Segritta

Przegląd najpopularniejszych piosenek sprzed 10, 20 i 30 lat.

Jak zwykle, szukam ukojenia w przeszłości. Wspomnienia młodości są teraz dla mnie taką bezpieczną enklawą, w której trochę mniej się boję wojny i trochę mniej płaczę nad losem Aleppo i całej Syrii. Nie uważam, żeby chowanie głowy w piasek było dobrą taktyką, dlatego razem z Sebastianem trzymamy rękę na pulsie i staramy się być na bieżąco z polityką polską i światową. W ramach pomocy uchodźcom z Aleppo wsparłam też przelewem Polską Akcję Humanitarną (do czego i Was namawiam). Niewiele więcej możemy zrobić. Ale czasem trzeba odpocząć, odetchnąć i dlatego zamiast Świątecznego wpisu w tym roku – będzie wpis muzyczny. Bo muzyka ma taką magiczną właściwość, że przenosi nas w inne czasy. Zapachy też to robią, ale technologia nie poszła jeszcze na tyle naprzód, żebym Wam mogła tu opublikować zapach poziomek. Więc po prostu posłuchajcie, czego słuchaliście dekadę, dwie dekady i trzy dekady temu. I koniecznie napiszcie w komentarzu, z czym Wam się kojarzą wybrane piosenki. Bo na pewno uruchomią lawinę wspomnień. :) PRZEBOJE ROKU 2006 Rok, kiedy debiutowały Kasia Cerekwicka i Gosia Andrzejewicz. Wprowadzono becikowe. Jarosław Kaczyński został premierem podczas gdy prezydentem jest jego brat bliźniak Lech Kaczyński. Rozpoczęto wydawanie paszportów biometrycznych. Powstała telewizja Superstacja. Segritta kończy roczek.   Przeboje roku 1996 Pojawił się pierwszy numer magazynu CD-Action Premiera filmu „Młode Wilki” w reżyserii Jarosława Żamojdy Wystartował portal Onet.pl Powstała sieć telefonii komórkowej Era (dziś T-mobile) W Warszawie był koncert Michaela Jacksona Wisława Szymborska dostała Nobla. Zmarł Krzysztof Kieślowski Powstał zespół Ich Troje.   Przeboje roku 1986 Powstał Teleexpres Telewizja Polska wyemitowała pierwszy odcinek serialu Alternatywy 4 Queen wydał album A Kind Of Magic Powstał duet Roxette  

Najgorsze trendy modowe, których nie wolno Ci stosować!

Segritta

Najgorsze trendy modowe, których nie wolno Ci stosować!

8 hitów prezentowych dla kobiety w ciąży. A ostatni najlepszy.

Segritta

8 hitów prezentowych dla kobiety w ciąży. A ostatni najlepszy.

Segritta

To nie twoja wina, że coś czujesz lub że czegoś nie czujesz

Pamiętaj, że ani to, co czujesz – ani to, czego nie czujesz – nigdy nie sprawia, że jesteś złym człowiekiem. To nie Twoja wina. Nie musisz wstydzić się, ani tłumaczyć przed światem ze swoich uczuć. Czujesz to, co czujesz i to nigdy nie jest złe. Naprawdę. Taką myśl opublikowałam niedawno na swoim facebooku. I szczerze mówiąc, spodziewałam się tylko komentarzy w ton „ameryki nie odkryłaś”. A jednak temat okazał się na tyle ciekawy, że wywiązała się dyskusja. No to pozwólcie, że myśl rozwinę i rozłożę na czynniki pierwsze. Emocje – te negatywne i pozytywne – są taką częścią naszej psychiki, która nie zależy od nas. Kształtują je geny, wychowanie, środowisko, doświadczenia (a więc w dużej mierze przypadek). Nie możemy o nich decydować. Możemy tylko nad nimi pracować – a to też nie w każdym przypadku i nie w takim stopniu, w jakim byśmy chcieli. Gdyby to było takie proste, świat byłby dużo przyjemniejszym miejscem do życia. Wyobraź sobie, że możesz ot tak odkochać się w tym dupku, który Ci złamał serce i wystawił w noc sylwestrową. Mówisz sobie „to głupie uczucie, on jest tego niewart”, pstrykasz palcami i już nie kochasz. Wyobraź sobie, że możesz przestać zazdrościć koleżance tego wypasionego roweru Wigry 3, który dostała od rodziców na komunię, podczas gdy Ty dostałaś tylko medalik z Matką Boską. Wyobraź sobie, że możesz przestać czuć dziwny rodzaj satysfakcji, gdy pada firma, która kiedyś mocno Cię wykorzystywała w pracy i płaciła z ogromnym opóźnieniem. Bo przecież te wszystkie uczucia są złe. Nie na miejscu. Nie powinnaś ich czuć! Tak się nam wmawia od dzieciństwa, choć i tak teraz jest lepiej niż za pokolenia naszych dziadków. Wtedy mówiło się dziewczynce, że jest zła, jeśli czuje zazdrość lub złość. Złość piękności szkodzi. Gdy jesteś taka smutna, to w ogóle mi się nie podobasz. Znasz te teksty? Do dziś niektórzy przemocowcy używają ich wobec swoich żon. A przecież nie mamy na to wpływu. Możemy tylko ukrywać te uczucia. Możemy nauczyć się maskować złość, smutek, zazdrość, satysfakcję z czyichś niepowodzeń lub fakt, że pociąga nas coś, co pociągać nie powinno. I tylko z tego względu wydaje się nam czasem, że wielcy ludzie, różne nasze autorytety – nie mają złych emocji. A oni je mają, tylko… nie wyrażają ich. Bo to już jest coś, nad czym możemy panować. Możemy też panować nad naszymi czynami. I tylko te czyny świadczą o człowieku. Czyny i słowa. Nie uczucia. Dam Wam teraz przykład z grubej rury. Pedofilia. To może zabrzmieć dziwnie, ale… pedofilia sama w sobie nie jest szkodliwa. Jest po prostu tym, że dany człowiek podnieca się seksualnie na myśl o dziecku.  Tak się urodził, tak go ukształtował świat, whateva. Jednych podnieca seks „po bożemu”, innych podnieca idea gwałtu, seks ze zwierzętami, bicie i upokorzenie lub sikanie na klatę. Człowiek ma w swoim spektrum seksualnych podniet naprawdę bardzo dużo dziwnych, „chorych” rzeczy i większość z nich jest niedozwolona prawnie lub przynajmniej bardzo dziwna. Normalny, zdrowy człowiek przystosowany do życia w społeczeństwie nie będzie realizował tych swoich chorych fantazji w rzeczywistości, bo umie się kontrolować i zaspokajać swojej podstawowe potrzeby w sposób zgodny z prawem i dobrym obyczajem. Odróżnia dobro od zła. To jest zresztą podstawa sądzenia ludzi zgodnie z prawem. Jeśli ktoś, kogo podnieca idea gwałtu, zrealizuje tę fantazję, jest bez wątpienia złym człowiekiem. Tak samo pedofil, który zrealizuje swoją wizję molestowania seksualnego dziecka – też jest złym człowiekiem. Ale jeśli tego nie robi, kontroluje się, wie, że to by było złe i absolutnie do tego nie dąży – to złym człowiekiem nie jest. Po prostu ma w sobie myśl – uczucie – nad którym nie panuje i którego nie może się pozbyć. Nie przekonuje Cię to? Widzisz, a dla mnie granicą moralną jest zawsze krzywda drugiego człowieka. Zawsze. Czyli rób co chcesz, byle by nikogo nie krzywdzić. To jest idea wolności ograniczonej dobrem drugiego człowieka. Zdziwiłbyś się, jak wiele „chorych” i „złych” emocji ma w sobie Twój idol, ojciec, ksiądz, pisarz lub dziecko. Jeśli chcesz przekląć drugiego człowieka tylko za złe myśli lub uczucia, to weź od razu przeklnij całą ludzkość z sobą włącznie. Czy Breivik jest złym człowiekiem? Jest. Bo mordował z zimną krwią niewinnych ludzi. Czy gdyby tego nie zrobił, nie byłby już złym człowiekiem? Tak. Na tym polega różnica. Wystarczy powstrzymać się od akcji. I to powstrzymanie się jest kluczowe. Dobry człowiek to ten, który nie krzywdzi. Po prostu. Zaczęliśmy od hardcorowych przykładów, ale teraz czas na coś bliżej zwyczajnego człowieka. Miłość – lub jej brak. To nie jest Twoja wina, że przestajesz kochać swojego partnera. To nie jest też jego wina, żeby było jasne. To po prostu niczyja wina. Mam czasem dość tej strasznej potrzeby szukania winnych w ogóle… Niektóre emocje w ogóle nie są efektem świadomych czynów jakiegoś człowieka. Po prostu je w sobie mamy i są wynikiem bardzo wielu czynników, na które wpływu nie mamy. Dlatego można czasem przestać kochać kogoś, kto był dla nas wspaniały, czuły i wyrozumiały. Można tez czasem kochać kogoś, kto jest draniem. Jeśli, będąc w związku, zakochasz się w kimś trzecim – to nie czyni z Ciebie złego człowieka. Wystarczy, że tej miłości nie zrealizujesz, czyli nie wejdziesz w romans. Taka sytuacja jest najprawdopodobniej po prostu symptomem, że w Twoim związku coś nie gra, nie kochasz już swojego partnera i może czas pomyśleć o rozstaniu. Ale dopóki nie dopuścisz się zdrady, dopóki zachowasz się jak należy, z empatią i wyrozumiałością zakończysz obecny związek – albo po prostu zaczniesz nad nim pracować – to masz duże szanse na szczęśliwe zakończenie dla Was obojga. Albo i trojga. Można też czuć wobec drugiego człowieka pogardę. Tak, pozwalam Ci na to. Możesz kimś gardzić, o ile nie dajesz mu tego odczuć (to by go krzywdziło) oraz nie działasz tak, by jemu było źle, by mu się nie powiodło albo by w jakikolwiek inny sposób cierpiał. Jeśli natomiast czujesz coś, czego czuć nie chcesz, to nic nie stoi na przeszkodzie, byś dociekał źródła takiej emocji. W tym celu możesz zapisać się na psychoterapię. Od tego ona jest. Psychoterapia pozwala często pozbyć się tych negatwnych, toksycznych emocji, które w nas siedzą, poprzez zrozumienie ich istoty i wyeliminowanie ich źródła. Czasem wystarczy je rozłożyć na czynniki pierwsze i to już pomaga. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że multum kompleksów i destrukcyjnych osobowości nie wynika z istnienia „złych uczuć”, ale właśnie z tego samopotępiania się za nie. Człowiek czuje zazdrość i złość, więc od razu (zgodnie z tym, co się mu wmawia) identyfikuje się jako złego człowieka. Jednocześnie wciąż odmawia sobie prawa do czucia tego, co czuje. I tak wpada się w naprawdę groźną pułapkę, która może prowadzić do niekontrolowanego wybuchu. Wybuchu, który krzywdzi nie tylko innych – ale też Ciebie. Gdy umarła moja babcia, nie czułam tego obezwładniającego smutku, jaki czuła moja mama. Długo to sobie wyrzucałam. Próbowałam zmusić się do płaczu na pogrzebie, ale nie potrafiłam. Zaczęłam myśleć, że może coś ze mną jest nie tak. Smutek i tęsknota przyszły kilka miesięcy później. I do dziś bardzo za moją babcią tęsknię. Ale z punktu widzenia utartych norm społecznych byłam bezduszną wnuczką, bo nie płakałam na pogrzebie własnej babci, która bardzo mnie kochała. Dziś wiem, że każdy żałobę przeżywa inaczej. Że mamy prawo przeżywać ją po swojemu. Tak samo, jak mamy prawo do każdej emocji, którą czujemy. I warto rozpatrywać je w kategorii ciekawych zjawisk, które mają swoje podłoże i których przyczynę możemy odnaleźć i zneutralizować. Ale one same w sobie nie czynią z nas złych ludzi. Nie są naszą winą. Możesz czuć co chcesz. I nie czuć, czego nie czujesz. Rozgrzeszam Cię. :)

8 najlepszych prezentów dla rocznego dziecka

Segritta

8 najlepszych prezentów dla rocznego dziecka

Trzy blogerskie dni w Paryżu

Segritta

Trzy blogerskie dni w Paryżu

Jak ewoluowała moja miłość do kawy

Segritta

Jak ewoluowała moja miłość do kawy

Segritta

Ta-daaam! Pierwszy odcinek vloga już na youtubie

Stało się. Nagrałam i opublikowałam mojego pierwszego vloga* i czekam teraz cała podekscytowana na pierwsze komentarze. Oczywiście widać niskobudżetową produkcję w braku muzyki, w słabym dźwięku, nierównym oświetleniu i kompletnym braku przygowania prowadzącej, ale oj tam, to dopiero początki. Jeśli wytrwam w postanowieniu, to za tydzień, no… miesiąc… nooooo…. najpóźniej za 5 lat pojawi się drugi odcinek. :) I ten, kto nigdy nie gadał przed kamerą do kamery (bo to wbrew pozorom ma znaczenie, czy mówisz do jakiegoś człowieka z mikrofonem, czy do kamery), nie będzie wiedział, jakie to jest cholernie trudne. Stresujące. Tak dziwnie się człowiek czuje, jakaś trema włazi na aparat artykulacyjny, coś każe nagle sobie zdać sprawę, że masz ręce i że nie masz zielonego pojęcia, co z nimi zrobić. Gadasz czasem głupoty, tak ot, bo metr taśmy filmowej nie kosztuje już milijonów dolarów ani nie jest mierzony w metrach. Ale mimo wszystko jest dziwnie. Dlatego każdemu, kto kiedykolwiek chciał skrytykować jakiegoś youtubera – za zły głos, dykcję, dziwną składnię, ruchy itp – radzę najpierw samemu się nagrać do youtuba. To bardzo ładnie zmienia perspektywę. :) *wiem, że zgodnie z zasadą powinna tu być odmiana „pierwszy vlog”, ale zrobiłam prostą analogię do przyjętej już uzusem odmiany bloga (sic!).

7 rzeczy, które mnie irytują!

Segritta

7 rzeczy, które mnie irytują!

Przeważnie staram się być kulką pozytywnej energii, miłości do każdego i cierpliwej akceptacji. Negatywne myśli zachowuję dla siebie, gryzę się w język, zanim kogoś skrytykuję. Ale czasem… czasem od rana wszystko mnie irytuje. I nie, że irytują mnie rzeczy, które przeważnie lubię. Nie. Irytuje mnie to, co mnie zawsze w sumie irytowało, ale co dusiłam w sobie. Albo takie rzeczy, za którymi nie przepadałam, choć powiedzieć, że ich nie lubiłam, to za dużo. Mechanizm zna każdy człowiek, który “przechodził” jakiś związek i zbyt długo zbierał się z odejściem od kogoś, kogo już przestał wielbić wielką miłością. Wtedy nagle zaczynają nas irytować małe rzeczy w tej drugiej osobie. To, że głośno je. Że źle akcentuje słowo “panika”. Że znowu założyła dziurawe skarpetki. Że te durne włoski na prawej brwi zawijają się w dół, na powiekę. Nosz kurwa! Jak one mogą! I dziś mam właśnie taki dzień. Dzień, w którym zawieram pokój z moim wewnętrznym crittersem i razem, w zgodzie hejtujemy rzeczywistość. Możecie się dołączyć. Zapraszam. Wylejmy trochę żółci, będzie lżej. GRECHUTA Słucham sobie mojego ulubionego radia RFM Classic, które niestety ma tę wadę, że dysponuje tylko trzema płytami i puszcza z nich muzykę na przemian. Na jednej z płyt jest Marek Grechuta. Człowiek, który opanował sztukę wkurwiania mnie do perfekcji. Weź to serce, wyjdź na drogę i nie pytaj się “dlaczego”. Nosz kurwa. Dlaczego ona ma nie pytać, “dlaczego?”. Dajesz jej to szczerozłote serce, konika cukrowego, każesz wyjść na ulicę tym swoim mdlejącym głosem, w którym – przysięgam – nadużywasz trzykropka, to każdy normalny człowiek spyta “dlaczego” i ma do tego, kurwa, prawo! I jeszcze jej ten cukrowy konik wyskakuje nagle na złotą drogę tuż pod koła diamentowego TiRa utkanego z tęsknoty. Litości. I niech mi któryś się odważy powiedzieć, że to metafory. Niech spróbuje. Takie metafory to studenci polonistyki na specjalizacji nauczycielskiej w harendzie po pijaku rzucają barmanowi o szóstej nad ranem w ramach napiwku. A potem ich ochrona wyprowadza. A już ta piosenka “Nie dokazuj” to w ogóle apogeum mickiewiczowstwa. Że kobieta powinna się rzucać do stóp facetowi tylko dlatego, że on ją kocha i jej śpiewa? A jak jej się nie podoba to, co on śpiewa? A jak nie jest zainteresowana? To co? Ma się zmusić i “nie dokazywać”? Bo inaczej on jej hejt sprzeda, że wcale nie jest z niej taki cud? No to jak nie jest, to po chuj on tak ją kocha i tak jej z tej sceny serenady śpiewa? Skoro ona tak nie od razu stopi serca jego lód, to dlaczego on jej wyznania miłosne publicznie wykonuje? Nic dziwnego, że ona go nie chce. To jest conajmniej tak głupie i niedojrzałe jak hejt Krakowa na Warszawę i tekst “nie przenoście nam stolicy do Krakowa”. Dude, nikt nie chce tam przenosić stolicy. Ogarnijcie się, krakusy.  Wy wszyscy chyba macie ten problem. Jak Wam bandyta komórkę skroi na ulicy, to potem idziecie i mówicie “i tak nie chciałem komórki. Ani mi się ważcie teraz ją oddawać!”?

