon. Wychodzi na to, że ludzie lubią gadać o tym, jak chcą pozmieniać swoje życie, bo działanie jest już trochę trudniejsze :D Tekst o tym, jak zacząć dokonywanie zmian w swoim życiu znajdziecie tutaj :Jak zacząć zmieniać swoje życie?No i ostatnie, co napisałam w tym tygodniu , czyli tekst z moim subiektywnym "starterem" - co warto kupić na samym początku przygody. Napisałam go z myślą o studentach, którzy muszą od zera skompletować kuchenne sprzęty i innych osobach, które właśnie zaczynają swoje życie na własny rachunek. Dziękuję za liczne wiadomości, że się przydał :*Tekst znajdziecie tutaj : co kupić na start? Wciąż związane z blogiem, ale już nie bezpośrednio :(function(d, s, id) { var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) return; js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = "//connect.facebook.net/pl_PL/sdk.js#xfbml=1&version=v2.3"; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);}(document, 'script', 'facebook-jssdk'));dla takich komentarzy warto pisać bloga <3to pod najnowszym tekstem :)Posted by Aniamaluje on 16 czerwca 2015Nie zawsze mam czas na czytanie Waszych wiadomości. Kończę studia, dużo pracuję, dużo czasu zabiera mi też codzienna walka o zdrowie, ale przeczytanie czegoś tak miłego sprawia, że nagle najkrótsza doba się rozciąga i kradnę jej trochę czasu na pisanie na tym małym internetowym poletku. Dziękuję!A co u mnie? Uczelnia, uczelnia i jeszcze raz  uczelnia - złożyłam w końcu wydrukowaną pracę, opracowywałam zagadnienia na egzamin dyplomowy, streszczałam je, przerażałam się ich ilością i objętością, streszczałam streszczenie i jakoś tak tydzień dobiegł końca :D A ja wciąż nienauczona, ale się nauczę :D Byłoby wstyd nie dać rady, skoro żyję w dużej mierze z tego, że pomagam uczyć się tzw. "beznadziejnym przypadkom" (jak można powiedzieć tak na dziecko?!). A pomagam im się nauczyć... jak się uczyć :). No to sama nie mogę dać plamy.Ale o plamach za moment...Dostałam taką piękną recenzję pracy dyplomowej :(function(d, s, id) { var js, fjs = d.getElementsByTagName(s)[0]; if (d.getElementById(id)) return; js = d.createElement(s); js.id = id; js.src = "//connect.facebook.net/pl_PL/sdk.js#xfbml=1&version=v2.3"; fjs.parentNode.insertBefore(js, fjs);}(document, 'script', 'facebook-jssdk'));Chyba zaklinanie rzeczywistości idzie dobrze, bo recenzent ocenił pracę na 5 :) jeszcze tylko ocena promotora i egzamin dyplomowy :DPosted by Aniamaluje on 20 czerwca 2015I miło mi bardzo, wszystko fajnie. Pozostaje czekać na ocenę promotora i zdać egzamin dyplomowy. No właśnie - pod koniec semestru zimowego, jedna pani profesor (którą bardzo szanuję) zaproponowała mi zostanie moim opiekunem naukowym na ... studiach trzeciego stopnia. Znaczy się - doktoranckich. Początkowo miałam mieszane uczucia, chociaż poczułam się po tej propozycji doceniona, to nie wiedziałam, czy skorzystam. Od tamtej pory kilka razy wzięłam się na męska rozmowę z samą sobą - przemyślałam wszystkie  za i przeciw, pomyślałam o szansach, które mi to stwarza - na niczym nie zależy mi bardziej, jak na zwiększaniu szans dzieciaków. Z tego poziomu miałabym większe możliwości działania i wpływu, więc zdecydowałam się wystartować w rekrutacji na zasadzie "a co mi tam" i "niech się dzieje wola nieba". Nie muszę mówić jaką miałam minę , gdy dzisiaj zauważyłam, że rekrutacja była do dwudziestego czerwca? A ja nie mogłam brać w niej udziału, bo nie jestem jeszcze magistrem! Moja promotor wybrała taką a nie inną datę na obrony (po czym i tak ją przełożyła) a ja zostałam z głupim uśmieszkiem niedowierzania na twarzy. Cóż. Problem sam się rozwiązał. Wola niebios, złośliwy los? Bywa ;-).Na pocieszenie wsunę jutro najlepsze (oczywiście z kupnych) lody ciasteczkowe na świecie. (klik!) Biegnijcie po nie koniecznie, bo jutro zaczyna się tydzień amerykański, a akurat ciasteczkowe znikają z prędkością światła. Poważnie rozważam dołączenie jutro rano do kolejki emerytów rzucających się na opiekacze... :D Zerknijcie sobie dobrze jak wyglądają i koniecznie spróbujcie, są prze-py-szne! - tutaj można je sobie obejrzeć (klik).No właśnie, ja wybieram lody, a czym wy pocieszacie się po dziwnych sytuacjach na które nie macie żadnego wpływu?Mam jeszcze jeden stały schemat działania - buty! Mówi się, że człowiek musi mieć jakieś skłonności :D Cóż, nie palę, nie uprawiam hazardu,  alkohol piję też jedynie symbolicznie. Z lodów już się wyspowiadałam, a buty... cóż :D Tym razem padło na złote sandałki (klik). Kupiłam je sobie w nagrodę za... zdobycie tytułu magistra. Którego jeszcze nie zdobyłam, ale bałam się, że ktoś je kupi zanim nadejdzie dzień obrony. Teraz to już muszę zdać, prawda? :D Równowaga we Wszechświecie musi być zachowana :DAch, jeszcze modowa wpadka.Wybralam spódnicę maxi:Fajna,  wygodna, wszystko się zgadza. Nie zgadza się coś z moim intelektem, bo jakoś nie skumałam, że w Azji ludzie mają nieco niższy wzrost i ich maxi to moje...7/8? Nawet nie chciało mi się jej prasować (sorki za światło i flesz) jest równa, krzywo ją powiesiłam, chciałam tylko dać ostrzeżenie przed moim błędem :D Spódnica o której mowa do kupienia tutaj (klik)Kulinarnie:kogel-mogelfrytkitruskawkiobiad z mrożonki, tzw. przegląd zamrażarki - bywa i takchipsy z batatów,liście buraczka,filet z kurczaka i owoc granatumintaj, puree i botwinkamałe marchewki, brokuł, puree i kurczak w sosiePytacie czasami, czy planuję posiłki - tak, wygląda to w ten sposób, że zerkam na ofertę dwóch dyskontów które są najbliżej mnie, patrzę jakie mięso mają w promocji i wymyślam sobie pi przez drzwi, co będę jadła. Jak nietrudno odgadnąć, w tym tygodniu lidl miał w promocji kurczaka (klik), kolejna będzie wieprzowina :D (klik).To może wydawać się śmieszne, ale przy moim zapotrzebowaniu energetycznym, najwięcej pieniędzy idzie właśnie na jedzenie i rzeczy, które mogę zamrozić, lubię kupować taniej :).O, zapomniałam! Jako wielka fanka "wrapów" i wszelkich dań typu "tortilla", lubię szukać zastępników chleba w postaci placków. Nie ma już w sprzedaży chleba, który smakował by moim dzieciństwem, z kupowanych lubię lidlowski chleb drwalski, ale nie jest on wybitnie zdrowy, a coś jeść trzeba :D Wypiek domowego chleba jest kompletnie nieekonomiczny czasowo (i tak dużo czasu spędzam w kuchni), więc pokochałam wszelkie podpłomyki i inne placki. Moje ulubione robi się długo, wszelkie pełnoziarniste tortille swoje muszą odstać, a moja mama wymyśliła genialne, sycące, błyskawiczne i w dodatku bezglutenowe placki do tortilli/wrapów :D Elastyczne, wytrzymałe, idealne!domowe, bezglutenowe placki do tortillidomowa tortillaJeśli jesteście ciekawi, mogę zrobić o nich tekst (w tygodniu). Proszę tylko o sygnał, jeśli są jacyś zainteresowani :DZe wstydem przyznam, że najbardziej lubię gotowe sosy :D Te na jogurcie mi nie podchodzą,  lubię ciężkie, majonezowe... ale zamierzam podszkolić się w tej materii, znalazłam kilka fajnych przepisów. Wyświetlą się po kliknięciu w zdjęcie, lub pod nim :)Przepisy na sosy (klik!)Jeszcze zaciekawił mnie jeden rodzaj chlebka, też zamierzam spróbować :Przepis na chlebek czosnkowo-ziołowy tutaj (klik).Mimo, że masę czasu poświęciłam na naukę, znalazłam w sieci kilka ciekawych rzeczy :)).14 japońskich słów, których potrzebujesz w swoim życiu  - osobne słowo na promienie słońca prześwitujące między drzewami? Kupuję to!Pamiętnikowy tekst o dniu spędzonym w romskiej wiosce. Ciekawe, wprawiające w zadumę.W nawiązaniu do ostatniej wymiany komentarzy na blogu, znalazłam tekst odpowiadający na pytanie "skąd się biorą rozmiary ubrań?"  - też ciekawy :)7 dramatów, które zrozumie tylko posiadaczka długich włosów  - trochę tęsknię za włosami czasami, w których doświadczałam tych problemów :)No i tym razem to na tyle. Mogę jedynie odesłać na instagram:https://instagram.com/aniamaluje/I mniej spostrzegawczym czytelnikom pokazać w lewym górnym rogu takie klikadełko do zostania moim czytelnikiem przez bloglovin - jeśli facebook czasami robi wam psikusa i nie widzicie moich tekstów, to z bloglovin nie ma takiej szansy :)Uściski! Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na "głównej") - jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin :) A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem :) Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Jak zacząć...zmieniać swoje życie?

