Babskie czytanie: recenzja książki „Dzikie stwory. Sztuka wychowania chłopców”

Lady Gugu

Babskie czytanie: recenzja książki „Dzikie stwory. Sztuka wychowania chłopców”

Miejsca z klimatem – Fulinowo i Kuźnica jesienią

Lady Gugu

Miejsca z klimatem – Fulinowo i Kuźnica jesienią

Babskie czytanie czyli powiedz mi, co czytasz

Lady Gugu

Babskie czytanie czyli powiedz mi, co czytasz

Szczoteczka soniczna Sonicare DiamondClean od Philips. Moje wrażenia

Lady Gugu

Szczoteczka soniczna Sonicare DiamondClean od Philips. Moje wrażenia

Lady Gugu

Ich troje, czyli czy warto wybrać się do kina na Bridget Jones 3 ? Recenzja z przedpremiery

Idąc do kina zastanawiałam się, co Bridget Jones ma jeszcze do powiedzenia po 12 latach nieobecności, a tym bardziej przez 136 minut (!) filmu. Bo od ostatniej części ekranizacji powieści Helen Fielding pt. „W pogoni za rozumem” minęła już ponad dekada! W międzyczasie Renee Zellweger zdążyła się zmienić nie do poznania i miałam obawy, czy skupiając się na jej „udoskonalonej”  urodzie nie przegapię, o czym naprawdę jest ten film. Bridget Jones 3 Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam, czy ideał sprzed lat wytrzymał próbę czasu. Przez pierwsze minuty filmu czujemy podniecenie – „Ej, to Bridget, wróciła, i nadal ma się… nieświetnie!” (bo czy ona kiedykolwiek miała się świetnie?..). Potem czekałam na pojawienie się dwóch panów produkcji – Colina Firtha, który ponownie wcielił się we flegmatycznego, zachowawczego Marka oraz Patricka Dempseya, którego postać Jacka była pierwszą od czasu, gdy w zeszłym roku wyrzucono go z „Chirurgów”. A jak już się doczekałam, dostałam dokładnie to, czego można było spodziewać się po Bridget Jones – nic więcej i nic mniej. „Bridget Jones 3” (oryginalny tytuł „Bridget Jones’ Baby”)  nie jest też oparty na z kolejnej książce Helen Fielding z 2014 roku pt. „Bridget Jones: Szalejąc za facetem” – na potrzeby filmu pisarka zgodziła się  przerobić scenariusz całkowicie; fankom mogłoby nie spodobać się, że: Bridget jest starszą panią, Mark nie żyje, a ona ma młodszego o 30 lat kochanka. Fabuła „Bridget Jones 3” jest przewidywalna i prościutka, ale jest to coś, do czego przyzwyczaiły nas dwie poprzednie części filmowe. Otóż 43-letnia producentka telewizyjna (nota bene przez pół filmu nie mogłam wyjść z podziwu, jak taka infantylna kobieta może pełnić tak ważną rolę w stacji…) zachodzi w ciążę i okazuje się, że obaj wspomniani panowie mogą pretendować do roli ojca potomka panny Jones. Wow, myślę sobie, ale to odkrywcze, widziałam to już w „Ukrytej prawdzie” i wszystkich możliwych telenowelach. Ale okazało się, że może scenariusz nie zapewnia nam skoków adrenaliny, ale jednak utrzymuje emocje na odpowiednio wysokim poziomie. Żarty sytuacyjne (przyjaciółka trzepie testem ciążowym, na to Bridget: „Przestań, bo wytrzęsiesz z niego dziecko!”), nawiązania do ikon popkultury, niekoniecznie dla wszystkich zrozumiałe (sorry, Ed Sheeran, że nie poznałam cię na ekranie… zresztą sorry, Ed Sheeran, że nie wiem, kim jesteś…), dosadne określenia, ale nie takie w stylu „Kac Vegas”, tylko w zawoalowanej, brytyjskiej formie, naprawdę bawią. Sala pełna była kobiet i jednakowo ryczały ze śmiechu zarówno przy „solidnej młocce i ciachaniu na sianie”( tak, chodzi o seks…), jak i w chwili, gdy panowie niosą przez pół Londynu biedną Bridget wstrząsaną skurczami… a przecież ta nigdy nie mogła poszczycić się wagą piórkową. Dobra, ja też ryczałam. Ze śmiechu, ale i wzruszenia, gdy pan Darcy kolejny raz ze smutkiem odchodził pokonany (ale bez obaw, nie zdradzam zakończenia, to było w połowie filmu!). Mnie też rozbawiły  żarty pokoleniowe, bo wprawdzie nie mam 43 lat, ale tak jak Bridget śmieszą mnie współczesne mody na „ironiczne brody hipsterów” i  nie wiem, co to Tinder. Żartów z pokolenia, starzenia się i dojrzałości nie było zbyt wiele, choć Bridget według jej lekarki należy już do „geriatrycznych pierworódek”. Widać, że scenarzyści dwoili się i troili, żeby choć nie nasuwać widzom skojarzeń z nieudanymi operacjami plastycznymi Renee Zellweger. Ale niestety, nie dało się ich ukryć, bo wprawdzie z daleka można było dostrzec dawną Bridget, to jednak z bliska zastanawialiśmy się, ile wysiłku musiała włożyć właśnie w ten uśmiech czy zmarszczenie brwi. „Bridget Jones 3”  różni się od poprzednich części, bo tchnie inteligencją. Dowcipy nie kończą się na pokazaniu marnych prób wciągania potężnych reformów na rozrośnięty tyłek. Nie ograniczają się też do opisywania dolegliwości ciążowych. Akcja skupia się za to na narysowaniu kontrastu pomiędzy konserwatyzmem (Mark Darcy) a wyzwoleniem (matematyk-twórca portalu randkowego, Jack) oraz miotaniem Bridget pomiędzy kuszącym światem drugiego pana a bezpieczeństwem, które może zapewnić jej pierwszy. Nie powiem wam, co wybierze, ale niestety, jak to w filmach o Bridget, fabuła i rozwiązania scenariuszowe są do bólu przewidywalne. Ale i tak jakimś cudem śmiejemy się z nich, i to nawet wtedy, gdy Renee Zellweger nie ma na ekranie. A niektórzy nawet są od niej zabawniejsi – na przykład Emma Thompson, która gra dowcipkującą panią ginekolog z awersją do facetów. I jeszcze coś, na co zawsze szczególnie zwracam uwagę – czyli muzyka. Rzadko zdarza się, żeby podkład był tak świetnie dobrany, że jest też komentarzem do sytuacji na ekranie. A dla znających angielski, piosenki dobrane przez Craiga Armstronga (to ten pan, który zasłynął soundtrackiem do świątecznego hitu „To właśnie miłość”) to tak samo trafny komentarz jak celna narracja Bridget. Nie wiem, dlaczego sala podczas projekcji „Bridget Jones 3” była pełna kobiet. Na pewno inteligentny humor trafi też do panów. Żartów z naszej kobiecości jest tu mniej niż w poprzednich częściach, a panom dostaje się jakby słabiej. Nie ma bożyszcza Hugh Granta, bo Daniel został uśmiercony  – aktor podobno kategorycznie odmówił udziału w filmie. Nie ma natłoku wzruszeń, film nie jest przegadany i wprawdzie trąci naiwnością, to jednak jest świetną propozycja na zakończenie lata. Ja czekam na dalsze części i co nie pokażą, to i tak się na to wybiorę. Bo Bridget Jones to po prostu Bridget Jones – a w najnowszym filmie dostajemy dokładnie to, czego mogliśmy się po niej spodziewać. Post Ich troje, czyli czy warto wybrać się do kina na Bridget Jones 3 ? Recenzja z przedpremiery pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Babskie czytanie: „Macierzyństwo non-fiction”  Joanna Woźniczko-Czeczott