Rozstania wcale nie są złe!

Segritta

Rozstania wcale nie są złe!

Jeśli buszujecie czasem po Facebooku, na pewno natknęliście się na taki mem: zdjęcie pary staruszków czule trzymających się za ręce w jakimś uroczym brytyjskim parku. Krąży po sieci od dawna i od dawna wzbudza gorliwy zachwyt.

Polska jest kobietą.

Segritta

Polska jest kobietą.

Wiecie, czemu feminizm jeszcze działa i jeszcze walczy, pomimo że w kwestiach formalnych mamy już prawie pełne równouprawnienie? Też mnie to kiedyś zastanawiało, gdy sobie żyłam w mojej bańce mydlanej nowoczesnych, otwartych światopoglądowo ludzi. O co te feministki jeszcze się biją?  No i teraz widać, o co. O to, żeby kobieta przestała być postrzegana przez pryzmat ciała. Żeby przestała być żywym inkubatorem, chodzącą pokusą dla mężczyzn, która tylko marzy o tym, żeby ktoś ją „chciał”. I „brał”. I żeby potem nie musiała nosić w sobie i rodzić dziecka z gwałtu albo decydować się na donoszenie płodu z poważnymi wadami rozwojowymi. Walczą też o to, żeby jej życie nie było traktowane jak życie drugiej kategorii wobec ciąży, która jej zagraża. I właśnie o to walczą kobiety w Czarnym Proteście. O prawo do życia i decydowania o własnym ciele. A potem wychodzi sobie taki pan Paweł i mówi:  Trzeba było zdawać sobie sprawę, komu się dawało to ciało i kiedy się dawało, i jak się dawało, że się nie rozleciało. I nie jest to pan Paweł spod budki z piwem, tylko Paweł Kukiz, poseł na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej. W tym samym kraju dzieci uczą się religii w szkołach w wymiarze dwóch godzin tygodniowo. Między innymi z tych zajęć wynoszą pseudowiedzę o planowaniu rodziny, którą świetnie ilustruje wypowiedź pana Henryka, który tak komentuje ciąże w wyniku gwałtu: Jest to bardzo bolesna sytuacja. Fizjologia, która jest narażona na tak ogromny stres, działa w sposób przeciwny możliwości zapłodnienia. Takie bzdury wygaduje jednak nie pan Henryk spod budki z piwem, ale arcybiskup Henryk Hoser. Publicznie. Dzieci na lekcjach religii zaś uczą się, że antykoncepcja jest grzechem, a życie ludzkie zaczyna się już od połączenia komórki jajowej z plemnikiem, przez co każde przerwanie tego procesu jest w istocie morderstwem. Paweł Kukiz uważa, że seks polega na tym, że kobieta komuś „daje”. Kościół uważa, że życie i zdrowie kobiety jest mniej ważne od życia zarodka, który jeszcze nie wykształcił nawet mózgu. Kobietom odmawia się prawa do publicznego karmienia piersią, bo pierś to dla wielu ludzi symbol seksualny, którego w innej funkcji widzieć nie chcą. A z drugiej strony widzą go przecież ciągle w filmach, na reklamach, plakatach, obrazkach i lubią go wykorzystywać do sprzedawania produktów lub idei. Kobieta, w mniemaniu wielu ludzi w Polsce, nie ma prawa do decydowania o swoim ciele. Ma o nie dbać, ma być ładna, ma być seksowna, ale nie za bardzo odkryta, ma to ciało pielęgnować dla mężczyzny, od dziecka się ją uczy, że to najważniejsze. Podobać się, dawać mężczyźnie, zachodzić w ciążę, rodzić i wychowywać. To ma być jej cel.  Daisy Edmonds, ośmioletnia Angielka nie kryje irytacji (klik po wideo), gdy wchodzi do lokalnego Tesco w Swindon i widzi napisy na koszulkach w dziale dla chłopców i w dziale dla dziewcząt.

4 pozornie kobiece cechy, które uwielbiam w mężczyznach

Segritta

4 pozornie kobiece cechy, które uwielbiam w mężczyznach

Konkurs – perfumy AVON Alpha

Segritta

Konkurs – perfumy AVON Alpha

Nie ma takich perfum, które podobałyby się wszystkim i nie ma takich perfum, które pasowałyby idealnie do każdego innego zapachu. Dlatego to, co ostatnio jest w modzie – łączenie różnych zapachów na sobie – jest sztuką dla odważnych, a problemy z doborem odpowiednich perfum mają też pary, którym zależy na tym, aby to, co nosi on – i ona – świetnie do siebie pasowało. Niedawno pisałam o tym, jak dopasować perfumy do osobowości oraz stworzyłam krótki przewodnik po różnych rodzajach zapachów wykorzystywanych w perfumiarstwie. Dziś mam dla Was zapowiadany konkurs, w którym można wygrać pięć zestawów perfum ALPHA. A w każdym zestawie zapach męski i kobiecy. Dominującymi nutami zapachowymi w kobiecym zapachu są świeże maliny, kwiat lilii i piżmo. W męskim zapachu: bergamotka, lawenda i drzewo cedrowe. Zadanie konkursowe: napisz w komentarzu do tej notki dlaczego to do Ciebie pasują najbardziej nuty zapachowe z wybranego rodzaju perfum AVON ALPHA. Możesz przywołać jakieś wspomnienie, z którym kojarzy Ci się zapach np. malin. Albo podać jakieś swoje cechy osobowości, które Twoim zdaniem najlepiej pasują do danego zapachu. Razem z dziewczynami z AVON wybierzemy pięć najfajniejszych, najpiękniejszych lub najbardziej zabawnych uzasadnień i wyślemy zwycięzcom zestawy perfum. Jedna osoba może wygrać jeden zestaw, czas macie do wtorku 27 września. W konkursie mogą brać udział osoby pełnoletnie, które w razie wygranej podadzą polski adres wysyłki nagród. Szczegółowy regulamin konkursu tutaj (klik). Powodzenia!

Segritta

Rozważania o dziecięcym „chcę to” i czy „nie” jest naprawdę niezrozumiałe dla dziecka.

Dziś nie będzie mędrkowania, bo moje dziecko jest jeszcze za małe, żebym miała jakieś doświadczenia w opisywanej materii, którymi mogłabym się z Wami podzielić. Dziś będzie próba wspólnego zastanowienia się nad dwiema kwestiami, którymi się ostatnio zainteresowałam w dziedzinie komunikacji z dziećmi. A natchnął mnie wpis na blogu Mataja: Reakcje, które psują Twoją relację z dzieckiemi wpływają na jego zachowanie. Chcę W tekście są przedstawione dwie sytuacje, w których autorka rzuca nowe światło na interpretację dziecięcych żądań. A właściwie nie żądań, ale deklaracji. Bo pierwszym przykładem jest dziecko, które podczas zakupów zauważa jakąś zabawkę i informuje nas, że „chce ją mieć”. Zwykle reagujemy wtedy stanowczą odmową. Mówimy, że absolutnie nie, że nie kupimy tej zabawki, że za droga, że dość już zabawek mamy w domu itp. A tymczasem… dziecko po prostu wyraża swoje uznanie dla danej zabawki i być może wcale nie prosi nas o nią, tylko daje nam po prostu znać, że ona mu się podoba. No i tu mam swoje pierwsze „ale”. Otóż zauważyłam, że w komunikacji z małym dzieckiem, które jeszcze nie mówi, my, dorośli, używamy często takiego czytania w myślach i wypowiadania na głos tego, co naszym zdaniem chce dziecko. Gdy Kociopełek wyciąga rączki w kierunku butelki z wodą, wskazuję ją i pytam: – Chcesz wodę? I podaję mu butelkę. Gdy Kociopełek podchodzi do mnie z marudzącą miną, mówię: – Chcesz się przytulić? I przytulam go. Gdy Kociopełek stoi pod drzwiami i popatruje na mnie z emfazą, podchodzę: – Chcesz wyjść? I otwieram drzwi. To jest doskonała ilustracja zjawiska, które nazywamy poczuciem omnipotencji małego dziecka. Dla niego mama jest nie osobnym bytem, takim samym człowiekiem jak on – tylko przedłużeniem jego samego. Taką trzecią ręką, która czyta mu w myślach i wykonuje różne „polecenia”, które on wyraża w rozmaity sposób. I w przeciwieństwie do takiego zupełnie małego dziecka, które właściwie operuje tylko freudowskim ID, a więc tylko czuje różne potrzeby (jedzenia, picia, ciepła, ssania, spania) – trochę starsze dziecko zaczyna fantastycznie wykorzystywać EGO, wyciągając ręce po to, czego potrzebuje i starając się coraz bardziej świadomie te potrzeby realizować za pomocą znanych sobie środków. Jestem głodny -> zaczynam się dobierać do maminego dekoltu -> piję mleko. Nie trzeba już takiego dziecka przystawiać do piersi*. Chcę się pobawić -> sam otwieram pudło z zabawkami -> bawię się. Wszystko super, tylko gdzieś na etapie uczenia się tej samodzielności w sięganiu po to, czego się chce, dziecko słyszy pytanie rodzica: – chcesz? I po tym „chcesz?” zawsze dostaje to, czego chce. A więc „chcę” jest równoznaczne z „poproszę” lub „daj mi to”. No tak odbieram ten mechanizm uczenia. I w związku z tym dziecięce deklaracje sklepowe „chcę tę zabawkę” są dla mnie ewidentną o nie prośbą, a nie deklaracją. Chyba że… od początku będziemy prowadzić narrację, w której słowo „chcę” będzie się czasem kończyło zwykłym uznaniem faktu, że dziecko chce coś, czego nie może dostać. Na przykład. „Chcę ten kubek z kawą”, „Chcesz kawę? Niestety nie mogę ci jej dać. Kawa jest dla dorosłych, poza tym kubek jest gorący, więc mógłbyś się oparzyć”. Ale w sumie to wciąż jest reakcja właściwa na prośbę, a nie na zwykłą deklarację „chcenia”… Nie Ciągle słyszę teorię, że małe dzieci nie rozumieją słowa „nie” i że jest dla nich puste semantycznie. Ale jeszcze nikt mnie nie przekonał do tej teorii. No po prostu jej nie kupuję. Dziecko faktycznie nie oddziela słów, skoro nie umie pisać i najpierw opanowuje język mówiony, a tu podział słów jest przecież umowny. Nawet dorośli, wykształceni Polacy mają czasem problem z pisownią łączną i rozłączną pewnych słów. Rada językowa też co chwila zmienia w tej sprawie zdanie. Wiecie na przykład, że rzeczowniki pochodzenia czasownikowego piszemy łącznie z „nie-„? Na przykład „trudno mi przychodziło to nieudawanie orgazmu po latach udawania” (wybaczcie ten przykład z innej kategorii, ale starzy bywalcy bloga pamiętają, że taką tu mamy tradycję na ilustrowanie reguł językowych ;)). W innych językach też reguły są odmienne od naszych i taki na przykład język niemiecki potrafi tworzyć wyjątkowo długie słowa, które są w istocie zdaniami, bo łączą wiele innych słów, które w polszczyźnie napisalibyśmy razem. To samo w języku szwedzkim. Wyraz Nordöstersjökustartilleriflygspaningssimulatoranlägeningsmaterielunderhållsuppföljningssystemdiskussioninläggförberedelsearbeten oznacza „prace przygotowawcze do udziału w dyskusji nad systemem utrzymania wsparcia materialnego symulatora nadzoru z powietrza dla północno-wschodniej części artylerii nadbrzeżnej Bałtyku”. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że wyrażenia „podnieś to” i „nie podnoś tego” dziecko odbiera jako pełne frazy, jako całości. Nie jako złożenie gramatyczne. Dla niego mogłyby brzmieć „ungwabungwa” (podnieś) oraz „kitsumit” (nie podnoś). „Nie” nie odgrywa tam większej roli. Po prostu składa się na znaczenie frazy jako całości i w procesie nauki języka – moim zdaniem – dziecko to wyłapuje i rozumie. Kolejny powód moich obiekcji to fakt, że Kociopełek już w pełni świadomie używa słowa „nie”, gdy protestuje przeciwko czemuś. Mówi „nie”, gdy próbuję go wziąć na ręce, a on tego nie chce. Mówi „nie”, gdy nie chce już kolejnej łyżki zupy. Mówi „nie”, gdy zmieniam ustawienie jakichś zabawek, które jego zdaniem stoją tam, gdzie powinny. Dlatego nie widzę możliwości, by Kocio nie rozumiał też mojego „nie”, gdy wspina się na krzesło. A Wy, jak myślicie? Jak reagować na dziecięce „chcę to” oraz czy Waszym zdaniem dzieci rozumieją „nie” – a może jest ono jednak puste semantycznie?     *Tu nadmienię, że ja mimo wszystko nie pozwalam Kociowi samodzielnie sięgać po cycka, bo to jednak moje ciało, moja sfera intymna i wolę, gdy mnie poprosi na swój sposób o tę pierś, a wtedy sama go usadzę na kolanach i nakarmię. To działa całkiem nieźle i mam nadzieję, że dzięki temu uniknę sytuacji, gdy w miejscu publicznym dziecko trzymane na rękach nagle wyjmie sobie moją pierś.

Segritta

„W ciąży ani przez chwilę nie myślałam o dziecku”