ANIA MALUJE

Jak zacząć...zmieniać swoje życie?

Fragrance of beauty

10 dziwnych faktów na mój temat

Jakiś czas temu udostępniłam 50 faktów na mój temat, bo chciałam żebyście lepiej mnie poznali. Dziś publikuję kolejny wpis z tej serii, ale nieco inny od poprzedniego. Poznajcie 10 dziwnych prawd o mnie. Wszystkie z nich są wykładnikiem tego, że jestem... inna. Wskazane uśmiechanie się do monitora.1. JESTEM FANKĄ MYDEŁ W KOSTCEUwielbiam stare mydła w kostce. Ich zapach, konsystencja a nawet to, że przesuszają mi dłonie, po prostu mnie rozczulają. Co prawda, w mojej łazience zawsze stoi dozownik z mydłem w płynie, ale w zapasie zawsze posiadam jedno lub więcej mydeł w kostce. Mam do nich sentyment. Kojarzą mi się z moją mamą, która również je uwielbia.2. MOGŁABYM WSTAWIAĆ PRANIE CO PÓŁ GODZINYPachnące i czyste ubrania to mój bzik - nie da się ukryć. Ubóstwiam kupować proszki i płyny do płukania. Moją aktualną miłością jest złoty Silan Soft & Oil o zapachu piżma i wanilii. No przysięgam - mogłabym się w nim wykąpać. 3. NIENAWIDZĘ SIĘ OPALAĆLubię, kiedy moja skóra nabiera brązowego koloru, ale nie lubię jej w tym pomagać. Wystawiam się na słońce od czasu do czasu, ale nie potrafię leżeć plackiem na leżaku dłużej niż paręnaście minut. Zawsze wstaję, żeby coś porobić i tyle z mojego opalania.4. PRZEWAŻNIE ZAWSZE MAM BAŁAGAN W SZAFIENo cóż. Lubię mieć porządek i dość często go robię, ale równie często powstaje bałagan. Nie mam cierpliwości do składania ubrań. Większość z nich i tak wisi na wieszakach, ale mimo wszystko - część musi leżeć na półkach. Właśnie tam zazwyczaj wygląda jak po wojnie. 5. JESTEM HIPOCHONDRYKIEM I PESYMISTKĄ Domyślam się, że jedno i drugie nie wzięło się z bylekąd. To, że panicznie boję się o swoje zdrowie a przy tym wszystko widzę w czarnych barwach, to efekt tego, co przeszłam. Próbuję to zmienić, ale nie idzie. :) 6. UWIELBIAM CZOSNEKDodaję go w sporych ilościach do prawie każdej potrawy, z wyłączeniem niektórych zup. Kocham jego smak, zapach a nawet beczułkowaty wygląd i cieszę się, że mój narzeczony podziela tę fascynację. 7. NIE ŚMIEJĘ SIĘ Z TEGO, CO WSZYSCYLubię inteligentny i/lub trudny dowcip. Śmieszą mnie sytuacje, które z pozoru wydają się zwyczajne. Mój przyszły mąż do tej pory przeżywa, że bawi mnie reklama o kolesiu, który zrobił sobie kolczyk w języku. Próbowałam ją znaleźć, żeby Wam podlinkować, ale niestety nigdzie jej nie ma. Kabarety oglądam tylko wtedy, gdy mój M.. Zdecydowanie bardziej wolę stand-up. 8. MAM WIELE ZAINTERESOWAŃUwierzcie mi, chyba nie ma zawodu, którego nie chciałabym wykonywać przynajmniej przez chwilę. Zanim wybrałam studia, myślałam o karierze w wojsku, policji, sądzie. Chciałam spróbować swoich sił na scenie, zarówno w roli piosenkarki jak i aktorki. Planowałam studia na Akademii Sztuk Pięknych, później w szkole gastronomicznej. Tata w myślach wysyłał mnie do Wałcza, na kajaki(!). Było tego tak dużo, że teraz śmieję się pod nosem i cieszę, że skończyłam z wyborami tego typu. Do tej pory mam jednak wiele zainteresowań, czego dowodem jest chociażby to, że: na własną rękę pracuję w programach graficznych; uczę się języka obcego; pomagam w diagnozie dzieci z zaburzeniami mowy; fotografuję.9. JESTEM TYPEM POMOCNIKA. NAJCHĘTNIEJ POMOGŁABYM WSZYSTKIM DOOKOŁA, BEZINTERESOWNIETo cecha, która najbardziej frustruje moich bliskich. Wychodzę z założenia, że skoro mogę pomóc to nie ma powodów, żeby tego nie zrobić. Bardzo często poświęcam swój wolny czas i umiejętności na to, by zrobić coś za/dla kogoś. Od niedawna uczę się z tym walczyć, bo niestety im więcej siebie daję innym, tym mniej z nich to docenia i szanuje, traktując moją pomoc jako coś zupełnie normalnego.  10. MAM OBSESJĘ NA PUNKCIE CZYSTYCH DŁONIŚrednio co paręnaście minut myję ręce. Tak bardzo weszło mi to w krew, że nie umiem się powstrzymać, gdy mam możliwość to zrobić. W podróży zawsze mam ze sobą wodę niegazowaną, chusteczki nawilżone lub żel antybakteryjny i krem do rąk. Obsesyjność sama w sobie nie jest problemem, chociaż irytujący staje się fakt, że bez przerwy wydaje mi się, że mam brudne dłonie. :)Dajcie poznać siebie też z tej innej strony i napiszcie o dziwnych faktach, które Was kształtują. :) 