Ewa ma niecałe dwa latka, gdy z powodu choroby mama zabiera ją do szpitala. Lekarze mówią jej, że dziewczynka powinna tam zostać kilka dni. Mama martwi się, że zostawienie dziecka samego w obcym miejscu, z obcymi ludźmi może spowodować wielki stres u córki i że wolałaby tego uniknąć. – Ona jest jeszcze mała, głupia, nic nie rozumie i nic nie będzie pamiętać. Dzieci w takim wieku nic nie czują – odpiera lekarz. Ale Ewa nie jest taka mała i głupia. Rozumie to, co powiedział lekarz i pamięta o tym przy kolejnej wizycie lekarskiej. Na szczęście mama nie daje się przekonać, ale po latach opowiada córce, że była temu bliska. Łatwo uwierzyć w to, co mówi człowiek w białym kitlu. W podstawówce Ewa idzie na badania okresowe. W pokoju jest lekarz starszej daty i wychowawczyni Ewy. Dziewczynka boi się, wstydzi, nie chce się rozebrać. Dorośli przekonują ją, że to konieczne do badania, a gdy polecenia zdjęcia ubrań nie dają rezultatu, postanawiają siłą przytrzymać i rozebrać dziewczynkę wbrew jej woli. Szarpią się, zdejmują z niej wierzchnie ubrania, w końcu Ewie udaje się uciec. W spodniach, podkoszulku i szkolnych kapciach ucieka z budynku i biegnie do domu. Po kilku latach stary lekarz umiera, a w jego mieszkaniu odnajdują się materiały z dziecięcą pornografią. To tylko umacnia ją w lęku przed lekarzami. Nie pomagają opowieści krewnych i koleżanek o porodach i wizytach u ginekologów, podczas których traktowane są przedmiotowo i bez szacunku. Tylko pogłębiają lęk i nienawiść. Ewa nabiera przekonania, że lekarze to samo zło, zadają tylko ból, poniżają pacjentki. Mogę dać sobie wyrwać ząb, jeśli to konieczne, bo nawet jeśli mi ktoś przy tym sprawi ból, to jednak nie będzie miał możliwości jednocześnie mnie poniżyć  Postanawia, że nigdy nie zajdzie w ciążę, bo przecież wtedy trzeba być pod opieką medyczną, a rodzić można tylko w szpitalu. Żyje, trzymając się kurczowo myśli, że jej ciało jest tylko dla niej samej i dla jej przyszłego mężczyzny. Z biegiem lat poznaje takich partnerów, którym to nie przeszkadza, a przynajmniej – nie próbują z tym walczyć. Jeśli Ewa wyczuwa nawet najmniejsze naciski na dziecko lub próby namówienia jej do “przełamania się” i odwiedzenia lekarza – momentalnie zrywa. Wszystko się zmienia, gdy poznaje swojego obecnego męża. On potrafi obudzić w niej potrzebę, której wcześniej nie czuła. A może to czas sprawia, że wreszcie, po latach szczęśliwego związku daje się namówić… Mieszkają już wtedy za granicą, gdzie Ewie udaje się z powodzeniem unikać wszelkich badań wstępnych i okresowych. Wspólnie wybrali kraj, który będzie w tych kwestiach elastyczny prawnie. Ewa kocha męża i wie, że jemu bardzo zależy na dziecku. On wie, że ona nigdy nie była u lekarza i nigdy nie zamierza pójść. Oboje zgadzają się na rodzaj kompromisu. OK, Ewa zajdzie w ciążę, ale przejdzie ją zupełnie sama, świadomie zdając się na los i podejmując ryzyko, włącznie z tym, że mogłaby urodzić chore dziecko lub sama umrzeć. On zgadza się, choć do końca będzie próbował namówić Ewę na szpital. Wcześniej stosowali antykoncepcję naturalną (kalendarzyk, badanie śluzu, wyczuwanie okresu płodności na podstawie samopoczucia oraz testy owulacyjne) połączoną z zabezpieczeniem w postaci prezerwatyw. To, jak twierdzi Ewa, dużo człowieka uczy o własnym ciele, uwrażliwia na fazy cyklu i sprawia, że potem łatwiej wyliczyć, kiedy powinno się starać o zapłodnienie. Ewa zachodzi w ciążę za drugim razem. Już kilka dni po stosunku to czuje, ale zakorzeniony głęboko w psychice lęk każe jej się łudzić, że być może test pokaże jedną kreskę, i że to jeszcze nie teraz, że “wyrok odroczony”. Ale test potwierdza jej przekonanie – jest w ciąży. Ewa cieszy się, że jej organizm działa jak trzeba, ale miejsce zadowolenia szybko zajmuje strach. Teraz nie ma już odwrotu. Nawet poronienie nie jest wyjściem, bo przy tym też mogą mnie czekać nieprzyjemności związanie z kontaktami z lekarzami. Ewa odstawia alkohol, zdrowo się odżywia i właściwie na tym kończą się zmiany w trybie życia. Postanawia jeszcze te kilka miesięcy żyć tak, jakby ciąży nie było. Jakby to nie była prawda. Zaczyna uprawiać więcej sportu, oddaje się pracy, w wolnym czasie bierze dodatkową pracę fizyczną, bo wysiłek pomaga jej nie myśleć. Poza swoją normalną pracą umysłową decyduje się na kilka godzin dziennie dodatkowej pracy w rolnictwie. Pilnuje tego, by wydłużyć sobie dzień do granic wytrzymałości i żeby potem po prostu padać ze zmęczenia. W ciąży ani przez chwilę nie myślałam o dziecku, nie szykowaliśmy pokoju, nie kupowałam ciuszków. Jak już musiałam, to kupiłam 10 takich samych body i 10 takich samych pajacyków. Nie ma apetytu – a może po prostu tak desperacko nie chce, żeby brzuch urósł i żeby ciąża stała się widoczna, więc je po prostu mniej. Boi się też, że jeśli będzie dużo jadła, to dziecko będzie większe i trudniej je będzie urodzić. W efekcie traci na wadze, w środku ciąży waży 10 kg. mniej niż wcześniej. W dniu porodu – 2 kg mniej. Do końca stara się ukrywać rosnący brzuch, który pod koniec trzeciego trymestru wygląda tak jak w czwartym miesiącu u większości kobiet. Poza tym ciąża nie funduje Ewie żadnych dolegliwości. Mam wrażenie, że to też wynikało z psychiki. Po prostu ja okłamałam siebie, a mój mózg okłamał organizm, że tej ciąży nie ma. Żadnych mdłości, żylaków, rozstępów, zgagi, opuchlizn, ba, nawet cera i włosy mi się ani nie poprawiły w ciąży, ani nie wypadały po niej. Po prostu jakby się nic nie wydarzyło. Przez cały okres ciąży czuje się zdrowo, więc zakłada, że i dziecku nic nie dolega. Żeby się jednak upewnić, postanawia przebadać sobie krew. Nie chce jednak dopuszczać do siebie żadnej pielęgniarki, więc w samochodzie pod punktem diagnostycznym sama pobiera sobie krew, mąż zabiera próbki do laboratorium i potem odbiera wyniki. Robią tak dwa razy w trakcie ciąży. Poza tym zostaje jeszcze internet i samodokształcanie się. Wyniki badań Ewa interpretuje na podstawie znalezionych w sieci norm. Dowiaduje się też, jak samodzielnie sprawdzać stan szyjki macicy. Wszystko jest ok. Dziecko kopie, ciąża jest całkiem znośna. Tylko ta myśl o porodzie nie daje Ewie spokoju, bo jak to tak, bez lekarza lub chociaż położnej… Ta myśl i lęk skutecznie zabijają entuzjazm. Dziecko kojarzy jej się z przyszłym cierpieniem i ewentualnym kontaktem z lekarzami. I to właśnie ta interwencja medyczna najbardziej ją przeraża. Ja o swoim porodzie myślałam długo przed ciążą i dlatego długo wykluczałam dziecko, będąc przekonana, że jeśli dziecko mnie zmusi do przeżycia czegoś takiego, to ja tego dziecka nie pokocham. Rodzina dowiaduje się o ciąży Ewy gdzieś w okolicy 6 miesiąca. Wszyscy szaleją ze szczęścia. Wydaje im się, że dziewczyna wreszcie dała się przekonać i że urodzi “normalnie”. Gdy dowiadują się, że plan jest inny, zaczynają się martwić. “Robicie głupotę! To się źle skończy!”. Ewa nie umie z nimi rozmawiać, nie chce tego słyszeć. Ciężar dyskusji przejmuje na siebie mąż, a Ewa dystansuje się, wychodzi wtedy z pokoju. I tak jest tym wszystkim przerażona. Wie, że jej partner też się martwi, sytuacja w domu jest stresująca. Ewa ma myśli samobójcze z zamiarem bezpośrednim i odroczonym. Mówi “Dam życie i umrę. Żyć z tym faktem nie dam rady”. Ma na myśli nie samo dziecko, ale poród. Po prostu nie umie sobie poradzić z myślą, że będzie miała styczność z personelem medycznym. Oddanie się pod opiekę lekarzom byłoby dla niej jak gwałt, a ona doskonale rozumie, jak czuje się ofiara gwałtu, która często planuje skończyć ze sobą po takim traumatycznym wydarzeniu. Czasem po prostu planuje, że ucieknie rodzić do lasu. Nasze prababcie rodziły w polu i jakoś to było, moja babcia urodziła dwójkę dzieci w domu i jakoś to było. A dzisiejsze czasy są jakieś porodowo upośledzone: zastęp białych kitli gapiących się bez celu w krok i macających co rusz, jakby to pomóc miało. To przecież natura ma zrobić swoje. Jednocześnie czuje ogromne poczucie winy. Dziecko jest dla niej uosobieniem lęku i jego powodem, więc nie umie go pokochać. Boi się, że będzie złą matką i że to nienormalne, że nie kocha dziecka ukochanego mężczyzny. W którymś momencie mąż mówi Ewie: “załatwię ci cesarkę, i to taką, że będziesz zadowolona”. Negocjuje z jakimś szpitalem, kilka dni przychodzi z tych spotkań aż blady z przejęcia. Przynosi w końcu papiery, na których jest napisane, że warunki zapewnione przez ten szpital bedą bardzo daleko idące Ewie na rękę, wszystko podpisane przez ordynatora. Personel wyłącznie kobiecy, gwarantowana pojedyncza sala, brak badań „od dołu”, obecność partnera w każdej sekundzie od przyjęcia do wypisu, przyzwolenie partnerowi na zastąpienie personelu w niektórych jego funkcjach i jeszcze wiele innych ustępstw, opisany przebieg procedury krok po kroku, żeby pacjentka poczuła się bezpieczniej, razem 4 strony A4. Ewa dzwoni do szpitala i pyta, czy możliwe jest przeprowadzenie operacji według ustalonych zasad, ale dodatkowo – bez zakładania cewnika, pozwalając jej na zostawienie na sobie niskich majtek odkrywających wyłącznie pole operacyjne, oraz t-shirtu i stanika. I czy partner może stać bezpośrednio przy stole operacyjnym, mając dostęp nie tylko od strony głowy, ale tez obserwując, czy wszystko po drugiej stronie kotary jest zgodnie z życzeniem Ewy. Dostaje odpowiedź: Nie. Mąż reaguje nerwowo. Próbuje jeszcze wpłynąć na Ewę, okazuje rozczarowanie, namawia ją na ponowne przemyślenie sprawy. Trafia na kategoryczny opór. W końcu, w obliczu jej zdecydowanego sprzeciwu, poddaje się. Zdaje sobie sprawę, że to wszystko wydarzyło się z jego inicjatywy, więc postanawia zaakceptować decyzję żony i daje jej zielone światło na samodzielny poród. “Musimy to doprowadzić do końca. Nie możesz się zabić. Ani przed, ani po porodzie. Urodzisz w domu. Nauczysz się, jak rodzić, a ja nauczę się, jak Ci pomóc. Wszystko będzie dobrze” – przekonuje sam siebie. Samodzielny poród to jest coś, do czego Ewa też nie jest przygotowana, bo przecież wszystkie znane jej kobiety rodzą w szpitalu. Dostają tam znieczulenie i mają dostęp do wszystkich mechanizmów ratowania życia, jeśli coś pójdzie nie tak. Tutaj roztacza się przed Ewą wizja dramatu w czterech ścianach. Spodziewa się bólu, boi się, że ucieknie od partnera, że będzie błagać o to, żeby ktoś ją zastrzelił. W myślach nawet zastanawia się, czy nie wynająć mieszkania i nie zaszyć się tam sama na czas rozwiązania. W końcu opiera się na raz podjętej decyzji i po prostu czeka na nieuniknione. Jest prawie pewna, że dziecko jest ustawione prawidłowo, głową w dół. Czuje, że jest zdrowe i silne. I tylko ma nadzieję, że nie jest za duże, bo tak będzie łatwiej rodzić. Postanawia trzymać się znalezionych w sieci wytycznych i sposobów na złagodzenie bólu. Różne pozycje, kręcenie biodrami, wielka piłka, która ułatwia poród. W dniu porodu budzi się wczesnym rankiem z niepokojem i dziwną chęcią działania. Nie ma skurczy, nie odchodzą wody, ale Ewa czuje, że coś się dzieje. Że musi coś zrobić, nieokreślone coś, natychmiast. Idzie pod prysznic i postanawia … posprzątać łazienkę. Szoruje podłogi, czyści każdy kafelek osobno z kamienia i zabrudzeń. Dłubie w fugach, wyciera półeczki, odkurza, odkręca kratkę wentylacyjną i ją też dokładnie szczotkuje. Potem znowu bierze prysznic i wraca do łóżka. W końcu jest jeszcze tydzień przed terminem. Budzi się trochę później, ale wciąż rankiem. Tym razem czuje regularne skurcze. Takie co 6 minut. Wcześniejszy plan kręcenia biodrami i skakania na piłce bierze w łeb. Ewa budzi męża, razem liczą interwały pomiędzy skurczami. To już teraz. Pojawiają się mdłości, Ewa wymiotuje, poci się, potem trzęsie z zimna. Nic ją nie boli, ale czuje się dziwnie, nierealnie, jakby umierała. Nigdy wcześniej nie doświadczyła ani nigdy później już nie doświadcza tego uczucia, więc trudno jej je opisać i do czegoś porównać. Na przemian śpi i rusza się, bo gdzieś wyczytała, że aktywność fizyczna jest wskazana przy porodzie. Chodzi po schodach, otwiera i zamyka okna, wymiotuje, znowu śpi. To wszystko ją bardzo męczy i czuje się wyczerpana. Skurcze nasilają się, ale Ewa nie czuje bólu, więc myśli, że to dopiero początek i że prawdziwa akcja dopiero się zacznie. Mąż stara się Ewę uspokajać, przemawia do niej, instruuje. Irytuje ją czasem, że mówi, jakby się znał, a przecież sam nie wie, co się dzieje. W którymś momencie Ewa czuje ogromną potrzebę parcia, niezależną właściwie od niej samej. Czuje, że coś dziwnego dzieje się z jej plecami. Partner podtrzymuje ją, przypomina o oddychaniu, w końcu dotyka wyłaniającej się główki i z entuzjazmem mówi żonie, że to już, że zaraz, że się strasznie cieszy. Ewa kuca i podpiera się rękami, bo tak jej podpowiada instynkt. Najtrudniej jej wyprzeć główkę, która idzie wolno, z trudem. Potem już jest łatwo. Ewa porównuje tę drugą część porodu do wrażenia, jakby jej wypadały wnętrzności. Dopiero gdy mąż trzyma dziecko w ramionach, ona zaczyna czuć ból w pochwie i takie ciągnięcie, jakby od zakwasów. Ale nie jest to mocny ból. Jest po ósmej rano, gdy oboje słyszą, jak noworodek prycha, kicha, oczyszcza sobie drogi oddechowe. Tata wyciera mu twarzyczkę. Dziecko nie płacze, ale Ewa przyjmuje to ze spokojnym zdziwieniem. Najwyraźniej nie każde dziecko musi płakać tuż po narodzeniu. To mąż Ewy przecina pępowinę. Ona dotyka głowy dziecka i głaszcze ją słabymi, lekkimi ruchami, bo na więcej nie ma siły. “Spojrzałam w te ledwo co rozwierające się oczy, zapuchnięte takie, ale patrzące na świat już jakby z ciekawością, i na te usta, od razu poszukujące cyca”. Ewa prosi męża, żeby wyszedł i umył dziecko. Zostaje w pokoju sama i rodzi łożysko. Sprawdza, czy wygląda zgodnie z opisem. Wygląda. I to jest moment, w którym opuszcza ją strach. Wie, że się udało. Że i ona, i dziecko żyją i mają się dobrze. Zakłada majtki, podpaskę i szlafrok. Wstaje i idzie do partnera, który tuli dziecko. Na ten widok wybuchają w niej wszystkie uczucia macierzyńskie, o które tak się wcześniej bała. Dziecko przestaje być płodem, obcym, lokatorem. Ma już imię, a ona, Ewa, kocha je przeogromnie. Bierze je w ramiona, tuli, karmi, całuje. Kilka godzin po porodzie ojciec zabiera dziecko do szpitala na podstawowe badania, ważenie i mierzenie, słuchanie oddechu, serca, pobranie krwi i rejestrację. Ewy nie ma przy tym. Nie wejdzie do szpitala. Personel patrzy krzywo na jej męża, bo jak to tak, bez matki, dziwnie. Lekarze wmawiają mu, że matka jest pod wpływem szoku i że powinna natychmiast się tu pojawić. Dzwonią do Ewy. Wątpią, czy to na pewno jest prawdziwa matka dziecka. Karetka przyjeżdża pod dom i sanitariusze próbują wejść do środka, ale nikt ich nie wpuszcza. W końcu ojcostwo i macierzyństwo potwierdzają na podstawie próbek krwi. Pytam Ewy, jak jest teraz. Na jakim są etapie z mężem i dzieckiem. Na jakim teraz jesteśmy etapie?… cóż, jesteśmy rodziną. To wspaniałe uczucie spełnienia. Moje macierzyństwo jest bardzo dojrzale, świadome. Wbrew pozorom. Jest chyba też zrównoważone. Świat mi się wokół dziecka nie kręci – nie szaleję z niepokoju, jak mu krostka wyskoczy, nie denerwuję się, gdy płacze, bo zęby idą, ale też nie płaczę z nim. Utulam bóle, dzielę radości, uczę funkcjonować na tym świecie, łagodzę górki i dołki, by się dziecko za dużo nie musiało ze światem mordować, póki nie skończyło jeszcze roku. Karmiłam piersią. Chcę jak najlepiej, ale też czegoś tam oczekuję. Wiem, to dziwne, oczekiwać od dziecka poniżej roku. Ale jednak – dość wcześnie nauczyłam dziecko, że warto samo sięgać po smoczek (nie ma ciagle smoczka w buzi, ale jak już ma, to umie go pilnować), że warto samemu trzymać butelkę, samemu jeść, chociażby łapkami. Ja nie z tych matek co ciuciaja. Ale pokroić bym się dała za to słoneczko. Za te bezzębne kiedyś, a dziś juz trochę zębiaste uśmiechy. Za te ciepłe rączki zarzucone mi na szyję. Moje dziecko jest najpiękniejsze na świecie (tak jak dziecko każdej matki jest w jej oczach), ale moje wydaje mi się jakieś takie jak na swój wiek… empatyczne, rezolutne? Zdrowe, stosunkowo łatwe w wychowaniu (wiesz, bez tych tematów typu nieprzespane noce, kolki, ryki, nie je, alergizuje się…). Myślę, że to sukces. Czasem śmiejemy się, że dziecko trzyma dyscyplinę z czasów ciąży. Mój partner natomiast jest najlepszym ojcem na świecie. Naprawdę najlepszym. Ale to akurat nie dziwne, bo jest też najlepszym na świecie partnerem. Chyba jesteśmy po prostu tak ogólnie normalni, poza tym przydługawym epizodem odstawania od normy. [Wywiad przeprowadziłam mailowo, jako że Ewa nie mieszka w Polsce. Imię mojej bohaterki zostało zmienione, by chronić prywatność rodziny. Ale ponieważ Ewa jest czytelniczką tego bloga i tak się poznałyśmy, możliwe, że zechce zabrać jeszcze głos w komentarzach. Przypominam o kulturze dyskusji, gdyby komuś przyszło do głowy być niemiłym. To nie jest miejsce na obelgi, złośliwości i hejt. Tu rozmawiamy kulturalnie i nikogo nie obrażamy. Jeśli akceptujesz te zasady – zapraszam do komentowania :)]

Segritta

„Dam życie i umrę”