Podwójna niespodzianka, czyli ratunku… to bliźniaki!

Boginie przy maszynie

Podwójna niespodzianka, czyli ratunku… to bliźniaki!

     Do niedawna myślałam, że moje życie jest już nieźle ustabilizowane. Trzej odchowani chłopcy, satysfakcjonująca praca, kochany mąż i własne mieszkanie - dość małe, ale jeszcze się tu mieściliśmy. Nawet remont w dziecięcym pokoju zrobiłam, myśląc, że dzięki temu łatwiej będzie nam tu mieszkać przez następne dwa - trzy lata, zanim zaczniemy budować swój Wymarzony Dom. A tu nagle… zaskoczyła nas wieść zupełnie niesamowita!Zdecydowanie wiem już, że nie da się w życiu niczego zaplanować… jak to się mówi - nie znasz dnia ani godziny. Ale kto przy zdrowych zmysłach uznałby, że po trójce chłopców należy mi się jeszcze PODWÓJNA WYGRANA?!Cóż… na pewno nie ja…     Sama wiadomość o czwartej ciąży nie była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Od jakiegoś czasu temat ten - za sprawą Marty i Poli, zdecydowanie - był leit motivem w naszym domu ;) Chłopcy dopytywali, kiedy u nas będzie "dzidzia" i prosili, że strasznie chcieliby mieć siostrzyczkę. Oczywiście nie było tak, że ślepo zdecydowaliśmy się spełnić dziecięce zachcianki, ale coraz częściej rozmawialiśmy o tym, marzyliśmy na jawie. A może byśmy dali radę?.. W końcu trzy a cztery to już nieduża różnica.. no i ta dziewczynka...Trochę zaniepokoiłam się, gdy moi chłopcy - szczególnie Felek i Maks - nagle zaczęli przytulać się do mojego brzucha i mówić, że "czują dzidzię", ale zdecydowanie brałam to za ich dziecięcą bujną wyobraźnię. Szczęka opadła mi dopiero, gdy zrobiłam test i zobaczyłam tam wyraźne, grube kreseczki… BetaHCG też wyszło mi bardzo wysokie i przyrastało w oszałamiającym tempie, ale mówię - każda ciąża jest inna, pewnie tutaj zdrowy brzdąc rośnie i stąd podejrzanie duże wyniki. I tylko Felek odrobinę mnie niepokoił, bo wszystkim zainteresowanym powtarzał: mama ma w brzuszku DWIE DZIDZIE. Dwie dzidzie to są, mama! I na nic moje tłumaczenia, że to niemożliwe i że dzidzia jest tylko jedna… no bo jak, no bo skąd..?Dopiero po dwóch tygodniach poszłam na pierwsze badanie USG... w tradycyjnym stresie, oby tylko było serduszko!Nigdy nie zapomnę miny lekarza, który zapytał, czy widzę to samo co on. Ja tam nic nie widziałam, widok zupełnie niecodzienny i niespodziewany, więc przerażona zapytałam - proszę, tylko niech pan nie mówi, że to rak…- Rak? Jaki Rak..? To bliźnięta!Nigdy nie zapomnę swoich łez - nigdy nie płakałam dotąd w takiej sytuacji. Zawsze na widok serduszka była ogromna radość i jak już - łzy szczęścia. Ale dwa serduszka?… Skąd Felek to wiedział…?     Nigdy nie myślałam, że mi się to przytrafi. O bliźniętach słyszałam dużo - w telewizji. Czytałam w kolorowych magazynach. U nas w rodzinie nie było dotąd bliźniąt - nawet w rodzinie bardzo dalekiej - nie było też specjalnych medycznych uwarunkowań, bym w taką mnogą ciążę kiedykolwiek zaszła. Po prostu podwójny CUD.     Ale nie miejcie złudzeń… nasza pierwsza reakcja nie była tak pozytywna, jak to na cud przystało. Właściwie trzy dni omijaliśmy z mężem temat, a na każde wspomnienie miałam łzy w oczach. I tylko odrobinę ze wzruszenia. Myślę, że to zrozumiałe - po trójce dzieci podwójny bonus - naprawdę trzeba być albo bardzo głupim, albo bardzo bogatym, by totalnie optymistycznie patrzeć w przyszłość… Zaręczam, myśmy przeżyli ogromny szok!..     Na początku byłam bardzo, bardzo zła. Tak po prostu, na los. Że dlaczego ja? Czemu to nie mogło być nasze drugie i trzecie, może trzecie i czwarte dziecko? CZWARTE I PIĄTE! Do dzisiaj wydaje mi się to dosłownie kosmicznym wysiłkiem, ogarnąć naraz taką gromadkę. W końcu nieraz mam problem z ogarnięciem trójki… Dodać do tego dwie, maleńkie "drzy-drzy-mordki", nieśpiące w nocy w sposób zupełnie nieskoordynowany, jedzące o różnych porach, wymagające zmiany nie 15, a 30 pieluch dziennie… AAAA… i na co mi to było…?Kto przy zdrowych zmysłach uznał, że sobie poradzę? Nie mam wystarczająco dużo czasu nawet dla tej trójki, którą już mam, a tu jeszcze dwa maluchy…? A docelowo - dwoje dzieci, które trzeba zawieźć na angielski, tańce, piłkę… odrobić lekcje… cały mój wolny czas to będzie ten spędzony w samochodzie, gdy będę czekać, aż jedno skończy basen, by pojechać po następnego, który kończy trening… Gdzie w tym wszystkim ja i moje marzenia, plany? Gdzie nasze za małe mieszkanie i samochód???Do tego wizja - na pewno urodzą się za wcześnie - a wcześniactwo przeraża mnie totalnie, jako coś, z czym nigdy się nie zetknęłam. Tysiące możliwych powikłań.I sama ciąża - ciąża mnoga jest z gruntu zagrożona. A jak mi coś się stanie..? Kto się zajmie tymi moimi ukochanymi chłopczykami…? Chociaż tu miałam szczęście - to na pewno ciąża dwuowodniowa i dwukosmówkowa, czyli najbezpieczniejszy z wariantów bliźniaczych ciąż. Ale i tak, podwójne ryzyko… i dużo większy brzuch. I te rozstępy!.. :D A ten czas, kiedy powinnam odpoczywać.. którego nie mam, no po prostu, nie mam? A cesarskie cięcie, które zawsze strasznie mnie przerażało - boję się operacji, boję się ewentualnych powikłań, bólu?.. A z drugiej strony wizja potencjalnie groźnego porodu naturalnego, gdy jedno z dzieci nie daj Boże, zaklinuje się… tysiące paskudnych scenariuszy…Słowem, zdecydowanie złość, wątpliwości, strach zdominował jakąkolwiek radość.Nawet tabliczkę sobie zrobiłam z plusami i minusami tej sytuacji. Guess what? Nie było na niej ani jednego plusa!     Sytuacji nie poprawiał fakt, że po trzech doskonałych ciążach, w których mogłam - i rzeczywiście przenosiłam - góry, w tej czułam się dramatycznie. Doświadczyłam każdego możliwego objawu ciążowego - i to w dwójnasób. Momentami miałam wrażenie, że nie wytrzymam - i ryczeć mi się chciało… Więc ryczałam. Każdego dnia. Napełniona powietrzem jak balon, przez co trudno było mi nawet siedzieć, walczyłam z rozchwianymi emocjami i chandrą… Mamą byłam okropną… Do tego każdy zapach doprowadzał mnie do obłędu, nic mi nie smakowało, a wiecznie musiałam coś jeść, bo inaczej miałam mdłości jeszcze większe. Z ich powodu budziłam się nawet w nocy!..Dla mnie to była zupełna odmiana. W ciążach z chłopcami na palcach jednej ręki mogłabym policzyć dni gorszego samopoczucia. Tutaj od 4 do 10tc myślałam, że oszaleję. Dosłownie. 6 tygodni męki bez jednego lepszego dnia.I nie wiem, jak to się stało… nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po skończeniu 10tc się skończyło. Niesamowite uczucie ulgi, którą bałam się zapeszyć… I powoli entuzjazm i radość doszczętnie zaczął wypełniać moje serce :D     Dzisiaj czasem zapominam, że jestem w ciąży ;) Wróciłam do formy i to niemalże totalnie ;) Brzuszka jeszcze prawie nie widać, więc nic mnie nie krępuje, oprócz dni, kiedy nie mam siły ruszyć się z kanapy. A co - wolno mi! I nieraz pozwalam sobie na totalne lenistwo, gdy od 8 rano do 17 nie zrobię nic. Wiem, że takie dni mogę zacząć liczyć - wiele mi ich nie zostało ;)     Odkąd dowiedziałam się, że maluszki zdrowo rosną - w dwa tygodnie po pierwszym badaniu poszłam sprawdzić, czy na pewno wszystko jest OK (naczytałam się o ryzyku "wchłonięcia się" jednego zarodka, co przerażało mnie tak, że nie mogłam spać), jestem już uspokojona i wręcz niebotycznie szczęśliwa. Co nie jest takie dziwne… Po ostatnim USG - genetycznym, kończącym pierwszy trymestr - wiem, że te moje chłopaczki są zdrowiuśkie… i superśliczne. I nawet nie zasmucił mnie fakt, że córeczki już nigdy nie będę miała. No cóż! Niepisane mi warkocze i kokardki! Za to będę mieć pięciu synów. Królowa jest tylko jedna! :D     Widocznie tak miało być. Wybrali nas sobie za rodziców najwyraźniej z jakiegoś powodu. Może jestem lepszą mamą, a mój mąż lepszym tatą, niż nam się na codzień wydaje? Może skusili ich naprawdę udani (:D) starsi bracia? Jeśli tak, to im się nie dziwię - udali się nam nad wyraz. I starszaki nie mogą się już doczekać tych maleństw!     Nie wierzę w przypadki - raczej w to, że każdy nosi taki krzyżyk, który jest w stanie unieść. Zatem damy radę.  Mamy siebie, odchowanych starszaków i zaangażowane, wspierające rodziny - babcie, ciocie… i już wiem, że będzie dobrze. Musi. Chociaż na pewno nie będzie łatwo i stoimy w obliczu naprawdę wielkiego wyzwania. Przed nami milion decyzji - co z mieszkaniem, co z pracą, czy zatrudnić nianię, jak to ogarnąć… Nadal mam pełno obaw, a wizja "jednoczesności" wszystkiego przy bliźniakach totalnie mnie przeraża. Nie mam pojęcia, jak toto się naraz karmi, przewija i obsługuje, ale w końcu… nauki "obsługi" jednego dziecka też musiałam się najpierw nauczyć. I teraz też mi się uda :) A jak nie to będziecie mi służyć pomocą. Prawda?… W końcu… jak tu się nie cieszyć z takiego widoku?… A docelowo… <3PS Chyba naprawdę byłam bardzo grzeczna… <3~ Pat