Ewa ma niecałe dwa latka, gdy z powodu choroby mama zabiera ją do szpitala. Lekarze mówią jej, że dziewczynka powinna tam zostać kilka dni. Mama martwi się, że zostawienie dziecka samego w obcym miejscu, z obcymi ludźmi może spowodować wielki stres u córki i mówi, że wolałaby tego uniknąć. – Ona jest jeszcze mała, głupia, nic nie rozumie i nic nie będzie pamiętać. Dzieci w takim wieku nic nie czują – odpiera lekarz. Ale Ewa nie jest taka mała i głupia. Rozumie to, co powiedział lekarz i pamięta o tym przy kolejnej wizycie lekarskiej. Na szczęście mama nie daje się przekonać, ale po latach opowiada córce, że była temu bliska. Łatwo uwierzyć w to, co mówi człowiek w białym kitlu. W podstawówce Ewa idzie na badania okresowe. W pokoju jest lekarz starszej daty i wychowawczyni Ewy. Dziewczynka boi się, wstydzi, nie chce się rozebrać. Dorośli przekonują ją, że to konieczne do badania, a gdy polecenia zdjęcia ubrań nie dają rezultatu, postanawiają siłą przytrzymać i rozebrać dziewczynkę wbrew jej woli. Szarpią się, zdejmują z niej wierzchnie ubrania, w końcu Ewie udaje się uciec. W spodniach, podkoszulku i szkolnych kapciach ucieka z budynku i biegnie do domu. Po kilku latach stary lekarz umiera, a w jego mieszkaniu odnajdują się materiały z dziecięcą pornografią. To tylko umacnia ją w lęku przed lekarzami. Nie pomagają opowieści krewnych i koleżanek o porodach i wizytach u ginekologów, podczas których traktowane są przedmiotowo i bez szacunku. Tylko pogłębiają lęk i nienawiść. Ewa nabiera przekonania, że lekarze to samo zło, zadają tylko ból, poniżają pacjentki. Mogę dać sobie wyrwać ząb, jeśli to konieczne, bo nawet jeśli mi ktoś przy tym sprawi ból, to jednak nie będzie miał możliwości jednocześnie mnie poniżyć  Postanawia, że nigdy nie zajdzie w ciążę, bo przecież wtedy trzeba być pod opieką medyczną, a rodzić można tylko w szpitalu. Żyje, trzymając się kurczowo myśli, że jej ciało jest tylko dla niej samej i dla jej przyszłego mężczyzny. Z biegiem lat poznaje takich partnerów, którym to nie przeszkadza, a przynajmniej – nie próbują z tym walczyć. Jeśli Ewa wyczuwa nawet najmniejsze naciski na dziecko lub próby namówienia jej do “przełamania się” i odwiedzenia lekarza – momentalnie zrywa. Wszystko się zmienia, gdy poznaje swojego obecnego męża. On potrafi obudzić w niej potrzebę, której wcześniej nie czuła. A może to czas sprawia, że wreszcie, po latach szczęśliwego związku daje się namówić… Mieszkają już wtedy za granicą, gdzie Ewie udaje się z powodzeniem unikać wszelkich badań wstępnych i okresowych. Wspólnie wybrali kraj, który będzie w tych kwestiach elastyczny prawnie. Ewa kocha męża i wie, że jemu bardzo zależy na dziecku. On wie, że ona nigdy nie była u lekarza i nigdy nie zamierza pójść. Oboje zgadzają się na rodzaj kompromisu. OK, Ewa zajdzie w ciążę, ale przejdzie ją zupełnie sama, świadomie zdając się na los i podejmując ryzyko, włącznie z tym, że mogłaby urodzić chore dziecko lub sama umrzeć. On zgadza się, choć do końca będzie próbował namówić Ewę na szpital. Wcześniej stosowali antykoncepcję naturalną (kalendarzyk, badanie śluzu, wyczuwanie okresu płodności na podstawie samopoczucia oraz testy owulacyjne) połączoną z zabezpieczeniem w postaci prezerwatyw. To, jak twierdzi Ewa, dużo człowieka uczy o własnym ciele, uwrażliwia na fazy cyklu i sprawia, że potem łatwiej wyliczyć, kiedy powinno się starać o zapłodnienie. Ewa zachodzi w ciążę za drugim razem. Już kilka dni po stosunku to czuje, ale zakorzeniony głęboko w psychice lęk każe jej się łudzić, że być może test pokaże jedną kreskę, i że to jeszcze nie teraz, że “wyrok odroczony”. Ale test potwierdza jej przekonanie – jest w ciąży. Ewa cieszy się, że jej organizm działa jak trzeba, ale miejsce zadowolenia szybko zajmuje strach. Teraz nie ma już odwrotu. Nawet poronienie nie jest wyjściem, bo przy tym też mogą mnie czekać nieprzyjemności związanie z kontaktami z lekarzami. Ewa odstawia alkohol, zdrowo się odżywia i właściwie na tym kończą się zmiany w trybie życia. Postanawia jeszcze te kilka miesięcy żyć tak, jakby ciąży nie było. Jakby to nie była prawda. Zaczyna uprawiać więcej sportu, oddaje się pracy, w wolnym czasie bierze dodatkową pracę fizyczną, bo wysiłek pomaga jej nie myśleć. Poza swoją normalną pracą umysłową decyduje się na kilka godzin dziennie dodatkowej pracy w rolnictwie. Pilnuje tego, by wydłużyć sobie dzień do granic wytrzymałości i żeby potem po prostu padać ze zmęczenia. W ciąży ani przez chwilę nie myślałam o dziecku, nie szykowaliśmy pokoju, nie kupowałam ciuszków. Jak już musiałam, to kupiłam 10 takich samych body i 10 takich samych pajacyków. Nie ma apetytu – a może po prostu tak desperacko nie chce, żeby brzuch urósł i żeby ciąża stała się widoczna, więc je po prostu mniej. Boi się też, że jeśli będzie dużo jadła, to dziecko będzie większe i trudniej je będzie urodzić. W efekcie traci na wadze, w środku ciąży waży 10 kg. mniej niż wcześniej. W dniu porodu – 2 kg mniej. Do końca stara się ukrywać rosnący brzuch, który pod koniec trzeciego trymestru wygląda tak jak w czwartym miesiącu u większości kobiet. Poza tym ciąża nie funduje Ewie żadnych dolegliwości. Mam wrażenie, że to też wynikało z psychiki. Po prostu ja okłamałam siebie, a mój mózg okłamał organizm, że tej ciąży nie ma. Żadnych mdłości, żylaków, rozstępów, zgagi, opuchlizn, ba, nawet cera i włosy mi się ani nie poprawiły w ciąży, ani nie wypadały po niej. Po prostu jakby się nic nie wydarzyło. Przez cały okres ciąży czuje się zdrowo, więc zakłada, że i dziecku nic nie dolega. Żeby się jednak upewnić, postanawia przebadać sobie krew. Nie chce jednak dopuszczać do siebie żadnej pielęgniarki, więc w samochodzie pod punktem diagnostycznym sama pobiera sobie krew, mąż zabiera próbki do laboratorium i potem odbiera wyniki. Robią tak dwa razy w trakcie ciąży. Poza tym zostaje jeszcze internet i samodokształcanie się. Wyniki badań Ewa interpretuje na podstawie znalezionych w sieci norm. Dowiaduje się też, jak samodzielnie sprawdzać stan szyjki macicy. Wszystko jest ok. Dziecko kopie, ciąża jest całkiem znośna. Tylko ta myśl o porodzie nie daje Ewie spokoju, bo jak to tak, bez lekarza lub chociaż położnej… Ta myśl i lęk skutecznie zabijają entuzjazm. Dziecko kojarzy jej się z przyszłym cierpieniem i ewentualnym kontaktem z lekarzami. I to właśnie ta interwencja medyczna najbardziej ją przeraża. Ja o swoim porodzie myślałam długo przed ciążą i dlatego długo wykluczałam dziecko, będąc przekonana, że jeśli dziecko mnie zmusi do przeżycia czegoś takiego, to ja tego dziecka nie pokocham. Rodzina dowiaduje się o ciąży Ewy gdzieś w okolicy 6 miesiąca. Wszyscy szaleją ze szczęścia. Wydaje im się, że dziewczyna wreszcie dała się przekonać i że urodzi “normalnie”. Gdy dowiadują się, że plan jest inny, zaczynają się martwić. “Robicie głupotę! To się źle skończy!”. Ewa nie umie z nimi rozmawiać, nie chce tego słyszeć. Ciężar dyskusji przejmuje na siebie mąż, a Ewa dystansuje się, wychodzi wtedy z pokoju. I tak jest tym wszystkim przerażona. Wie, że jej partner też się martwi, sytuacja w domu jest stresująca. Ewa ma myśli samobójcze z zamiarem bezpośrednim i odroczonym. Mówi: Dam życie i umrę. Żyć z tym faktem nie dam rady. Ma na myśli nie samo dziecko, ale poród. Po prostu nie umie sobie poradzić z myślą, że będzie miała styczność z personelem medycznym. Oddanie się pod opiekę lekarzom byłoby dla niej jak gwałt, a ona doskonale rozumie, jak czuje się ofiara gwałtu, która często planuje skończyć ze sobą po takim traumatycznym wydarzeniu. Czasem po prostu planuje, że ucieknie rodzić do lasu. Nasze prababcie rodziły w polu i jakoś to było, moja babcia urodziła dwójkę dzieci w domu i jakoś to było. A dzisiejsze czasy są jakieś porodowo upośledzone: zastęp białych kitli gapiących się bez celu w krok i macających co rusz, jakby to pomóc miało. To przecież natura ma zrobić swoje. Jednocześnie czuje ogromne poczucie winy. Dziecko jest dla niej uosobieniem lęku i jego powodem, więc nie umie go pokochać. Boi się, że będzie złą matką i że to nienormalne, że nie kocha dziecka ukochanego mężczyzny. W którymś momencie mąż mówi Ewie: “załatwię ci cesarkę, i to taką, że będziesz zadowolona”. Negocjuje z jakimś szpitalem, kilka dni przychodzi z tych spotkań aż blady z przejęcia. Przynosi w końcu papiery, na których jest napisane, że warunki zapewnione przez ten szpital bedą bardzo daleko idące Ewie na rękę, wszystko podpisane przez ordynatora. Personel wyłącznie kobiecy, gwarantowana pojedyncza sala, brak badań „od dołu”, obecność partnera w każdej sekundzie od przyjęcia do wypisu, przyzwolenie partnerowi na zastąpienie personelu w niektórych jego funkcjach i jeszcze wiele innych ustępstw, opisany przebieg procedury krok po kroku, żeby pacjentka poczuła się bezpieczniej, razem 4 strony A4. Ewa dzwoni do szpitala i pyta, czy możliwe jest przeprowadzenie operacji według ustalonych zasad, ale dodatkowo – bez zakładania cewnika, pozwalając jej na zostawienie na sobie niskich majtek odkrywających wyłącznie pole operacyjne, oraz t-shirtu i stanika. I czy partner może stać bezpośrednio przy stole operacyjnym, mając dostęp nie tylko od strony głowy, ale tez obserwując, czy wszystko po drugiej stronie kotary jest zgodnie z życzeniem Ewy. Dostaje odpowiedź: Nie. Mąż reaguje nerwowo. Próbuje jeszcze wpłynąć na Ewę, okazuje rozczarowanie, namawia ją na ponowne przemyślenie sprawy. Trafia na kategoryczny opór. W końcu, w obliczu jej zdecydowanego sprzeciwu, poddaje się. Zdaje sobie sprawę, że to wszystko wydarzyło się z jego inicjatywy, więc postanawia zaakceptować decyzję żony i daje jej zielone światło na samodzielny poród. “Musimy to doprowadzić do końca. Nie możesz się zabić. Ani przed, ani po porodzie. Urodzisz w domu. Nauczysz się, jak rodzić, a ja nauczę się, jak Ci pomóc. Wszystko będzie dobrze” – przekonuje sam siebie. Samodzielny poród to jest coś, do czego Ewa też nie jest przygotowana, bo przecież wszystkie znane jej kobiety rodzą w szpitalu. Dostają tam znieczulenie i mają dostęp do wszystkich mechanizmów ratowania życia, jeśli coś pójdzie nie tak. Tutaj roztacza się przed Ewą wizja dramatu w czterech ścianach. Spodziewa się bólu, boi się, że ucieknie od partnera, że będzie błagać o to, żeby ktoś ją zastrzelił. W myślach nawet zastanawia się, czy nie wynająć mieszkania i nie zaszyć się tam sama na czas rozwiązania. W końcu opiera się na raz podjętej decyzji i po prostu czeka na nieuniknione. Jest prawie pewna, że dziecko jest ustawione prawidłowo, głową w dół. Czuje, że jest zdrowe i silne. I tylko ma nadzieję, że nie jest za duże, bo tak będzie łatwiej rodzić. Postanawia trzymać się znalezionych w sieci wytycznych i sposobów na złagodzenie bólu. Różne pozycje, kręcenie biodrami, wielka piłka, która ułatwia poród. W dniu porodu budzi się wczesnym rankiem z niepokojem i dziwną chęcią działania. Nie ma skurczy, nie odchodzą wody, ale Ewa czuje, że coś się dzieje. Że musi coś zrobić, nieokreślone coś, natychmiast. Idzie pod prysznic i postanawia … posprzątać łazienkę. Szoruje podłogi, czyści każdy kafelek osobno z kamienia i zabrudzeń. Dłubie w fugach, wyciera półeczki, odkurza, odkręca kratkę wentylacyjną i ją też dokładnie szczotkuje. Potem znowu bierze prysznic i wraca do łóżka. W końcu jest jeszcze tydzień przed terminem. Budzi się trochę później, ale wciąż rankiem. Tym razem czuje regularne skurcze. Takie co 6 minut. Wcześniejszy plan kręcenia biodrami i skakania na piłce bierze w łeb. Ewa budzi męża, razem liczą interwały pomiędzy skurczami. To już teraz. Pojawiają się mdłości, Ewa wymiotuje, poci się, potem trzęsie z zimna. Nic ją nie boli, ale czuje się dziwnie, nierealnie, jakby umierała. Nigdy wcześniej nie doświadczyła ani nigdy później już nie doświadcza tego uczucia, więc trudno jej je opisać i do czegoś porównać. Na przemian śpi i rusza się, bo gdzieś wyczytała, że aktywność fizyczna jest wskazana przy porodzie. Chodzi po schodach, otwiera i zamyka okna, wymiotuje, znowu śpi. To wszystko ją bardzo męczy i czuje się wyczerpana. Skurcze nasilają się, ale Ewa nie czuje bólu, więc myśli, że to dopiero początek i że prawdziwa akcja dopiero się zacznie. Mąż stara się Ewę uspokajać, przemawia do niej, instruuje. Irytuje ją czasem, że mówi, jakby się znał, a przecież sam nie wie, co się dzieje. W którymś momencie Ewa czuje ogromną potrzebę parcia, niezależną właściwie od niej samej. Czuje, że coś dziwnego dzieje się z jej plecami. Partner podtrzymuje ją, przypomina o oddychaniu, w końcu dotyka wyłaniającej się główki i z entuzjazmem mówi żonie, że to już, że zaraz, że się strasznie cieszy. Ewa kuca i podpiera się rękami, bo tak jej podpowiada instynkt. Najtrudniej jej wyprzeć główkę, która idzie wolno, z trudem. Potem już jest łatwo. Ewa porównuje tę drugą część porodu do wrażenia, jakby jej wypadały wnętrzności. Dopiero gdy mąż trzyma dziecko w ramionach, ona zaczyna czuć ból w pochwie i takie ciągnięcie, jakby od zakwasów. Ale nie jest to mocny ból. Jest po ósmej rano, gdy oboje słyszą, jak noworodek prycha, kicha, oczyszcza sobie drogi oddechowe. Tata wyciera mu twarzyczkę. Dziecko nie płacze, ale Ewa przyjmuje to ze spokojnym zdziwieniem. Najwyraźniej nie każde dziecko musi płakać tuż po narodzeniu. To mąż Ewy przecina pępowinę. Ona dotyka głowy dziecka i głaszcze ją słabymi, lekkimi ruchami, bo na więcej nie ma siły. “Spojrzałam w te ledwo co rozwierające się oczy, zapuchnięte takie, ale patrzące na świat już jakby z ciekawością, i na te usta, od razu poszukujące cyca”. Ewa prosi męża, żeby wyszedł i umył dziecko. Zostaje w pokoju sama i rodzi łożysko. Sprawdza, czy wygląda zgodnie z opisem. Wygląda. I to jest moment, w którym opuszcza ją strach. Wie, że się udało. Że i ona, i dziecko żyją i mają się dobrze. Zakłada majtki, podpaskę i szlafrok. Wstaje i idzie do partnera, który tuli dziecko. Na ten widok wybuchają w niej wszystkie uczucia macierzyńskie, o które tak się wcześniej bała. Dziecko przestaje być płodem, obcym, lokatorem. Ma już imię, a ona, Ewa, kocha je przeogromnie. Bierze je w ramiona, tuli, karmi, całuje. Kilka godzin po porodzie ojciec zabiera dziecko do szpitala na podstawowe badania, ważenie i mierzenie, słuchanie oddechu, serca, pobranie krwi i rejestrację. Ewy nie ma przy tym. Nie wejdzie do szpitala. Personel patrzy krzywo na jej męża, bo jak to tak, bez matki, dziwnie. Lekarze wmawiają mu, że matka jest pod wpływem szoku i że powinna natychmiast się tu pojawić. Dzwonią do Ewy. Wątpią, czy to na pewno jest prawdziwa matka dziecka. Karetka przyjeżdża pod dom i sanitariusze próbują wejść do środka, ale nikt ich nie wpuszcza. W końcu ojcostwo i macierzyństwo potwierdzają na podstawie próbek krwi. Pytam Ewy, jak jest teraz. Na jakim są etapie z mężem i dzieckiem. Na jakim teraz jesteśmy etapie?… cóż, jesteśmy rodziną. To wspaniałe uczucie spełnienia. Moje macierzyństwo jest bardzo dojrzale, świadome. Wbrew pozorom. Jest chyba też zrównoważone. Świat mi się wokół dziecka nie kręci – nie szaleję z niepokoju, jak mu krostka wyskoczy, nie denerwuję się, gdy płacze, bo zęby idą, ale też nie płaczę z nim. Utulam bóle, dzielę radości, uczę funkcjonować na tym świecie, łagodzę górki i dołki, by się dziecko za dużo nie musiało ze światem mordować, póki nie skończyło jeszcze roku. Karmiłam piersią. Chcę jak najlepiej, ale też czegoś tam oczekuję. Wiem, to dziwne, oczekiwać od dziecka poniżej roku. Ale jednak – dość wcześnie nauczyłam dziecko, że warto samo sięgać po smoczek (nie ma ciagle smoczka w buzi, ale jak już ma, to umie go pilnować), że warto samemu trzymać butelkę, samemu jeść, chociażby łapkami. Ja nie z tych matek co ciuciaja. Ale pokroić bym się dała za to słoneczko. Za te bezzębne kiedyś, a dziś juz trochę zębiaste uśmiechy. Za te ciepłe rączki zarzucone mi na szyję. Moje dziecko jest najpiękniejsze na świecie (tak jak dziecko każdej matki jest w jej oczach), ale moje wydaje mi się jakieś takie jak na swój wiek… empatyczne, rezolutne? Zdrowe, stosunkowo łatwe w wychowaniu (wiesz, bez tych tematów typu nieprzespane noce, kolki, ryki, nie je, alergizuje się…). Myślę, że to sukces. Czasem śmiejemy się, że dziecko trzyma dyscyplinę z czasów ciąży. Mój partner natomiast jest najlepszym ojcem na świecie. Naprawdę najlepszym. Ale to akurat nie dziwne, bo jest też najlepszym na świecie partnerem. Chyba jesteśmy po prostu tak ogólnie normalni, poza tym przydługawym epizodem odstawania od normy. [Wywiad przeprowadziłam mailowo, jako że Ewa nie mieszka w Polsce. Imię mojej bohaterki zostało zmienione, by chronić prywatność rodziny. Ale ponieważ Ewa jest czytelniczką tego bloga i tak się poznałyśmy, możliwe, że zechce zabrać jeszcze głos w komentarzach. Przypominam o kulturze dyskusji, gdyby komuś przyszło do głowy być niemiłym. To nie jest miejsce na obelgi, złośliwości i hejt. Tu rozmawiamy kulturalnie i nikogo nie obrażamy. Jeśli akceptujesz te zasady – zapraszam do komentowania :)]

Jak dopasować perfumy do osobowości

Segritta

Jak dopasować perfumy do osobowości

Kilka lat temu miałam przyjemność poznać Karolinę Malinowską, w której się z miejsca zakochałam za całokształt (błyskotliwa osobowość w pięknym ciele <3) i za to, jak cudownie wychowuje swoich synów. Karolina jest teraz ambasadorką perfum Alpha – nowego zapachu AVON i to właśnie jej zaangażowanie w kampanię ostatecznie przekonało mnie do wypróbowania tych perfum. Dziewczyny z AVON zaproponowały mi przeprowadzenie konkursu, w którym moi czytelnicy będą mogli wygrać kilka zestawów Alpha, więc trzymajcie rękę na pulsie, niedługo się ten konkurs tu pojawi. A tymczasem postaram się przekazać Wam kilka informacji dotyczących rozróżniania rodzajów zapachów biorących udział w tworzeniu tych wszystkich magicznych buteleczek perfum. Z perfumami jest trochę jak z ciuchami lub butami. To znaczy, że najlepiej wybierać je pod siebie – a nie pod kogoś, kogo dobrze nie znasz i ryzykujesz, że nie wstrzelisz się w gust danej osoby. A nawet jeśli ten gust dobrze znasz, to perfumy, podobnie jak ciuchy, muszą jeszcze pasować i obdarowany musi czuć się w nich komfortowo. Sama znam kilka świetnych zapachów, które uwielbiam na innych, ale sama jakoś nie umiałabym w nich chodzić. Dlatego chyba bezpieczniej dopasować zapach nie tyle do osobowości człowieka, ile do jego stylu. Ale i styl jest przecież z charakterem powiązany, więc jest duża szansa, że poniższe wskazówki mogą Wam ułatwić wybranie odpowiedniego zapachu. Na pewno słyszeliście o trzech głównych nutach zapachowych perfum, czyli o nucie głowy, serca i bazy. Nuta głowy to ten pierwszy zapach, który ulatnia się po kilku godzinach noszenia perfum. Jest on najbardziej wyraźny i zwykle po nim właśnie decydujemy, czy nam się perfumy podobają. Potem jest nuta serca, głębsza, nadająca charakteru perfumom. Na koniec mamy nutę bazy, która jest podstawą i tłem pozostałych. Wyczuwamy ją nawet do kilku dni od założenia perfum. Ten podział będzie dość istotny w określaniu wszystkich poniższych typów zapachów. Ach, no i oczywiście to są tylko takie ogólne wskazówki, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wybrać sobie lub komuś zapach, który zupełnie nie pasuje do opisu danej osoby. Bo można. :) Zapachy szyprowe Chypre to po francusku Cypr. I od nazwy tej wyspy powstała nazwa całej gamy zapachów, które charakteryzują się wysokimi nutami cytrusowymi, żywicą i bursztynem w nucie serca oraz piżmowym, zwierzęcym tłem czyli nutą bazy. Perfumy z rodziny szyprowych są określane jako ciepłe, kojarzą się z drewnem i mchem. Należą do kompozycji cytrusowo – drzewnych. Zapachy szyprowe są wręcz stworzone dla odważnych, ambitnych kobiet. Takich, którym często przypisuje się cechy „męskie”, choć one przecież nie mają płci. Zapachy kwiatowe Najczęściej wykorzystuje się w nich różę, fiołki, jaśmin, gardenia, tuberoza, wiciokrzew lub kwiat pomarańczy. Te zapachy mogą się od siebie bardzo różnić, ale cała rodzina należy do najstarszych zapachów komponowanych dla kobiet. Wbrew pozorom zapachy kwiatowe nie są takim oczywistym wyborem dla delikatnych, młodych lub introwertycznych kobiet. Dla nich najlepsza będzie grupa perfum kwiatowo – pudrowych. A te bardziej owocowo – kwiatowe zapachy świetnie pasują do optymistycznych, pełnych energii ekstrawertyczek. Zapachy orientalne Tu dominuje wanilia i piżmo. Zapach jest ciepły, słodki i drzewny. Kojarzy się z egzotyką środkowego i dalekiego wschodu. Dla mnie te zapachy są kolorowe, intensywne, dość odważne i zmysłowe. Perfumy z rodziny orientalnych należą do najbardziej trwałych. Orientalne zapachy zwykle proponuje się kobietom skrytym, tajemniczym, introwertycznym – ale jednocześnie zmysłowym i chcącym uwodzić zapachem. Zapachy drzewne Drzewo sandałowe, cedr, paczuli. To na tych zapachach opiera się wiele perfum dla mężczyzn. Dodaje się do nich też zapachy przypraw, np. goździków lub kolendry. I choć to zwykle zapach dominujący w perfumach męskich, mogą się też spodobać kobiecie. Pewien znawca perfum powiedział kiedyś, że perfumy nie mają płci – mają osobowość. Zapachy tytoniowo – skórzane Miód, tytoń, skóra i dym. To zapachy kojarzące się z domem, wieczorem przy kominku. Dość męskie – ale ja wychodzę z założenia, że spokojnie mogą po nie sięgać też kobiety, które nie boją się niestandardowych skojarzeń. Na pewno będą pachnieć wtedy inaczej niż większość kobiet, a to zawsze jest intrygujące. Zapachy fougere Fougere to po francusku „paproć”. Podstawą są zapachy mchu, lawendy, bobu tonka i paczuli. Ze względu na ostrzejsze nuty, jest to zapach częściej wybierany przez mężczyzn i rzadko znajduje swoje fanki wśród kobiet. Zapachy cytrusowe Są świeże, bazują na zapachu pomarańczy, cytryny, limonki, bergamoty lub mandarynki. Często bazują na nich zapachy sportowe oraz te unisex, przeznaczone dla obu płci. To idealny wybór na lato i dla kobiet, które potrzebują energii do działania. Cytrusy odświeżają, pobudzają, są dość uniwersalnym zapachem, który można dość bezpiecznie komuś podarować, jeśli nie znamy dobrze jego gustu. Zapachy owocowe W tych perfumach wykorzystane są różnorakie owoce inne niż cytrusy, na przykład brzoskwinia, mango lub malina. W efekcie otrzymujemy słodkie, intensywne zapachy kojarzące się z latem, słońcem i świeżością. Owocowe zapachy pasują do energicznych, charyzmatycznych osób. Dodatkowo kojarzą się z porą roku, w której dane owoce występują, dlatego uważam, że fajnie je stosować …zimą. Od razu kojarzymy sobie noszącą zapach osobę ze słonecznym lipcem – jeśli wyczujemy bijący od niej aromat malin.

Jakie zmiany wprowadziłabym do Pokemon GO w kolejnym updacie

Segritta

Jakie zmiany wprowadziłabym do Pokemon GO w kolejnym updacie

Do widoku kobiecych piersi trzeba dorosnąć.

Segritta

Do widoku kobiecych piersi trzeba dorosnąć.

Kilka lat temu, jeszcze zanim zaszłam w ciążę i zostałam mamą, zastanawiałam się nad tym, jak będę karmić moje dziecko. W moim przekonaniu, trochę wyniesionym jeszcze z opowieści i doświadczeń mojej mamy, miałam wybór – sztucznym mlekiem z butelki lub naturalnym mlekiem z piersi. W trakcie ciąży dokształciłam się w kwestii plusów i minusów obu metod i bezdyskusyjnie wygrała ta druga. Ale tu też miałam wybór – z piersi albo z butelki, ściągniętym wcześniej mlekiem. Nie wiedziałam jeszcze, jak skomplikowane jest ściąganie mleka, jak czasochłonne, trudne psychologicznie (czyli trudno temu mleku lecieć, jeśli przy sutku nie ma dziecka. Tak mają niektóre kobiety i ja jestem jedną z nich). Gdy więc przyszło co do czego i urodziłam Kociopełka, zostałam jak najzwyklejszą, naturalną mamą, która – dokładnie w zgodzie z doskonałym planem Natury – zaczęła go karmić z piersi. I tak jest do dziś. Kociopełek ma 14 miesięcy i choć jego dieta już w głównej mierze składa się ze zwykłego jedzenia „dla dorosłych”, kilka razy dziennie i dość często w nocy pije z piersi. Karmię go w domu, przy znajomych, którzy wpadają na planszówki, karmię go w restauracjach, w parkach, w poczekalniach i właściwie wszędzie tam, gdzie jesteśmy razem i za każdym razem, gdy tego potrzebuje. Ale nie bez kozery wspomniałam o czasach sprzed bycia mamą, bo wtedy… uważałam kobiety karmiące publicznie za dość dziwne zjawisko i wydawało mi się, że sama nie będę tego robić. Dlaczego? Ano dlatego, że piersi kojarzyły mi się wówczas z symbolem seksualnym oraz taką częścią ciała, którą za wszelką cenę trzeba zakrywać przed innymi ludźmi, poza własnym partnerem oraz innymi kobietami (przed którymi nigdy nie wstydziłam się nagości). Nie bez znaczenia był też fakt, że nigdy nie przepadałam za dziećmi i widok matek z małymi, rozwrzeszczanymi, roszczeniowymi bachorami był mi po prostu przykry. Denerwowały mnie. Dzieci nie lubię do dziś. Poza własnym oczywiście oraz parą fajnych pasierbów, których nie sposób nie lubić. Ale reszta? Bleee. Dzieeecko. Fuj. Zmieniło się co innego – moje podejście do kobiety. Matki. Bo… …teraz wiem, że wybierając naturalne karmienie dziecka – które jest i dla dziecka i dla matki najzdrowsze i najwygodniejsze – nie sposób NIE karmić podczas wyjść na miasto. No po prostu się nie da. Moje dziecko podczas pierwszych miesięcy życia domagało się mleka średnio raz na godzinę. Czasem częściej. Była to jego naturalna potrzeba, która niezaspokojona, kończyła się płaczem, krzykiem, dyskomfortem, a czasem prawdziwym cierpieniem – bo ssanie piersi jest dla dziecka nie tylko metodą na picie i jedzenie, ale też na uspokojenie lęku, zaśnięcie lub potrzebę bliskości z rodzicem. I dlatego matka, która nie chce siedzieć cały czas w domu tylko dlatego, ze urodziła dziecko, jest po prostu zmuszona czasem to dziecko nakarmić w miejscu publicznym. I wiecie co? Dla większości świeżo upieczonych mam to jest naprawdę trudne, bo jednak większość kobiet żyjących w naszej kulturze, ma problem z pokazywaniem piersi publicznie. Dziwne, co? Czym jest cycek i dlaczego go tak nie lubimy Pierś kobieca, a właściwie sutek (bo sutek to jest cały cycek, a nie tylko jego końcówka. Wiem, dla mnie to tez kiedyś było zaskoczeniem) składa się z tkanki gruczołowej (gruczoł mleczny) i otaczającego ją ciała tłuszczowego. Ot tyle. Główną funkcją piersi jest karmienie potomstwa. No właśnie. Funkcja seksualna jest w sumie żadna, bo piersi nie są w ogóle niezbędne do seksu ani do zapłodnienia. Mogą – ale nie muszą – być obszarem erogennym, ale takim samym obszarem erogennym może być szyja, ucho, pośladki lub plecy. U ludzi z paraliżem ciała poniżej szyi można pewnymi ćwiczeniami stworzyć nawet obszary erogenne tam, gdzie ich wczesniej nie było, by i onie mogli doświadczać podniecenia seksualnego w wyniku stymulacji pewnych miejsc na skórze. Nasza kultura narzuciła nam pewne obszary tabu w ciele, każąc mężczyznom zakrywać prącie i jądra, a kobietom – srom, owłosienie łonowe oraz piersi. Jest to kwestia umowna, narzucona kulturowo a nie biologicznie, o czym najlepiej świadczy fakt, że w różnych kulturach i plemionach te sfery tabu są umiejscowione gdzie indziej. Są kultury, w których kobiety ciągle chodzą top-less i nikogo to nie dziwi. Są kultury, w których odsłonięty łokieć, włosy lub kostki u nóg są jawnym ekshibicjonizmem i oburzają innych ludzi. Ten skrajny przykład możemy obserwować w kulturze muzułmańskiej, w której praktycznie całe ciało kobiety może być traktowane seksualnie i stąd się biorą te niewiasty krążące po miastach w czarnych dżilbabach, spod których nic nie wystaje. Nie miałabym nic przeciwko takiej kulturze i takiej religii, gdyby nie fakt, że obok takiej zasłoniętej kobiety często maszeruje normalnie ubrany facet. A to już jest dyskryminacja płciowa. U nas nie przybiera ona tej samej, skrajnej formy, ale jednak jest. Bo z jakiegoś powodu faceci top-less mogą chodzić w przestrzeni publicznej, a kobiety top-less nie mogą. I tu muszę Wam opowiedzieć trochę o ruchu: Free the nipple …czyli „uwolnić sutek” to kampania nazwana tak za filmem Liny Esco, mająca na celu zrównanie praw płciowych dotyczących eksponowania górnej części ciała, a więc w istocie – brodawek sutkowych. Problem polega na tym, że mężczyźni mogą te brodawki pokazywać publicznie – a kobiety są za to ścigane prawem oraz poddawane ostracyzmowi społecznemu. Problem dotyczy nie tylko pojawiania się topless w miejscach publicznych, ale też pokazywaniu nagich piersi w internecie. Do teraz Facebook banuje zdjęcia lub konta, które pokazują kobiece brodawki sutkowe. Tak samo są traktowane kobiety, które publikują zdjęcia, jak karmią piersią swoje dziecko. Nawet jeśli nie widać wtedy brodawki sutkowej – bo, nie wiem czy wiecie, ale podczas karmienia piersią ta brodawka jest w całości w ustach maleństwa. Organizacje broniące praw kobiet i walczące z dyskryminacją muszą cały czas wstawiać się za tymi kobietami, które nie tylko walczą z głupim regulaminem Facebooka, ale też z opinią publiczną i muszą ciągle narażać się na uwagi innych ludzi, niewybredne komentarze i próby wygnania „do toalety” albo do domu – jakby karmienie piersią było czymś obrzydliwym. Można by to nazwać mizoginią, zaściankowością i średniowieczem, ale prawda jest taka, że jesteśmy sto lat za środniowieczem. Jak pisze Justyna Stasiek – Harabin, najlepsza polska blogerka pisząca o sztuce:

Segritta

Kocha, lubi, krytykuje.