Segritta

Mam taki zwyczaj drogowy, który niedawno złamałam

Umówiłam się z Sebą na naleśniki w naszej ulubionej naleśnikarni w Pruszkowie. On jechał z pracy, ja z domu. Jakoś tak się fajnie złożyło, że na jednym ze skrzyżowań spotkaliśmy się i sporo kawałek trasy przejechaliśmy jedno za drugim. On jechał pierwszy, ja za nim, a przez cały czas gadaliśmy ze sobą przez telefon. Droga, którą jechaliśmy, była pusta. W pewnym momencie łączyła się z inną ulicą, która była wobec naszej nadrzędna. Seba zwolnił przed skrzyżowaiem, prawie zatrzymując się, i, upewniwszy się, że nic nie jedzie, pojechał dalej. – Wolne – powiedział mi przez telefon – możesz jechać. I pojechałam. Nie zwolniłam nawet. Zdałam sobie wtedy sprawę, że pierwszy raz w życiu tak zrobiłam. Że pierwszy raz w życiu zaufałam drugiej osobie na tyle, że nie sprawdziłam sama, na własne oczy, że nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo. Jeśli jadę z pasażerem, który wychyla się i z chęci niesienia mi pomocy informuje mnie, że „prawa wolna”, to spokojnie mówię mojemu pasażerowi, żeby się wygodnie oparł, nie wychylał, bo jest pasażerem i ma siedzieć sobie wygodnie, a nie mnie prowadzić i zasłaniać mi prawe lusterko. Potem sama patrzę i, jeśli faktycznie „prawa wolna”, to jadę. Jeśli dojeżdżam do przejazdu kolejowego ze szlabanem i ten szlaban jest podniesiony, to i tak zwalniam oraz patrzę w obie strony, czy na pewno jakiś pociąg nie jedzie. Nie znam gościa, który tym szlabanem operuje. Nie zaufam mu w kwestii mojego życia. Jeśli jadę pustą, ciemną ulicą i zbliżam się do przejścia dla pieszych, to mimo że mam zielone światło, zwalniam przy tym przejściu, bo zakładam, że może się na nim pojawić jakiś pijak, idiota lub dziecko – a ja nie chcę mieć potem na sumieniu jego życia.   Dziwne uczucie, tak w wieku 32 lat, pierwszy raz…. Ale choć nic się nie stało, to chyba tego nie powtórzę. :) Zostanę przy moim starym zwyczaju, bo daje mi poczucie bezpieczeństwa i uważam, że jest obowiązkiem każdego kierowcy. Bo to kierowca jest „kapitanem” swojego samochodu. Takim pilotem, który w danym momencie jest najważniejszy, niezależnie od tego, kogo wiezie na pokładzie, z kim rozmawia przez telefon i jak bardzo mu się spieszy.

Smaki wczesnego lata

Nieperfekcyjna Pani Domu

Smaki wczesnego lata

    Już za chwile zawita do nas astronomiczne lato. Z jakimi smakami Wam się ono kojarzy? Dla mnie najwcześniejszymi oznakami, że lato tuż tuż to dojrzewające truskawki. Niestety ich czas pomału dobiega końca. W między czasie dojrzewają czereśnie. Z letnich warzyw uwielbiam szparagi oraz młode ziemniaczki i kapustę. To tylko kilka moich letnich propozycji. Korzystajmy z dobrodziejstw natury, teraz jest na to najlepszy czas!     Ostatnio na niedzielny obiad serwowałam, młode ziemniaki w duecie z łososiem i szparagami, które po raz pierwszy robiłam w piekarniku.      Natomiast z białych szparagów polecam ugotować pyszny krem, przepis znajdziecie tutaj.    Wstyd mi się przyznać ale smak bobu poznałam dopiero niedawno...         Wiosną zachwycałam się bzami i konwaliami. Niestety te kwiaty już przekwitły, ale moje zmysły cieszą teraz piwonie, róże i maki.

Jak sprawdza się i czym mnie zaskoczyła  lokówka za...20 zł

ANIA MALUJE

Jak sprawdza się i czym mnie zaskoczyła lokówka za...20 zł

Wczoraj pojawiła się oferta z lokówką za 19.99 zł. Do tej pory miałam doświadczenia ze sprzętem z nieco wyższej półki - były to prostownice i lokówki Braun oraz Remington. Byłam ciekawa, jak sprawdzi się u mnie coś tańszego...Moje włosy są proste jak druty, ale też lubią odgniatać się od gumek. Koczki ślimaczki, papiloty, warkoczyki - wszystko to funduje mi raczej efekt zbuntowanego Chopina skrzyżowanego z Cocker Spanielem... a chciałoby się romantycznego, zwiewnego wyglądu.Cóż :DNie miałam za bardzo czego ryzykować, więc postanowiłam sprawdzić jak sprawuje się tania lokówka podróżna.Mała, ale solidna. Wielkim plusem jest kabel obrotowy, do którego przyzwyczaiły mnie droższe marki. Natomiast minusem jest brak regulacji temperatury, która jest po prostu jedna i niezmienna (według producenta 180 °C). Płytki są ceramiczne, gdyby byłe inne - nie podjęłabym ryzyka.Spryskałam włosy sprayem termoochronnym i rozpoczęłam kręcenie. Z moich włosów nie wyczaruję żadnej cudownej fryzury, bo są ścięte tak, by pozbyć się spalonych przez rozjaśnianie końcówek. Mimo to, bałaganiarski efekt jakiego chciałam jest całkiem zadowalający ;-)Od razu : Spódnica : klik, buty: centro, top - jeszcze z czasów liceum , przygarbienie wymuszone przez oskrzela :DA tak fryzura wyglądała po dłuższej chwili : Mina numer jeden wyraża nastrój po zobaczeniu liczby zagadnień do egzaminu dyplomowego :). A na serio - w poprzednim tekście pisałam, że miałam krótkie załamanie zdrowotne i oto efekt :)).Jasne, cudów nie ma, bo loki się trochę rozprostowały, ale niczym ich nie utrwalałam. Szczerze mówiąc, to jestem pozytywnie zaskoczona lokówką.  Jestem pewna, że kilka lat temu takie lokówki (powłoki ceramiczne, obrotowy kabel) były sprzętem z wyższej półki. Dzisiaj oczywiście mamy już dużo większy wybór parametrów takiego sprzętu, ale dla osoby takiej jak ja, która włosy kręci okazjonalnie, lokówka jest dobrym zakupem. ;-)Mam na myśli to, że gdybym kilka lat temu powiedziała : na taki sprzęt wolę wydać więcej, to pewnie kupiłabym coś o podobnych funkcjach :DLokówką uzyskałam praktycznie taki sam efekt, jak lokówką stożkową pearl wand Remingtona. Różnica polega na tym, że było prościej i z dużo mniejszym ryzykiem poparzeń ;)).Podróżna lokówkę której użyłam,  można kupić za 19,99 zł w jednym z dyskontów (klik). Natomiast drugi oferuje  lakiery, szampony i odżywki w niższych cenach (klik).Ja na pewno będę jeszcze eksperymentować z innymi sposobami uzyskania loków. Wszystkie "na zimno" oraz "na noc" niestety zawodzą u mnie po całości :(Co sądzicie o tanim sprzęcie? Może macie dla mnie jakieś rady odnośnie loków? ;-). Jestem jedną z tych osób, które kręcą włosy na imprezę, a zanim się na niej pojawią, mają już proste strąki :D. Tym razem loki przetrwały dużo dłużej, ale stylizacja na ciepło jest jednak inwazyjna... Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na "głównej") - jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin :) A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem :) Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Współpraca z Dresslink - czy to się opłaca? + konkurs!

'DARIAA

Współpraca z Dresslink - czy to się opłaca? + konkurs!

Cześć wszystkim! ♥O firmie dresslink.com słyszałam głownie na YouTube, jednak na blogach pojawiała się znacznie rzadziej. Dziewczyny mają różne zdanie na jej temat. Ja mocno zraziłam się do tych wszystkich chińskich stron. Prawie zawsze jak coś mi przychodziło wyglądało nie tak jak powinno i oddawałam te ciuchy innym. Dlatego tak długo zastanawiałam się nad przyjęciem propozycji od dresslink, aż w końcu zaryzykowałam. Zobaczymy co z tego wyjdzie.  Na tej stronie możecie znaleźć na prawdę wszystko! Począwszy od ubrań, dodatków, butów, torebek, a kończąc na zabawkach dla dzieci. Ceny są BARDZO atrakcyjne. Kontakt z firmą jest również na wysokim poziomie, w razie wszelkich pytań czy wątpliwości zawsze udzielą nam odpowiedzi w szybkim czasie. Niżej przedstawię wam kilka rzeczy, które najbardziej mi się spodobały.CROP TOP - KLIKNIJBLUZKA - KLIKNIJPĘDZLE 1 - KLIKNIJ  |  PĘDZLE 2 - KLIKNIJNASZYJNIK 1 - KLIKNIJ  |  NASZYJNIK 2 - KLIKNIJPIŻAMA - KLIKNIJ  |  OKULARY - KLIKNIJKONKURS:W komentarzu podaj cenę wybranych rzeczy (im więcej tym lepiej!) i link do swojego blogaW kolejnym poście polecę 5 blogów :)