Dziś wpis z kategorii „higiena osobista”. Otóż znam takiego jednego faceta, nazwijmy go Stefan, choć wcale się tak nie nazywa. Znam tylko jednego Stefana, był wysokim, chudym Stefankiem w mojej klasie w podstawówce, a teraz wyrósł na przystojnego Stefana, ale to nie będzie o nim. Ani też o kocie mojej przyjaciółki, który ma na imię Stefan i jest czarny jak godzina 18 w listopadzie w Warszawie. Będzie o takim Stefanie, który przez wiele lat przyjaźnił się z …nazwijmy go Bolkiem. Pewne przykre zdarzenia sprawiły, że ta wieloletnia przyjaźń się posypała i raczej nie powstanie jak Feniks. Mimo długiej historii i hektolitrów wspólnie wypitej wódki. Ale nie o tych wydarzeniach chcę Wam opowiedzieć, tylko właśnie o tych starych, dobrych wódczanych czasach, które teraz wspominam i w których była jedna dość charakterystyczna rzecz: otóż Stefan, choć zwał Bolka swoim przyjacielem, dość często na niego narzekał. I narzekał to mało powiedziane. Generalnie było czuć mocno i wyraźnie, że Stefan uważa Bolka za niezbyt fajnego gościa. Na spotkaniach całej paczki wyrzucał mu różne przewinienia, niewybrednie go określał, piętnował pewne jego zachowania. Na spotkaniach bez Bolka również chętnie podejmował jego temat, krytykując go od stóp do głów niczym Horodyńska dla rubryki „kit czy hit”. A mimo wszystko nazywał go przyjacielem i regularnie się z nim spotykał. Znam też ex-małżeństwo, które za czasów swojej „świetności” również się nie lubiło. Ona narzekała na niego w rozmowach z przyjaciółkami, on szukał tylko okazji, żeby się z nią nie widywać zbyt często. A jednak się zaręczyli, hajtnęli, a po dość krótkim czasie rozwiedli. W bólu i rozpaczy, zapijając to miesiącami na mieście, płacąc frycowe w postaci płaczu, żalu i poczucia zmarnowanego czasu. Całe szczęście, że w międzyczasie nie spłodzili dzieci. I ja czegoś tu nie rozumiem. Po cholerę tkwić w relacji z kimś – z kim absolutnie nie musimy się przyjaźnić, mieszkać lub sypiać – kto budzi w nas takie negatywne emocje? Przecież to się i tak zawsze źle kończy. Albo nawet gorzej – nie kończy się i tak sobie żyjemy w toksycznym związku, psując sobie cenne lata naszego życia, które mamy przecież jedno, jedyne, niepowtarzalne, pełne wielu okazji i możliwości. Kumam jeszcze motywację kogoś, kto jest zmuszony w tym tkwić. Jak na przykład taka kobieta uzależniona finansowo od faceta, bo „siedzi w domu”, wychowuje dzieci, sprząta, gotuje, ale nie dostaje wynagrodzenia i nie ma za bardzo jak się utrzymać bez toksycznego partnera, który wpłaca coś na wspólne konto co miesiąc, żeby było co do gara włożyć. Albo taki pracownik, który ma toksycznego szefa, ale to dobra praca i nie chce jej stracić. Albo taka cudowna dziewczyna, którą znam, ale której członek rodziny jest fanatykiem religijnym i ona musi akceptować jego obecność w swoim życiu, bo jej mama chce mieć jednak całą rodzinę w komplecie na imprezach imieninowych i innych weselach. Ale toksycznych przyjaciół lub toksycznych par niezależnych finansowo nie rozumiem. Jest to tak destrukcyjna więź, że naprawdę warto ją uciąć jak zagangrenioną nogę. Tak, będzie bolało. Tak, będzie trudno potem bez nogi. Ale lepiej bez nogi żyć, niż z chorą nogą zgnić w całości. Czasem mam wrażenie, że tkwimy w takich związkach dlatego, że tak naprawdę zazdrościmy tej drugiej „połówce” jakichś cech i z zawiści tak ją obrzucamy błotem. Albo może to jest tak, że te wady, które w niej widzimy – to są wady, których nie lubimy w nas samych. Jest jeszcze opcja „naprawię go/ją”. Ale one wszystkie są bez sensu. Tak totalnie, zupełnie bez sensu. Trzeba się pozbyć ze swojego otoczenia ludzi, których nie lubimy. Tak dla higieny osobistej. Polecam.

Segritta

Miłość do dziecka nie zależy od Ciebie.

Kocham moje dziecko jak stąd do końca wszechświata. To jest wściekła, bezgraniczna, wspaniała miłość, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam i która sprawiła, że moje własne życie przestało już mieć takie wielkie znaczenie, jakie miało kiedyś. Teraz najważniejsze jest ono – dziecko – jego szczęście, zdrowie i każda chwila, którą razem spędzamy. Za tą miłością idzie jedna, ale spora wada: nagle pojęłam, co to strach. Boję się, że wybuchnie wojna, boję się o każdą chorobę lub wypadek. W myślach przeżywam wszystkie potencjalne zagrożenia i tworzę scenariusze uniknięcia ich lub radzenia sobie z ich skutkami. Dwa dni temu nie spałam pół nocy, bo kombinowałam, co zrobię, jeśli nagle napadnie nas jakieś obce mocarstwo. Czy mam wystarczająco dużo benzyny w samochodzie. Co zabrać w pierwszej kolejności, jak poradzić sobie na granicach, jak obronić przed agresorami moją rodzinę. Kiedyś nie byłam taka wrażliwa, ale odkąd zostałam matką, naprawdę się boję. Poza tym jednak moja miłość do dziecka ma same plusy. Szczerze mówiąc, opieka nad noworodkiem i potem niemowlęciem to jest przecież ciężka praca. Nieprzespane noce, poranione piersi, przewijanie kup, ciągłe bycie w gotowości, przewidywanie zagrożeń – to wszystko w normalnych warunkach, bez miłości, byłoby cholernie ciężkie i najprawdopodobniej nie wytrzymałaby tego zbyt długo, bo jestem wygodna i leniwa w dodatku. ;) Ale wytrzymałam i wytrzymuję, i to z uśmiechem na ustach i w pełnym szczęściu. Dlaczego? Bo kocham. Pokochałam od pierwszego krzyku Kociopełka na sali operacyjnej, gdy przyszedł na świat. I wiem, że pomogły mi w tym narkotyki, które matka natura podała mi w dużej dawce, nie dając właściwie wyboru. Zastrzyk w żyły, pooof, kocham. Kocham, więc nie śpię i jakoś nie czuję się zmęczona. Kocham, więc przewinę najgorszą kupę i będę się śmiać jak głupia z min, które wtedy strzela moje dziecko. Kocham, więc nawet przy najgorszych kaprysach i upierdliwych zachowaniach mojego dziecka nie wpada mi nigdy do głowy, że mogłabym na niego nakrzyczeć lub uderzyć. Dzięki miłości jestem dobrą matką. Ale …co by było, gdybym nie kochała? Trafiam czasem na artykuły w gazetach o matkach, które zostawiły swoją rodzinę i pojechały – na przykład za nową pracą lub miłością. Czytam o kobietach, które od razu zdecydowały się na oddanie dziecka do adopcji. W tym drugim przypadku to nawet często nie z braku miłości – ale właśnie z miłości. Z chęci zapewnienia dziecku lepszego życia. Czytam, jak te niekochające opisują swoją relację z dzieckiem. Że już w ciąży się bały, że nie będą kochać, ale liczyły, że to się zmieni po porodzie. Nie zmieniło się. Jak opiekowały się swoimi noworodkami, jak starały się nie dać po sobie odczuć braku uczuć, jak czuły przy tym ogromny wyrzut sumienia, ale nie ważne, jak się starały, ta miłość nie przychodziła. W końcu niektóre decydują się na ten krok, który dla mnie i dla zdecydowanej większości matek kochających byłby nie do pomyślenia – zostawiły swoje dziecko pod opieką taty lub dziadków. A potem czytam komentarze i te wiadra hejtu wylane na bohaterki artykułów. Myślę, że wiele z nas – matek, które kochają – nie zdają sobie sprawy, o ile łatwiej jest być mamą, jeśli się kocha. I że ta miłość to wcale nie wynik naszych starań, priorytetów i „bycia dobrym człowiekiem”. To jest dar. To jest chemia. To jest przywilej, który dostajemy i który nam wszystko ułatwia. Nie mamy prawa oceniać tych, którzy tego daru nie dostali. Możemy oczywiście piętnować pewne zachowania, brak należytej opieki, agresję, decyzję o posiadaniu kolejnego dziecka, jeśli ktoś nie radzi sobie z pierwszym. Ale brak miłości to nie wybór. To przekleństwo.

Segritta

Wychowanie oparte na konsekwencjach – przykłady

Scenka zaobserwowana na placu zabaw. Dziewczynka na oko pięcioletnia nie chce wracać do domu, a ojciec, wyraźnie zniecierpliwiony, każe jej szybko zebrać zabawki i iść z nim do samochodu. – Nie! Ja chcę jeszcze się bawić! – Nie ma mowy. Idziemy do domu. – Nie! – dziewczynka ostentacyjnie rzuca na ziemię bawełnianą torebkę z rzeczami. – Mariolka, jeszcze raz tak zrobisz, a będą tego konsekwencje! Siedzę i obserwuję, zastanawiając się, co ojciec ma na myśli. Konsekwencją rzucenia torebki na ziemię może być to, że się ubrudzi. Albo że stłucze się i rozleje coś, co jest w środku. Ewentualnie konsekwencją pozostania na placu zabaw może być to, że oboje gdzieś się spóźnią albo że ojciec już w przyszłości nie będzie chciał z córką przyjść na ten plac zabaw, nie mogąc liczyć na zakończenie zabawy w ustalonym czasie. Ale nie. Dziewczynka znów rzuca torebkę i tata reaguje: – Sama tego chciałaś. – jest wyraźnie wściekły i chwyta dziewczynkę za ramię, siłą zmuszając ją do podążania za nim – masz szlaban na bajki do końca tygodnia. Taka konsekwencja. Płacz. Oboje znikają w bramie i już ich nie ma. Pozwólcie, że wytłumaczę Wam, jak ja staram się postępować z dziećmi w moim domu w podobnych sytuacjach. Wierzę głęboko, że generalna zasada wychowania dziecka opiera się na bezpiecznej, dostosowanej do wieku dziecka symulacji życia dorosłego człowieka. Bo w końcu na tym nam właśnie zależy – na tym, żeby wychować dorosłego, odpowiedzialnego człowieka, który będzie umiał zadbać o siebie i o swoich najbliższych, nikogo nie krzywdząc. Naszym celem nie jest przecież wychowanie kogoś posłusznego i grzecznego – tylko myślącego samodzielnie i umiejącego podejmować jak najlepsze decyzje. Żeby do tego doszło, każda jednostka musi zdawać sobie sprawę, że po pierwsze JEST DECYZYJNA, a po drugie, że te jej decyzje mają swoje konsekwencje. Od dziecka uczymy się, że jeśli dotkniemy czegoś gorącego – sparzymy się. Jeśli nie będziemy dbali o naszą własność, to ona się zgubi lub zniszczy. Jeśli zrobimy coś ryzykownego, możemy dużo stracić. Jeśli będziemy dla ludzi niemili, to oni nie będą nas lubić. Zasady są naprawdę naturalne i proste, ale żeby je pojąć, musimy ćwiczyć od małego – a więc to nasi rodzice lub opiekunowie muszą nam na to pozwolić. To naprawdę łatwe i jeśli tylko wdrożymy w życie te zasady, będziemy mogli zaoszczędzić sobie i dziecku wielu niepotrzebnych emocji i stresu. I – nie – konsekwencją pozostania na placu zabaw lub rzucenia torebki na ziemię nie jest nigdy szlaban na oglądanie bajek. Szlaban to kara. A współczesne spojrzenie na wychowanie dzieci wcale nie opiera się na karach lub nagrodach, tylko właśnie na konsekwencjach. Ale popracujmy na przykładach. Będzie jaśniej :) Gdy dziecko zniszczy lub popsuje coś, co nie należy do niego Mój pasierb Ignaś stłukł ostatnio jeden z naszych ulubionych kubków. Było mi z tego powodu przykro, bo to był naprawdę ładny kubek i oboje z Sebą bardzo się cieszyliśmy z całego kompletu, ale Ignaś stłukł go przez nieuwagę, nie celowo lub w złości. Zdarza się. Naprawdę każdemu może się to zdarzyć i nawet najlepsze restauracje z najlepszymi kelnerami zakładają budżet na dodatkowe talerze lub szklanki, które po prostu raz na jakiś czas spadają z hukiem na podłogę. Powstrzymałam sie przed wybuchem złości, mając to wszystko w myślach i uspokoiłam Ignasia, który ze zgrozą patrzył na porcelanowe odłamki na podłodze. – Ojej, trudno. Zdarza się. Ja też kilka razy w zyciu coś stłukłam. No nic, trzeba to teraz posprzątać i potem możemy sprawdzić na stronie producenta, czy jeszcze mają takie kubki, a wtedy po prostu go odkupisz. – Ale jak to? Nie jesteś zła? – Nie. Ważne, żebyś po prostu postarał się naprawić to, co zepsułeś. Czasem tylko stłucze się ucho, i wtedy można je skleić kropelką. Ale tu trzeba niestety odkupić kubek. Kosztował 30 zł. Możesz mi oddać te pieniądze z kieszonkowego, a ja zamówię nowy. No i musisz zamieść podłogę, żeby nikt się nie pokaleczył. – Dobra, to tata ci odda. – Nie. Chciałabym, żebyś to ty mi oddał. To przeciez nie tata stłukł kubek. Nie jestem na ciebie zła, ale trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów, nawet tych niezamierzonych. Gdy ja zniszczę coś, co nie należy do mnie, zawsze odkupuję to właścicielowi. Kiedyś na przykład zniszczyłam książkę, którą pozyczył mi mój przyjaciel. Odkupiłam mu potem nową. Wyobraź sobie, co by się stało, gdybym tego nie zrobiła? – Co? – A jak myślisz? – No pewnie byłby na ciebie zły. – Tak myślę. I z pewnością nie pożyczyłby mi już nigdy żadnej swojej książki. Nie zdziwiłabym się też, gdyby zwyczajnie trochę mniej mnie lubił po takim wydarzeniu, mniej mi ufał, może nawet nie zechciałby się ze mną tak często widywać lub po prostu miałby mnie za osobę niegrzeczną. Trochę to trwało, bo Ignaś uparcie próbował zwalić na tatę obowiązek oddania kosztu kubka, ale w końcu oddał mi pieniądze, za które kupiłam podobny kubek i znów mamy cały zestaw. Zależało mi na tym, żeby poznał konsekwencje swojej nieuwagi – przy jednoczesnym oszczędzeniu mu jakichkolwiek awantur, pretensji i krzyków. Gdyby Ignaś zniszczył coś bardziej wartościowego, czego nie mógłby po prostu odkupić ze swojego kieszonkowego, próbowałabym inaczej zaangażować go w ponoszenie konsekwencji. Na przykład poprosiłabym go o partycypowanie w kosztach lub o wykonanie dla nas kilku prac (mycie samochodu lub zamiatanie liści), za które dostałby wynagrodzenie, które mógłby przeznaczyć na naprawę lub odkupienie zniszczonego przedmiotu. Bardzo często wystarczy też zepsuty przedmiot naprawić i wtedy to dziecko powinno podjąć się tego zadania – z pomocą rodziców, jeśli jest konieczna. Gdy dziecko zniszczy lub zgubi coś swojego Wyobraź sobie, że gubisz swój telefon. Czy spotyka cię za to jakaś kara od osoby trzeciej? Czy nie możesz przez to oglądać wieczorem telewizji albo idziesz do kąta? Nie. Absolutnie nie. Wystarczającą „karą” jest dla ciebie fakt, że nie masz telefonu i jeśli chciałbyś znów go mieć, musisz kupić sobie nowy. Pisałam już o takich sytuacjach w osobnym wpisie. Do głowy by mi nie przyszło, żeby karać dziecko za to, że zniszczy lub zgubi coś, co należy do niego. Największą karą jest już sama konsekwencja takiego zdarzenia, bo dziecko po prostu nie będzie już mogło bawić się tą zgubioną zabawką, korzystać ze zgubionego zegarka, telefonu lub roweru. A jeśli nie przejmie się za bardzo utratą danego przedmiotu, to znaczy, że i tak nie był dla niego cenny i w sumie po co mu coś, czego nie lubiło. jeszcze raz odsyłam do obszerniejszego artykułu: Co zrobić, gdy dziecko zniszczy, odda lub zgubi coś swojego. Gdy dziecko zachowa się wobec kogoś niegrzecznie. Kolejna rzecz, którą rodzice często rozwiązują systemem kar – niegrzeczność, obrażanie kogoś lub bójki w piaskownicach. Często też dzieci są zmuszane do przepraszania kogoś, mimo że same zupełnie tego przepraszania nie czują. I choć nie sądzę, by to wywoływało jakieś spustoszenie w ich psychice, to też nie uważam, żeby to była metoda, która w czymś pomoże. Bo uczy ona jedynie, że bycie niegrzecznym wprawia rodzica w złość, oraz że wystarczy powiedzieć nicnieznaczące słowo „przepraszam”, by rodzic się już nie złościł. A przecież problem w swojej istocie pozostaje, bo obrażone lub skrzywdzone dziecko wciąż ma żal do naszego małego agresora. Podstawą powinna być nauka empatii. I choć często słyszę, że empatia pojawia się u dziecka dośc późno, bo w wieku około 9 lat, to jestem przekonana, że nie dzieje się to nagle, jak za magicznym włączeniem przycisku „empatia”, tylko jest to wynikiem długoletniego kształtowania. Dlatego za każdym razem, gdy widzę, że dziecko jest niegrzeczne lub agresywne w stosunku do kogoś innego, odwołuję się do jego uczuć i jego doświadczeń. „A pamiętasz, jak sam się czułeś, gdy Kasia cię uderzyła?”, „Jak ty byś się poczuł, gdyby ktoś nazwał cię głupkiem?”. I nawet jeśli trzeba to powtarzać wiele lat i za każdym razem, to wierzę, że w efekcie takie tłumaczenia mają głęboki sens. Uczmy dzieci, że na podstawie własnych uczuć i doświadczeń mogą łatwiej zrozumieć zachowanie innych. Drugim, ważnym elementem nauki kultury wobec innych ludzi jest dawanie dobrego przykładu. Nie ważne ie razy powtórzysz dziecku, że powinno się przeprosić kogoś, kogo się skrzywdziło – jeśli dziecko nie zaobserwuje, że ty sam przepraszasz innych – nie zacznie samo tego robić. Dlatego nie bój się przyznawać do błędu i potem przepraszać. Partnera, kolegę, dziecko. Tak uczysz najskuteczniej. No i dochodzimy do tytułowych konsekwencji, bo to jest trzecia istotna rzecz, którą trzeba zrobić, gdy dziecko zachowa się wobec innego dziecka lub dorosłego w sposób niegrzeczny. Trzeba mu wytłumaczyć konsekwencje takiego zachowania. – Wiesz, to jest tak, że jeśli ktoś mnie brzydko nazywa albo wręcz mnie bije, to ja takiej osoby potem nie lubię. Masz tak samo, prawda? Lubisz tych, którzy są dla ciebie mili. A gdy ktoś jest niemiły, to nie chcesz spędzać z nim czasu i raczej nie będziesz też chciał wyświadczać mu różnych przysług. Więc tak naprawdę bardzo dużo tracisz TY, gdy jesteś dla kogoś niemiły. Może teraz nie chcesz niczego od Kasi, którą nazwałeś grubaską, ale może przyjść taka chwila, gdy Kasia będzie mogła ci pomóc w zadaniu domowym z matematyki, albo będzie organizowała przyjęcie i zaprosi wszystkich – oprócz tych, którzy byli dla niej niemili. Jest wiele sytuacji, w których inni ludzie mogą ci pomóc, więc warto mieć z nimi dobre relacje. Ja jeszcze nigdy nie straciłam na dobrych relacjach z jakimś człowiekiem – ale często straciłam na złych. Jeśli chcesz, by Kasia znów cię polubiła, musisz sprawić, żeby poczuła się lepiej. Przeproszenie jej może ci w tym pomóc, ale decyzja o tym, czy chcesz ją przeprosić, należy do ciebie. Pomyśl, co tobie poprawiłoby humor i spróbuj, może Kasi też to pomoże. Gdy się zdarza, że któryś z moich pasierbów jest dla mnie niemiły, zawsze pokazuję, jak jest mi z tego powodu przykro i staram się wyraźnie pokazać, że w takiej sytuacji nie sprawia mi przyjemności spędzanie z nim czasu lub wyświadczanie mu przysług. I zawsze, prędzej czy później, chłopiec się orientuje, że coś jest nie tak i rozmawiamy o byłym zdarzeniu. – Mati, chodź na huśtawki! – Nie mam ochoty – mówię i spaceruję dalej. – Ale dlaczego? – Bo brzydko się do mnie odezwałeś i przeszkadzałeś mi w czytaniu książki godzinę temu. Nie mam ochoty się z tobą bawić teraz, bo sprawiłeś mi przykrość i do tej pory nawet nie próbowałeś ze mną o tym porozmawiać. – Aha… – widzę, jak komunikat trafia – To przepraszam… Nie chciałem. Poniosło mnie.   Gdy dziecko nie chce wykonać jakiejś czynności Na przykład gdy nie chce się ubrać przed wyjściem na spacer, nie chce posprzątać po śniadaniu, nie chce iść spać lub nie chce wracać z placu zabaw. W takim wypadku znów warto najpierw wytłumaczyć – i to tak racjonalnie, bez żadnego „bo tak mówię!” – dlaczego daną czynność trzeba wykonać. To ważny element. Nikt nie lubi bezmyślnie wykonywać poleceń innych ludzi, jeśli sam nie widzi w nich sensu. I przecież nie chcemy wychować żołnierza, tylko samodzielnie myślącego człowieka. Na dworze jest chłodno. Trzeba założyć kurtkę i buty, jeśli chce się wyjść na dwór, żeby potem nie chorować od przeziębienia. Jeśli nie chcesz się ubierać, to zostaniesz w domu. W domu możesz być lekko ubrany, bo tu jest ciepło. Podczas robienia śniadania i jedzenia robi się zawsze trochę bałagan. I gdybyśmy nie sprzątali po sobie, to nie byłoby potem miejsca na zrobienie obiadu. No i w domu rozniosłoby się dużo okruszków, mogłyby się nam zejść jakieś mrówki… Nie zostawiamy na wierzchu jedzenia i brudnych naczyń. Dlatego jeśli chcesz jeść śniadanie, to musisz potem po sobie posprzątać. Nikomu nie będzie się chciało robić ci jedzenia, jeśli nie będziesz potem pomagać w sprzątnięciu po posiłku. Więc jeśli chcesz, żebym robił dla ciebie kanapki i gotował ci obiady, to musisz mi pomagać w sprzątaniu. Jeśli nie jesteś śpiący, zawsze możesz poczytać książkę lub po prostu poleżeć w łóżku. Nie musisz spać. Ale chciałbym, żebyś już poszedł do łóżka, bo jutro rano musisz wstać do szkoły i jeśli się nie wyśpisz, jutro rano będziesz się źle czuł. Wiem, że świetnie się bawisz na placu zabaw i jeśli chcesz, będziemy mogli tu jeszcze wrócić. Ale teraz muszę jechać do pracy, więc niestety musimy wrócić do domu. Jeśli nie pójdziemy zaraz, to spóźnię się do pracy i na pewno nie będę już chciał jutro z tobą tu przyjść, wiedząc, że mogę znowu spóźnić się do pracy. Jeśli dziecko mimo wszystko nie zechce współpracować – a ty masz możliwość nie iść na spacer / pozostawić bałagan po śniadaniu / spóźnić się ten raz do pracy – to zachęcam cię, żeby ten raz to zrobić i dać dziecku odczuć konsekwencje, które przecież bardzo wyraźnie wytłumaczyłeś i zapowiedziałeś. Po prostu nie idź na spacer, nie rób kolejnego posiłku przed posprzątaniem po poprzednim i następnego dnia nie idź z dzieckiem na plac zabaw. Za każdym razem tłumacząc, dlaczego tak postępujesz i co musi zrozumieć dziecko, jeśli chce, żeby to się zmieniło. Porozmawiajcie o tym. Wytłumacz swoją motywację, wysłuchaj motywacji dziecka (może miało jakiś poważny powód, dla którego nie chciało współpracować?). Wspólnie ustalcie reguły postępowania i to, jak w przyszłości będziecie rozwiązywać konflikty. A co do chodzenia spać – naprawdę świat się nie zawali, jeśli dziecko potem rano będzie zmęczone i niewyspane. To będzie właśnie naturalna konsekwencja późnego pójścia spać. Gdy dziecko nie dba o swoją edukację szkolną Do jednego worka wkładam tu pilnowanie swojego plecaka, zabieranie odpowiednich zeszytów na dany dzień do szkoły, odrabianie pracy domowej i przygotowywanie sie do sprawdzianu. Dzieci idą do szkoły w wieku 7 lat i naprawdę są już wtedy na tyle rozwinięte, by obowiązek szkolny był ICH obowiązkiem, a nie rodziców. Nie widzę powodu, dla którego to rodzic miałby pilnować za dziecko jego prac domowych lub plecaka. Jeśli będziemy tak robić, to dziecko szybko pojmie, że samo nie musi o tym pamiętac i że tak naprawdę uczy się dla rodzica a nie dla siebie. Bardzo fajny tekst napisała o tym Nishka: Twoje lekcje – Twoja sprawa   Oczywiście wszystkie te zasady trzeba dostosować do wieku i możliwości dziecka. Trudno wymagać, by niemowlak odkupował coś z kieszonkowego. Po prostu małe dzieci nie powinny mieć dostępu do rzeczy, które mogą zniszczyć. Trudno też wymagać od czterolatka, żeby decydowało o ciągłych spóźnieniach do pracy swojego rodzica. Rozumiem, że czasem trzeba po prostu wziąć takie dziecko pod pachę i jechać z nim do domu, nie zważając na protesty. Jest jednak wiele sytuacji, w których możemy pokazać dziecku naturalne konsekwencje jego wyborów i zachowań, żeby potem, w przyszłości, mogło uniknąć błędów w bardziej odpowiedzialnych decyzjach. I jestem przekonana, że jeśli mały Jaś nigdy nie miał okazji doświadczyć straty zgubionego zegarka lub hulajnogi (bo mu je rodzic odkupił na przykład), to potem dorosły Jan dużo boleśniej odczuje stratę portfela lub samochodu. jeśli mały Jaś nie zrozumie, że obrażenie koleżanki podda go towarzyskiemu ostracyzmowi i pozbawi możliwości wspólnej zabawy na jej urodzinach – to dorosłemu Janowi będzie cholernie trudno żyć bez przyjaciół. Konsekwencje, te naturalne (nie kary!) nauczą sumienności, ostrożności i empatii. Pomogą wykształcić dobre nawyki i nauczą dynamiki relacji międzyludzkich. Tylko trzeba pozwolić dziecku ich doświadczać jak najwcześniej. A nie dopiero wtedy, gdy mamy w domu buntowniczego szesnastolatka, który i tak nie będzie słuchał naszych rad i tłumaczeń.  