Work-Life balast

Lady of the House

Work-Life balast

Małe szczęścia

KAMERALNA

Małe szczęścia

Jak odwrócić czyjeś zachowanie na swoją korzyść i wygrać ponad 400 zł :)

ANIA MALUJE

Jak odwrócić czyjeś zachowanie na swoją korzyść i wygrać ponad 400 zł :)

Powyższy kolaż idealnie pokazuje kolory mojej duszy. Lubię biel, zieleń i złoty brąz.  Powoli uczę się, które kolory są "moje", chociaż jest to trudny i długi proces, bo mam w tej sferze lata zaniedbań. Czasami mam wrażenie, że mam tygodnie, kiedy każdy kolejny dzień jest kalką poprzedniego - robię to samo, tylko nieco zmienia się scenografia - strój, pogoda, obiady i kolacja. A potem przeglądam swój własny instagram, archiwum bloga i widzę, że jednak się trochę działo, że coś robiłam. To dobrze, bo to miejsce wciąż ma na mnie jakiś terapeutyczny wpływ.Czasami tydzień kończy się tak jak wczoraj - potwornym bólem płuc, głowy i brzucha. Wieczorem spędzonym na - pardon my french - rzyganiu i bolesnym przypomnieniem sobie o tym, że wcale nie jest tak, że mogę wszystko. Czasami za długo jest za dobrze i zapominam, że jestem nieuleczalnie chora. Ale to, że zapominam, to jest niewyobrażalny cudowny i niesamowity postęp. Zamiast płakać i pytać dlaczego ja? niesamowicie się cieszę, że taki paskudny dzień z bezsenną nocą i walką o każdy oddech zdarza się raz, dwa razy na miesiąc....a kiedyś był moją codziennością. I byłby do dzisiaj, gdyby nie kilka męskich i trudnych decyzji, które musiałam podjąć.Nie wiem czy wiele jest na tej planecie osób, które tak bardzo doceniają każdy przeżyty dzień.Patrząc obiektywnie - mam dwie ręce, dwie nogi, całkiem sprawny umysł. Żyję w kraju o względnej stabilizacji - nie ma wojny, mam dach nad głową, jako-taką wolność słowa i prawo głosu. Mam za co żyć i umiem zapracować na swoje utrzymanie. Potrafię walczyć ze swoją chorobą. Codziennie wstaje słońce, mojego miasta nie pokrywa tona smogu i nie nawiedzają go trzęsienia ziemi ani fale tsunami. Pod dom nie przychodzą aligatory ani jadowite węże. Niby to nic, taka oczywistość, ale dla mnie to wszystko jest cudowne i jestem niesamowicie wdzięczna, że urodziłam się w takich a nie innych czasach  w takim a nie innym miejscu.Kaszlący i duszący się bracia mojej babci nie mieli takiego szczęścia i pożegnali się ze światem zanim zdążyli się nim nacieszyć.Gdy wieszałam na uczelni karteczkę z darmowymi komplementami,  czułam się jak naiwny przedszkolak, który uśmiecha się do obcych ludzi, bo jeszcze nikt nie odpowiedział mu burkliwie "na co się gapisz?!" ani "co się tak szczerzysz? wyjebać ci?"Nie macie czasami wrażenia, że w naszym społeczeństwie trzeba się tłumaczyć z tego, że jest się szczęśliwym? A ty co dzisiaj taka radosna? Wygrałaś w lotka? Jakby bycie radosnym nie mogło być częścią naszego usposobienia, sposobu bycia. Dużo łatwiej akcpetujemy fakt, że ktoś jest nieszczęśliwy, czyniąc z tego smutną normę.W każdym razie, gdy dzisiaj szłam złożyć pracę magisterską (wreszcie!) zerknęłam na tablicę z urwanymi wszystkimi komplementami i uśmiechnęłam się szeroko - przyczyniłam się do kolejnych dziewięciu uśmiechów u innych osób :D Jeśli chcecie wydrukować podobne, to szablon i opis akcji znajdziecie tutaj : darmowe komplementyJa pokusiłam się o niezdrowe lody z żelkami :Foremki były dostępne w Lidlu (klik), ale ja swoje dorwałam w Tesco.  Pycha! O daniach i deserach idealnych na upał pisałam troszkę tutaj : CO JEŚĆ W UPAŁ? POMYSŁY NA DANIA, PRZEKĄSKI I DESERY ;-)No właśnie, wyjdę na wielką hipokrytkę jeśli napiszę, że te lody były wyśmienite, tak samo jak drugie - jogurtowe z granatem, ale w drodze z uczelni nie mogłam oprzeć się kupnym? Już chciałam iść sobie na krushersa albo mc flurry (nie osądzajcie mnie :D ) ale skusiłam się na ten sorbet malinowy - przepyszny! W gazetce jest napisane, że będzie w sklepach dopiero 18.06, ale u mnie już był. Polecam! :) Kulinarnie oprócz rosołu, zrobiłam też domową lasagne. Wykorzystałam w tym celu maszynkę do makaronu, o której wraz z przepisem na boski domowy makaron i uzdrawiający rosół pisałam tutaj .Zbagatelizowałam jednak kilka sygnałów od mojego ciała - moja skóra na czole znów zrobiła się sucha, włosy były całkiem zbuntowane a ja wiecznie zmęczona. Byłam pewna, że to kwestia nieregularnego rytmu dnia i niedosypiania (sesja, magisterka), ale jednak kryło się za tym coś więcej.Banalny przykład sygnału od ciała :Mimo olejowania, moje skórki od paznokci były ekstremalnie suche i sprawiały, że z każdym lakierem wyglądałam jak fleja.Do tego moja twarz przybrała lekko szary kolor, taki ziemisty. Znacie jakieś osoby, które wyglądają na wiecznie "niedomyte"?  Właśnie to mam na myśli pisząc o zszarzałej cerze. Niby jestem czysta, ale coś nie gra. Może nasunąć się pytanie - jak to możliwe, że robię tyle rzeczy dla swojego zdrowia - jem w 80-90% czysto, ruszam się, gotuję zdrowotne rosoły i piję inne zioła i mikstury, a spędziłam dzień na zwijaniu się z bólu i wymiotowaniu?Nałożyły się trzy czynniki :- za mało czasu na regenerację (niedobór snu)- za mało ruchu*- leżenie plackiemZ tym ruchem to śmieszna historia - jestem osobą dość aktywną, bardzo dużo chodzę, zazwyczaj rozciągam się, wykonuję ćwiczenia oddechowe i koniecznie mostek + przeróżne skoki, żeby wszystko ładnie odrywało mi się z oskrzeli. Jestem zaprzyjaźniona ze skakanką i hula-hoop, ale ostatnio dni były tak przeładowane, że nawet nie zauważyłam, że nic nie ćwiczę. Chcąc dać sobie jeden dzień na regenerację i poleżenie na kocu w ogródku, wskoczyłam w bikini. Przerażona zauważyłam celullit, który uaktywnia się po uszczypnięciu ud :)  Cóż, nic nie jest dane wiecznie, więc zrobiłam 100 przysiadów i bardzo pożałowałam tego następnego dnia :). Jakoś nie zauważyłam, że dawno nie ćwiczyłam i dorobiłam się zakwasów. Ja! Osoba, dla której miesiąc temu 100 przysiadów było jak pryszcz a ruch był codziennością.Mam to szczęście, że kiedyś dużo ćwiczyłam i krótkie okresy zaniedbań nie zamieniają mnie w pączka, a jedynie powodują ogólne rozflaczenie. Finalnie dobiło mnie... odpoczywanie.Bo odpoczywać trzeba umieć ;-). Jakoś nie pomyślałam, że skoro muszę spać niemal na siedząco (żeby się nie udusić), to leżenie plackiem przez dwie godzinki okaże się dla moich oskrzeli zabójcze. Wszystko co wyprodukowały trafiło do układu trawiennego i skutecznie wyłączyło mnie z życia na długie godziny.Zyskałam kolejną pozycję na liście - czego unikać i porządną nauczkę.Piszę do Was te słowa z nieznośnym bólem głowy i przewracającym się na lewą stronę żołądkiem. Mam za swoje! :)Wyrosła mi sama z siebie naparstnica purpurowa (jak zgaduję), a pierwsze porzeczki zaczynają się czerwienić. Bosko! :) Zastanawiam się nad zakupem wiszącej poziomki - jeśli ktoś z Was taką posiada, poproszę o informację, czy jest sens kupowania jej w połowie czerwca (chciałabym owoce w tym roku :)).Widoczna powyżej sukienka stanie się chyba moją ulubioną. prosta, pasuje mi do wszystkiego i bardzo wygodna. Niestety strasznie ją wygniotłam, bo wcześniej byłam i na "pikniku" i na spacerze w lesie :). Sukienka dostępna jest tutaj (klik). Na modelce wygląda ładniej, bo mocniej ściągnęła pasek (ja luźno związałam go z tyłu) no i wybrałam zabudowany, spłaszczający biustonosz. Na zdjęciach widzę, że to był błąd, bo wychodzi mi bokiem (ale wstyd -.-).Koturny pokazywałam Wam ostatnio  (klik), ale zdecydowałam się na nie znowu :). Moje pięty umierają po całkiem płaskich butach, a wysokie obcasy nie zawsze współgrają z moim trybem życia (lubię przyrodę, parki, lasy i inne podłoża nie dogadujące się ze szpilkami ;-).Widzę, że zapomniałam o torebce. Też pokazywałam ją dość dawno :Ale nie zaszkodzi drugi raz :). Jest to jedna z moich ulubionych torebek , pochodzi z Choies , ale niestety jest już wyprzedana. Może kiedyś wróci :).Załatwiłam też wszystkie sprawy związane z obiegówkami, zdałam indeks...  i czuję się jak jakiś kujon ;-)Uwzględniając fakt, że wciąż pracowałam, aktywnie pisałam bloga (podwajając w ciągu roku liczbę czytelników, wow!) no i nie ozdrowiałam w cudowny sposób - wynik jest dla mnie dość ładny :) Jestem z siebie dumna i polecam wszystkim bycie dumnym ze swoich wyników -  nie warto mówić udało mi się, lepiej powiedzieć zapracowałem na to. To wielka różnica, a bycie wdzięcznym za to co mamy, znakomicie wpływa na budowanie stabilnej i zdrowej samooceny. Przyjmujemy odpowiedzialność za swoje błędy i niepowodzenia, ale też cieszymy się z małych i większych sukcesów :).A to Szaraczek :). Wraz ze swoim ulubionym, zmechaconym kocykiem. Tym razem chętnie sięgałam po imbirowo-pomarańczowe smoothie.  Widziałam, że padło kilka pytań o bikini, więc zaktualizowałam wpis o linki (do butelki na smoothie i bikini). Tekst znajdziecie tutaj . Uprzedzając pytania - na zdjęciu nie jestem ja :DJa łapałam zaciesz z pięknego jaśminu, który wylądował potem w wazonie. Uwielbiam zapach jaśminu! *.*Filet z kurczaka nadziany pesto z pietruszki i koperku był wyborny. Jeśli tak jak ja - często stawiacie na fileta z piersi, to obecnie jest na niego bardzo dobra promocja (klik).Te liście pod sałatą, to liście buraczka , botwinka. Wspomaga oczyszczanie organizmu i jest bardzo smaczna :).Polecałam też kilka ciekawych filmów :CO WARTO OBEJRZEĆ? 6 CIEKAWYCH FILMÓW, JEDEN CIĘ ZASKOCZY ;-)I bardzo cieszę się z tego, że kilka osób zdecydowało się obejrzeć ostatni. Nie sądziłam, że komuś będzie się chciało, miłe zaskoczenie!Kojarzycie taki stary program - twój problem, nasza głowa?Często odzywacie się do mnie z opisem swoich trudnych sytuacji i prośbą o radę. Najbardziej wzruszył mnie chyba e-mail od dziewczyny, która chciała popełnić samobójstwo, a lektura mojego bloga sprawiła, że zmieniła zdanie. To był moment kiedy stwierdziłam, że to nie jest jakieś tam luźne hobby, ale coś, co ma sens...Tym razem problem czytelniczki trochę mnie przerasta. Znam podobną sytuację i wiem jak się skończyła, ale jestem w swojej ocenie bardzo stronnicza. Jestem ciekawa, jaką macie opinię w temacie.Czytelniczka (nazwijmy ją Basią) od kilku lat jest w związku (z nazwijmy go - Jarkiem). Basia i Jarek mieli trudne dzieciństwo i mieszkanku wziętym na kredyt poczuli się wreszcie wolni i szczęśliwi. Były wielkie plany, wspólna przyszłość, dzieci... ale pojawił się problem - okazało się, że Jarek w świetle prawa odpowiada za spory dług swojej beztroskiej mamy, która nigdy mu o nim nie wspomniała. Dla uproszczenia - jest to 50 tysięcy i sytuacji nie da się w żaden sposób prawnie naprostować, chociaż Jarek żadnych pieniędzy nie pożyczał. W międzyczasie mama Jarka została wyrzucona z mieszkania i trafiła do... Basi i Jarka. I chociaż było ciężko, bo Basia z Jarkiem mieli komornika na głowie, zajętą część wypłaty i hipotekę do spłaty, to starali się jak mogli, by zadłużenie spłacać i jakoś żyć. Ale mama stwierdziła, że woli leżeć plackiem przed TV i pracować nie będzie, spłacać zadłużenia też nie. Bo po co. W dodatku zrzędzi i nie pozwala Jarkowi i Basi i posiadanie własnego potomstwa (bo to dużo kosztuje).Basia i Jarek urabiają się po łokcie (jeśli nie po pachy), mama leży i pachnie a sytuacja jest ciężka.Co zrobilibyście w takiej sytuacji?Jestem ciekawa waszych opinii, może macie własne podobne doświadczenia albo wniesiecie świeże spojrzenie na sprawę?Byłabym bardzo wdzięczna!Na innych blogach...cóż, będę szczera - nie miałam kiedy ich czytać!Z tego co zdążyłam to wpadły mi w oko teksty i blogi :Kulinarny blog Jaglowskiej (klik) - jestem jedną z osób, które wielokrotnie namawiały ją na instagramie na założenia bloga. Serdecznie polecam, bo aż ślinka cieknie, a wiele przepisów jest bardzo zdrowych, np. jestem pewna, że spróbuję burgerów soczewicowo-batatowych, bo wyglądają obłędnie. Ostrzegam - przepadniecie!Flow mummy i tekst o pytaniach, na które będzie musiała odpowiedzieć każda matka (klik) - dawno nic mnie tak nie rozbawiło! :)Przepiękny polski blog modowy http://aim-style.blogspot.com/Dagmara i tekst : jak odwrócić czyjeś przekorne zachowanie na swoją korzyść?Promocja -40% na kosmetyki do makijażu (klik)Kulturalnie nie miałam czasu na ...nic. Ale bardzo spodobała mi się kampania Nivea :Nie wiem czemu ma tak mało odsłon, ale jest świetnie zrealizowana. Ja co prawda wciąż pozostaję wierna ochronie skóry dzięki suplementacji witaminy D, ale chylę czoła przed pomysłodawcą kampanii.Mam też dla Was konkurs - można wygrać bon na 120$ do wykorzystania na ubrania w sklepie She In (dawniej She inside).Co trzeba zrobić :1) Zarejestruj się na Shein. http://goo.gl/8KDmXH2) Polub ich fanpage https://goo.gl/PFA5Od3) Polub mój fanpage : https://www.facebook.com/Aniamaluje?ref=tn_tnmn4) Zostaw w komentarzu adres e-mail, z którego dokonałeś rejestracji :)Konkurs trwa do 29 czerwca (data mojej obrony :D) a wybrany zostanie jeden zwycięzca :) Od soboty na blogu jest jeszcze jeden konkurs (klik), a nagrody z konkursu Colgate roześlę pod koniec tygodnia. Serdecznie zapraszam też na mój instagram : https://instagram.com/aniamaluje/I chociaż tonę w zagadnieniach na egzamin dyplomowy, to obiecuję, że będę już lepszą blogerką i postaram się pisać bardziej regularnie. Zachęcam do udziału w konkursie, ponowiam pytanie o wiszące poziomki i prośbę o wypowiedź w kwestii Basi i Jarka.Uściski! Niektóre teksty widzą tylko subskrybenci (nie lądują na "głównej") - jeśli chcesz być na bieżąco, zostań obserwatorem w google lub na bloglovin :) A jeśli dany tekst Ci pomógł, sprawisz mi przyjemność, jeśli klikniesz +1 w g+ pod tekstem :) Komentując oświadczasz, że znasz regulamin