Te straszne egzaminacyjne przekręty nauczycieli sprawdzających matury

Segritta

Te straszne egzaminacyjne przekręty nauczycieli sprawdzających matury

Spójrzcie na wykres poniżej. Przedstawia on krzywą Gaussa wyników maturalnych. Widać wyraźnie, że – zgodnie z przewidywaniami – najwięcej maturzystów zdobywało około 40 – 45 punktów, a bardzo niewielu plasowało się na krańcach punktacji. Spójrzcie też na to wyraźne tąpnięcie w pierwszej trzeciej wyników i zadajcie sobie pytanie: ile trzeba było zdobyć punktów, żeby zdać maturę? Tak, zgadliście. 21.

O tym, jak nasze siostry i przyjaciółki kształtują naszą pewność siebie

Segritta

O tym, jak nasze siostry i przyjaciółki kształtują naszą pewność siebie

Segritta

„Projekt Lady” – czyli telewizja próbuje mnie zanudzić na śmierć.

Obejrzałam pierwszy odcinek „Projektu Lady” – nowego tytułu TVN, który jest po prostu polską wersją brytyjskiego „Ladette to Lady”, choć oczywiście stacja się tym zapożyczeniem nie chwali. W ogóle mam wrażenie, że poza „Czarem Par”, czyli naszym starym, dobrym jak na tamte lata, polskim programem rozrywkowym o rywalizujących parach, którego gimby nie znajo, polska telewizja nie wymyśliła żadnego własnego formatu, który miałby jakiś sens. Same zachodnie licencje. Ale wracając do tematu – obejrzałam pierwszy odcinek „Projektu Lady” i moja feministyczna dusza nie jest tym programem zażenowana. Zażenowana jest ta zwykła, ludzka dusza. Nagłówki internetowych gazet krzyczą, że to seksistowski program, że kobiety są oceniane od stóp do głów, że im się zabiera indywidualność, że wciska się je w jakieś archaiczne ramy. No i racja, tak jest, ale o to właśnie w tym programie chodzi. I raczej nie ma to nic wspólnego z płcią. Generalnie stary savoir-vivre, etykieta ubioru, zasady  używania sztućców są jakimś reliktem arystokracji, która dziś jest raczej zabawnym akcentem w kulturze i nikt jej nie traktuje poważnie. A dotyczy zarówno kobiet jak i mężczyzn. Pamiętam, jak byłam kiedyś na jakimś balu arystokracji polskiej i dominującym tematem rozmów było tam licytowanie się pochodzeniem oraz próba postawienia się wyżej niż reszta świata, „bo moje nazwisko jest stare – a Kowalski jest z plebsu”. Było to o tyle zabawne, że te wszystkie wspaniałe, obecne na balu nazwiska, nie reprezentowały sobą ani wyższej kultury niż moi „plebejscy” znajomi – ani sobie lepiej nie radziły zawodowo, ani nie miały wyższego wykształcenia czy chociażby lepszej sytuacji życiowej. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji człowiek onanizuje się jedynym, co mu pozostało. Nazwiskiem oraz tym, że prawie umie zatańczyć walca, choć mocno przeszkadza mu w tym partnerka. No i nie zapominajmy, że jednak jesteśmy jeszcze pokoleniem wychowanym na bajkach o księżniczkach, powieściach historycznych o wielkich rodach i w pewnym stopniu ulegamy czarowi starych, dobrych czasów, gdy dżentelmeni i damy różnili się od reszty świata właśnie swoją wysublimowaną kulturą i tymi wszystkimi zasadami, na których naukę młodzi arystokraci tracili połowę dzieciństwa i młodości. I choć wiemy, że były to czasy mocno niesprawiedliwe, sztuczne i nierzadko tylko powierzchownie kulturalne – gdzieś tam w głębi serca szanujemy i podziwiamy damy i dżentelmenów oraz chcielibyśmy własne potomstwo na takie wychować. Na szczęście nie wymagamy już od drugiego człowieka, żeby całował panie w rączki, nosił spódnicę do kolan lub posługiwał się wyłącznie białą wizytówką z imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu, bo wg protokołu dyplomatycznego nie powinna się tam znajdować żadna grafika poza ewentualnym małym logo firmy. Dziwnych obostrzeń jest oczywiście cała masa i wkraczają one we wszystkie sfery życia. Chyba tylko proces wypróżniania się nie jest obwarowany  złożonymi wytycznymi, jak odwijać papier toaletowy i na ile można złożyć oddarty kawałek, nim się go przyłoży do wielkopańskiej dupy. Dziś wymagamy od siebie nawzajem kultury na poziomie racjonalnym, czyli tego, żeby być dla siebie miłym, żeby pomagać słabszym, nie przeklinać bez potrzeby, nikogo nie obrażać, nie używać przemocy, myć się i wyglądać czysto i schludnie. I to jest nasz współczesny savoir – vivre, który w mniejszym lub większym stopniu osiąga większość społeczeństwa. Naprawdę. Choć oczywiście po obejrzeniu „Warsaw Shore” lub „Projekt Lady” można odnieść inne wrażenie. Nie zapominajmy jednak, że te dziewczyny zostały wybrane według pewnego klucza i że twórcy programu długo się nachodzili, żeby odnaleźć najbardziej niegrzeczne, rozbrykane i wulgarne osoby, jakie tylko się dało. No i może właśnie dlatego zamysłem programu nie jest nauczenie ich podstawowej kultury – tylko właśnie tej archaicznej, artystokartycznej. Bo to jest drugi biegun dla uczestniczek. I to będzie ciekawsze dla widza. To, co mnie najbardziej razi w tym programie, to przewidywalność i sztampowość. Wziąć źle wychowaną dziewczynę i zrobić z niej księżniczkę? Super. Ale dlaczego to musi się odbywać w tak przeraźliwie nudny sposób?! Wiecie, jak brzmią pierwsze słowa Małgorzaty Rozenek, która otwiera pierwszy odcinek programu? „Postanowiliśmy przeprowadzić eksperyment”. Tia. Eksperyment my ass. Tu nie ma żadnego eksperymentu. Każdy widz już wie dokładnie, co się wydarzy w programie. Wiadomo, że dziewczyny będą niegrzeczne, że prowokuje się je do tych wulgarnych zachowań, że bunt jest wpisany w scenariusz. Wiadomo, że mentorki będą zaskoczone tymi zachowaniami, że będą załamywać ręce. Że w trakcie usłyszymy kilka łzawych historii o patologicznych rodzinach i braku akceptacji. Że mentorki, choć mają być wzorem cnót, będą w istocie niegrzeczne, oceniając i sprawiając przykrość uczestniczkom, żeby wywołać emocje. Wiadomo, że dziewczyny będą przebierane, czesane i uczone dobrych manier. Wiadomo, że się zmienią przed kamerami. Wiadomo, że w tzw. setkach (czyli tych mikrowywiadach, którymi przeplatana jest cała akcja) przyznają w końcu, że to im wiele dało i że teraz widzą przed sobą świetlaną przyszłość. Wiadomo, że potem wrócą do domu i do swoich starych przyzwyczajeń, ale tego kamera już nie pokaże. „Chodzi o to, żeby te dziewczęta po tym projekcie świetnie znały zasady i żeby te zasady były idealne do wprowadzenia do współczesnego życia” – mówi dr Irena Kamińska-Radomska, specjalistka od savoir-vivru i wystąpień publicznych, a ja mam wrażenie, że ona nie istnieje naprawdę, tylko jest botem, który konstruuje zdania na podstawie losowych statusów z fejsa. „Co do zasad zgoda. Ale póki co to zasady dziewczyn wprowadzane są do pałacu w Radziejowicach” – błyskotliwie odpowiada lektor. No serio. Kto to pisze. Ja bym z wielką chęcią obejrzała taki program, gdyby on był zrobiony na serio. Czyli gdyby naprawdę był eksperymentem. Gdyby mentorki faktycznie zachowywały się kulturalnie i dawały dziewczętom dobry przykład. Gdyby na wyraźną prośbę o pomoc ktoś pomógł tym dziewczynom zanieść bagaże na piętro a nie kwitował tę prośbę suchym „dasz radę”. Gdyby nie traktowano uczestniczek jak dzieci, które trzeba musztrować. Z większym szacunkiem po prostu – którego przecież wymaga się od nich samych. Gdyby prowadzące miały w sobie więcej charyzmy i gdyby mówiły bardziej konkretnie, błyskotliwie i z większą inicjatywą – a nie dokładnie to, czego oczekuje od nich reżyser. Gdyby czasem odważyły się uśmiechnąć, a nawet roześmiać (tego protokół dyplomatyczny naprawdę nie zabrania). Gdyby dołączyć do ekipy psychologa i pokazać wspólne jego i mentorek rozmowy, jak zamierzają dotrzeć do tych dziewczyn i im pomóc. Bo proces zmiany jest fascynujący, gdy jest do żywca szczery, prawdziwy, nieprzewidywalny. A nie wyreżyserowany od A do Z. Bardzo mi brakuje w telewizyjny ramówkach takich prawdziwych historii i wrażeń. I wyjątkowo męczące są dla mnie klisze. Coraz bardziej z roku na rok. Internet i YouTube co chwila daje nam coś nowego, a telewizja stoi w miejscu od kilkunastu lat i cały czas serwuje nam ten sam model programu, w którym jakiś sztucznie wykreowany autorytet zmienia jakiegoś prostego człowieka w „kogoś lepszego”. Gessler zmienia kiepskich restauratorów w mistrzów kuchni, Rozenek zmienia bałaganiary w perfekcyjne panie domu, Sablewska zmienia brzydkie kaczątka w łabędzie, jacyś fryzjerzy, chirurdzy plastyczni, dekoratorzy wnętrz, wszyscy bez charyzmy, zachowujący się dokładnie tak, jak to napisane w scenariuszu. Ma być z emocjami, niegrzecznie, żeby się działo. I dzieje się, ale z marnym efektem, nieskutecznie, na chwilę. I czuć w tym ten piszczący biedą niski budżet, który uniemożliwia nawet pozachwycanie się entouragem. No ile można. Przecież my tu umieramy z nudów. Telewizjo, ogarnij się!