Jest pięknie

Dlaczego warto kupić niepraktyczny samochód

Kilka lat temu, podjęłam z M. decyzję – sprzedajemy nasze dwa samochody i kupujemy jeden. Sensownie, prawda? Tyle tylko, że wybraliśmy samochód na wskroś niepraktyczny. Poprzednio jeździłam kombi, M. miał hatchback. Dwa sensowne, pakowne samochody, można nimi było przewieźć i choinkę, i psa do lekarza, i pojechać na ogromne zakupy. Ale rzecz polegała na tym, że oba były już leciwe. Poza tym, praca M. polega na testowaniu samochodów, więc zdarzało się, że nasze własne auta stały bezczynnie po parę tygodni, nawet dłużej niż miesiąc. Niestety, to im nie robiło dobrze. Ciągłe naprawy, ładowanie akumulatora, kupowanie nowego akumulatora i niepewność, czy danego dnia samochód zapali, utrudniały życie. Postanowiliśmy więc kupić nowy samochód. Nowy, z salonu, tylko nasz – przede wszystkim dlatego, że chcieliśmy kupić auto z gwarancją, gdzie nie trzeba się zastanawiać, jaka usterka wyjdzie następnego dnia po zakupie. Na liście samochodów, które nas interesują, znalazło się 5 modeli: Fiat 500C, Kia Soul, Citroen DS3, Mazda MX5 oraz Volkswagen up!. Jak widać na zdjęciu, wybraliśmy najmniej praktyczny z tych pięciu, bo dwumiejscowy samochód ze składanym dachem – Mazdę MX5. Po trzech latach jesteśmy dalej tak samo zadowoleni, jak pierwszego dnia – odbieraliśmy auto z salonu przed weekendem majowym i praktycznie cały weekend dokądś jeździliśmy, dla przyjemności podróżowania. Mazda MX5 nie jest samochodem praktycznym na pierwszy rzut oka: ma mały bagażnik (150 litrów), tylko dwa miejsca, jest niska, w dodatku przy 160-konnym 2-litrowym silniku benzynowym, pali w mieście ponad 9 litrów na setkę. No i ten dach, przecież “w Polsce jest sezon na jazdę bez dachu tylko w wakacje” – ten argument słyszeliśmy masę razy. Nic bardziej mylnego – wbrew pozorom, przy otwartym dachu, postawionych szybach i włączonym ogrzewaniu wewnątrz jest bardzo przyjemnie przy ujemnych temperaturach. Ale rozumiem, skąd się ten pogląd bierze – ostatnio jechaliśmy dokądś BMW 1, kabrioletem. I było nam zimno – dlatego, że z uwagi na drugi rząd siedzeń, cyrkulacja powietrza jest inna niż w roadsterze, jakim jest Mazda MX5. Czyli po raz kolejny okazało się, że dobrze wybraliśmy. No tak, ale drugi rząd siedzeń się przydaje – przecież nie zawsze jedzie się samotnie lub we dwoje! Ano nie. Nas jest dwoje. Nie mamy zwierząt, nie mamy dzieci – i to nie ulegnie zmianie. Dwumiejscowy samochód w zupełności wystarcza. A co z zakupami? Nic. Mieszczą się. Tak się składa, że od trzech lat robię zakupy dla moich rodziców. Na początku miałam jeszcze do dyspozycji samochód taty, ale potem został sprzedany, więc teraz wszystkie te zgrzewki wody, mleka, płatków owsianych i inne rzeczy wożę Mazdą. I co? I mieści się. Jasne, czasem zakupy jadą obok mnie na siedzeniu, ale to w niczym nie przeszkadza. Jasne, zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy mają taką sytuację, jak ja. Są dzieci, są psy – ale często w rodzinie jest więcej niż jedno auto. Nie wszystkie muszą być praktycznymi kombi w dieslu. Nie wszystkie muszą być szare. Jeśli samochód jest dla Ciebie czymś więcej niż sposobem na przemieszczanie się, to nie żałuj sobie – kup niepraktyczny samochód teraz, nie czekaj na emeryturę. Potem zawsze będzie coś: kłopoty z wsiadaniem, dziecko do wożenia (chociaż mam wrażenie, że da się jakoś przyczepić fotelik w MX5), inne wydatki. A Mazda MX5 jest po prostu fantastyczna. Share and Enjoy Share on Facebook Retweet this The post Dlaczego warto kupić niepraktyczny samochód appeared first on Jest Pięknie.