Cztery przepiękne trendy w stylizacji paznokci na lato 2016 prosto z Korei

Segritta

Cztery przepiękne trendy w stylizacji paznokci na lato 2016 prosto z Korei

Mam 34 lata, jestem kobietą, mam dziecko i gram w gry komputerowe.

Segritta

Mam 34 lata, jestem kobietą, mam dziecko i gram w gry komputerowe.

Segritta

Teoria względności w świecie zwierząt

Siedzę na tarasie u mamy na żoliborzu i przysłuchuję się rozmowie sąsiadek. – Ach, wiesz, Alusia, nie wiem, co to ostatnio się dzieje, ale te wrony tak kraczą strasznie ostatnio. – A wiesz, że racja. One gdzieś tu gniazdo muszą mieć. Kraczą i kraczą, kra kra kra. – I żeby to jeszcze ładne, przyjemne dla ucha było. Ale to nie słowiki, nie trele, tylko właśnie. No takie kra kra, twarde, głośne. – No niestety. Ale dobrze, że komarów nie ma. Tylko niestety te meszki wstrętne. Trzeba się smarować wanilią. – O, tak. To działa! I jak ładnie pachnie. Jak ciasteczko. Tylko na muchy nie działa. …A tymczasem dwadzieścia metrów dalej, gdzieś w wysokim modrzewiu z widokiem na park rozmawiają sobie dwie wrony. – Słuchaj, Krysia, nie wiem, co to ostatnio się zrobiło, chyba ta pogoda, bo strasznie ludzie wylegli z gniazd. Siedzą na tarasach, dziecko mi tu śpi, a oni ciągle „bla bla bla” i „bla bla” i tak w kółko. – A wiesz, masz rację. Ja zauważyłam, że to przy pewnej temperaturze oni tak wychodzą. I gadają, gadają, głośno, bez sensu, że tez im się to nie nudzi. – No… I żeby to jeszcze ładne było. Jak pies na przykład. Albo kot. Ale nie. Tylko „bla bla bla”. – No, dobrze, że chociaż much dużo, to jest co do dzioba włożyć. Zejdźmy kilka metrów w dół. Dwie komarzyce siedzą przy kompoście i plotkują. – Stara, jaka kurna konkurencja ostatnio. Kiedyś to było łatwo. Leciałaś do człowieka, piłaś, wracałaś normalnie do domu najedzona. A dziś te cholerne meszki przyleciały i pchają się jak na swoje. Skąd one się w ogóle wzięły? Uchodźce jakieś. Pracę komarom zabierają. – Ty się nie martw, toż to nawet lepiej, w tym tłoku łatwiej umknąć jerzykom. Gubią się idioci w tej chmarze. Głównie meszki łapią, bo grube i nieruchawe. – Ej, kurwa! – wcina się przelatująca obok meszka – co masz pani do meszek! Sama się sobie przyjrzyj, chuda szczapo! Normalnie pracujemy, jak pełnoprawni obywatele tego kraju. I jeszcze w ciężkich warunkach, bo się te ludzie smarują jakimś paskudzctwem, co śmierdzi niemiłosiernie. Jak ciasteczko. Fu.

Segritta

Moja mama nie mówiła mi, że jestem piękna.

W moim domu nie było kultu ciała. Rzadko kiedy rozmawiałyśmy też z mamą o urodzie innych ludzi. Dużo częściej mówiłyśmy o ideach, zachowaniach, cechach charakteru i wiedzy różnych osób – od tych najbliższych, w rodzinie, przez znajomych aż do postaci publicznych i artystów. Nie nazywałyśmy ich pięknymi ani brzydkimi. Byli mądrzy, głupi, ciekawi, nudni, utalentowani, pracowici, ograniczeni, otwarci, serdeczni lub chłodni. Jeśli się kimś zachwycałyśmy, to właśnie przez wzgląd na to, kim byli, a nie jak wyglądali. To nie znaczy, że estetyka była jakimś tematem tabu. Piękne lub brzydkie były dla nas pewne kreacje, fryzury lub makijaże. Nie bałyśmy się też wartościować estetycznie zdrowej lub niezdrowej figury albo stopnia zadbania ciała. No dobra, Robert Redford był przez mamę określany jako przystojny, ale kategoria aktorskich miłości to chyba zupełnie inna działka. ;) Nie pamiętam jednak, by moja mama kiedykolwiek powiedziała mi, że jestem piękna. Nie kupowała mi modnych ubrań, które nosiły koleżanki w klasie, nie dostałam od niej staniczka, gdy skończyłam 8 lat, nie uczyła mnie makijażu i nie zachęcała do przekłuwania uszu. Obserwowałam ją, gdy pracuje, czyta, majsterkuje i opiekuje się dziećmi oraz stadkiem psów. Chciałam być jak ona. Dość długo – a właściwie zostało mi to do dziś – nie nosiłam sukienek, nie malowałam się i raczej stawiałam na to, co mówię niż na to, jak wyglądam w kwestii zjednywania sobie ludzi. Za tę edukację i hierarchię wartości jestem jej do dziś niebywale wdzięczna, choć oczywiście były momenty w życiu, gdy mi to nie odpowiadało. Na przykład na pierwszą randkę poszłam w wieku 17 lat i mój pierwszy wówczas makijaż po godzinie wylądował gdzieś pod moimi oczami. Najadłam się wstydu i trochę żałowałam, że nie nauczyłam się sztuki make-upu wcześniej. Ale generalnie czuję, że wyszło mi to na dobre, bo – paradoksalnie, pomimo że nigdy nie usłyszałam, że jestem piękna – czuję się piękna. Nie olśniewająco piękna, nie posągowo piękna, nie NAJpiękniejsza – ale po prostu piękna. Jak to się stało? Otóż dzięki temu, że kwestia urody nie była często podnoszonym tematem w domu, nigdy nie byłam na niej skupiona. To nie w niej dopatrywałam się przyczyn sukcesów i porażek zarówno moich jak i innych ludzi. Gdy widziałam, że któraś z moich koleżanek ma powodzenie u chłopaków, tłumaczyłam to sobie jej charakterem, a nie tym, jak wyglądała. Serio. I do dziś obserwuję tu największą zależność. To nie te “piękne” w billboardowym znaczeniu tego słowa kobiety zdobywają najfajniejszych facetów i przyjaciół – ale te najbardziej radosne, energiczne i pewne siebie. Dostrzegam to dzięki mamie. Dzięki niej wiem, że nad swoimi sukcesami i porażkami mogę pracować, a nie są mi one dane “od natury”. Mam wpływ na swoje życie, karierę, atrakcyjność. Po prostu nie byłam nigdy poddawana estetycznej ocenie wykraczającej poza moje starania o urodę. Czyli mama potrafiła mi powiedzieć, że pięknie mi w jakiejś sukience, makijażu lub warkoczu – ale nigdy nie usłyszałam, że jestem piękna lub brzydka pod tymi względami, na które nie mam wpływu, bo taka się po prostu urodziłam. Myślę, że to w tym tkwi cały sekret. W niechwaleniu za coś, na co nie ma się wpływu – i we wspieraniu cech, które można w sobie poprawiać. No właśnie. Bo myślę, że dziecku można mówić, że jest piękne. Nie ma w tym nic złego, o ile nie przywiązuje się do tej urody wielkiej wartości i nie czyni z niej ważnego kryterium oceny człowieka. Takie dziecko potem dorośnie, i czy tego chcemy czy nie, będzie poddane ocenie swoich rówieśników oraz własnej, surowej krytyce, gdy będzie się porównywać z innymi. Przyjdzie moment, gdy mamine pochwały i peany na temat urody córki lub syna przestaną mieć dla dziecka znaczenie. Dużo ważniejsze będzie to, jak wygląda aktualna supermodelka oraz co mówią o urodzie najpopularniejsze koleżanki z klasy. Przyjdzie też moment, gdy twoje dziecko zacznie się starzeć i jeśli nie będzie umiało docenić innych swoich zalet, poczuje się gorsze, bo nie będzie już tą “piękną córeczką”. Bo pojawią się zmarszczki. Bo piersi już nie będą takie jędrne jak kiedyś. Bo brzuch się zaokrągli i pojawią się pierwsze siwe włosy. Czy wychowując swoje dziecko, myślisz w ogóle o jego samoocenie na starość? Czy matka ma w ogóle wpływ na to, jak jej córka będzie się postrzegać, gdy to się wydarzy? Myślę, że ma ogromny wpływ. Ale nie polega on na tym, jak często będzie powtarzać “jesteś piękna”, tylko na tym, jak samą siebie będzie określać. Jeśli chcesz, by twoja córka nie nabawiła się kompleksów, sama ich nie miej. Wiem, że to łatwo mówić… Z raportu Dove Jesteśmy Piękne wynika, że 74% córek uważa, że o pięknie mamy decyduje jej osobowość. A aż 76% mam uważa, że o pięknie córek decyduje ich uroda. No i weź tu teraz spraw, by twoje dziecko nie miało kompleksów po trzydziestce. A można. Tylko trzeba wreszcie odstawić do lamusa te wszystkie kryteria urody bazujące jeno na młodości, gładkości i jędrności. Tak, można być piękną kobietą po trzydziestce, po czterdziestce, sześćdziesiątce lub osiemdziesiątce. Można. Tylko trzeba się pogodzić z faktem, że nasze ciało się zmienia i nie czynić z życia kobiety wiecznej walki z czasem i starzeniem się. Trzeba się odsłonić. Pokazać. Nie wstydzić. Nie ukrywać wszystkiego, co nie pasuje do jakiegoś aktualnie lansowanego „ideału”. I to ty, jako matka, jesteś najlepszym przykładem dla swojej córki, jak być piękną kobietą w każdym wieku. Twoja córka uważa, że jesteś piękną kobietą. Więc z okazji Dnia Matki życzę Ci, żebyś spojrzała na siebie oczami swojej córki, bo dzięki temu ona też dostrzeże w sobie piękno – teraz, za 20 lat – i za 50 lat.

Garderoba przyszłej mamy

Segritta

Garderoba przyszłej mamy

Zanim zaszłam w ciążę, byłam przekonana, że nie da się chodzić z brzuszkiem bez specjalnie do tego stworzonych ciuchów. Bo przecież proporcje ciała tak mocno się zmieniają… A potem zaszłam w ciążę i przetrwałam ją w całości z tylko jedną częścią garderoby, która była dedykowana dla ciężarnych. Wszystkie pozostałe ciuchy były moimi zwykłymi, codziennymi ubraniami, wybieranymi pod odpowiednim kątem. Dlatego teraz sprzedam Wam kilka tipów, na co zwracać uwagę, kupując nowe ciuchy pod kątem ciąży, czego unikać oraz które rzeczy mogą po prostu okazać się zbędne – jak to było w moim przypadku :) Jeśli twoja ciążą przebiegnie podobnie do mojej, to przez jej większość nie będziesz w ogóle miała brzuszka. Ja prawie do końca drugiego trymestru go nie miałam, a dodatkowo schudłam trochę w pierwszych trzech miesiącach, więc w ogóle nie musiałam wymieniać garderoby. Dopiero trzeci trymestr daje do wiwatu, ale zastanów się, czy chcesz inwestować w superdrogie ciuchy ciążowe tylko na te trzy miesiące. Spodnie z szerokim, rozciągliwym pasem – to jedyny ciuch ciążowy w mojej szafie. Na co dzień chodziłam w dresach, bo naprawdę wystarczą zwykłe, bawełniane, wygodne spodnie, by mieć w czym chodzić w ciąży. Gumka (lub ściągacz) leży pod brzuchem – a brzuch zakrywa odpowiednio długa bluzka. To wystarczy. Jeśli zaś chcesz wyglądać na pewne okazje bardziej elegancko, kup sobie wyjściowe spodnie z rozciągliwym, szerokim pasem na górze. Ja miałam takie ciemne dżinsy i idealnie sprawdziły się w trzecim trymestrze. Jeśli nie chcesz inwestować w takie spodnie – albo potrzebowałabyś ich więcej – kup sam rozciągliwy pas, którym możesz otulić brzuch, jeśli boisz się, że będzie czasem wystawał spod bluzki. Ja dostałam taki pas od siostry ze Stanów, ale z pewnością znajdziesz podobne w Polsce. To przecież zwykły komin, który dodatkowo może potem służyć jako awaryjny stanik. :) Przetestowałam takie rozwiązanie zwłaszcza nocami, gdy staniki do karmienia uwierają – a taki rozciągliwy pas wygodnie nasuwa się na piersi i odsuwa, gdy trzeba nakarmić dziecko. Sukienki ciążowe? Bicz plis. Wystarczy zwykła sukienka bez talii, szeroka (np. plisowana) na dole lub z rozciągliwego materiału. Poza tym, nie wiem jak Ty, ale ja w ogóle nie chodziłam w sukienkach w trzecim trymestrze, bo miałam tak opuchnięte nogi, że nie chciałam ich światu pokazywać. No i oczywiście obcasy odpadały, a nie lubię zakładać sukienek do płaskich butów. Tak czy inaczej, naprawdę wystarczy model sukienki z wysokim stanem lub zupełnie bez stanu i nie trzeba kupować superdrogich sukienek ciążowych. Tuniki. To jedyny rodzaj bluzek, które możesz w pewnym momencie nosić, bo tylko one sięgają bioder i zakrywają cały brzuch. Możesz też w pewnym momencie po prostu przerzucić się na T-shirty twojego partnera. Ja tak zrobiłam. Stanik. O, to jest właściwie jedyna rzecz, którą bezapelacyjnie powinnaś kupić, bo przyda się nie tylko na ciążę, ale też na karmienie. Kobietom różnie zmienia się rozmiar piersi. Niektórym powiększają się już podczas ciąży, inne czekają aż do porodu i piersi rosną razem z nawałem laktacyjnym. Jeśli więc Twoje piersi nie urosły w ciąży, nie kupuj stanika, ale przygotuj się na taką potrzebę po porodzie. Jeśli urosły – kup od razu stanik do karmienia, a więc taki z odpinanymi ramiączkami. Uwierz mi, to będzie najczęściej używana część garderoby przez przynajmniej kolejny rok. Dobra rada cioci Matyldy – nie kupuj staników z fiszbinami oraz usztywnianymi miseczkami. Nie kupuj też takich całkiem sztucznych (bo pewną domieszkę włókien elastycznych mogą mieć) oraz takich, która mają dziwne koronki, kokardki i inne uwierajki. Przez cały okres karmienia piersią stanik będzie tą częścią garderoby, która będzie najbliżej twoich wrażliwych piersi oraz wrażliwej skóry twojego dziecka. Dlatego powinien być naturalny, bawełniany, gładki i bez żadnych niepotrzebnych wstawek. Dlaczego nie powinien mieć usztywnianych miseczek? Po pierwsze dlatego, że takiego z miseczkami trudno używać (nie ma co zrobić z odpiętą miseczką, gdy chce się karmić), a po drugie dlatego, że rozmiar twoich piersi będzie się często zmieniał, w zależności od przerw między karmieniami. Lepiej, żeby miseczka dopasowywała się do piersi i utrzymywała wkładkę laktacyjną. To nie koniec o stanikach. Kup trzy: czarny, biały, kremowy. Albo i więcej. Po prostu na czas karmienia będziesz korzystać tylko z nich, a one szybko się będą brudzić od ulanego mleka. A, i jeszcze jedno: zarówno staniki, jak i wszystkie ciuchy, które będziesz zabierała ze sobą do szpitala, na poród, powinny być wyprane w specjalnym proszku dla dzieci. Nawet jeśli są nowe, a właściwie to szczególnie wtedy, gdy są nowe, bo chemikalia z nowych materiałów mogą podrażnić skórę dziecka. I tu sprawdza się idealnie sponsor tego cyklu – Lovela, której używam do prania wszystkich dziecięcych ubranek. Tuż przed porodem warto też, żebyś zaopatrzyła się w więcej bluzek typu koszulowego oraz takich z wielkim, rozciągliwym dekoltem, bo w takich się najwygodniej karmi. Na koniec zostawiłam jeden punkt, który jest moją osobistą zmorą. Otóż po ciąży urosła mi stopa. Tak o pół numeru. Kiedyś miałam 40 – 40,5, a teraz tylko 41. Dlatego do listy części garderoby młodej mamy warto też dopisać nowe buty, bo gdzieś od trzeciego trymestru możesz już nie mieścić się w swoje stare. To już ostatni wpis z cyklu sponsorowanego przez Lovelę. Poprzednie możecie zobaczyć tu: Spanie z dzieckiem w jednym łóżku Rytm dnia z małym dzieckiem Jak reagować na płacz dziecka Idealna wyprawka do szpitala Trzy najlepsze metody na relaks w ciąży