Lady Gugu

Babskie czytanie: „Macierzyństwo non-fiction” Joanna Woźniczko-Czeczott

Lady Gugu

Wizerunek dziecka w Internecie. Gdzie leżą granice dzielenia się szczęściem?

Co robi matka, kiedy jej niemowlę w końcu zasypia? Jedne rzucają się na nieumyte gary, inne zaczynają jazdę figurową na szmacie, a jeszcze inne (szczęściary!) rzucają wszystko, co trzymają w tym czasie w dłoni i przytulają do najlepszego przyjaciela – poduszki. A pewna matka nie robi nic z tych rzeczy. Ona przebiera swoje dziecko za różne ikony popkultury, muzyków, postaci z baśni czy kreskówek. 4-miesięczna Joey jeszcze nawet dobrze nie nauczyła się trzymać głowy, a miała okazję pograć na gitarze jako Slash, znaleźć najlepszego przyjaciela Chewbakę czy zdobyć złoty medal na olimpiadzie. W Internecie jej zdjęcia podzieliły społeczność na dwie frakcje: jedni nazywają to „idiotyzmem i głupotą”, oskarżają matkę o zakłócanie snu dziecka i o traktowanie dziecka jak lalki. Drudzy zachwycają się pomysłowością Laury Izumigawej, która swoją córeczkę zabiera w najpiękniejszą podróż wyobraźni, a zdjęcia nazywają „słodką pamiątką”. Wizerunek dziecka z Internecie Ja jak zwykle nie mogę odnaleźć się w żadnej z tych opcji. Może jestem uniewrażliwiona na internetowe rewelacje, którymi żyje się tydzień i przechodzą one do przeszłości. Nie zachwycają mnie zdjęcia małej Joey, choć pomysłowość matki jest naprawdę godna podziwu. Może i się nudzi, jak sądzą niektórzy, a może ma parcie na szkło i marzy o kontraktach reklamowych dla swojej małej córki. Cóż, rodziców się nie wybiera. Z drugiej strony, nie uważam, żeby 4-miesięcznej Joey działa się jakaś krzywda. Są niemowlaki, których nie obudzi nawet kanonada w Sylwestra i widocznie do takich dziewczynka należy. Jedyne, o co się martwię, to czy za kilka lat, kiedy mama pokaże jej te zdjęcia, a koleżanki i koledzy zrobią sobie z tego ubaw, będzie wystarczająco silna, żeby wziąć to na klatę. Bo niestety, nic w Internecie nie ginie i jeśli ktoś myśli, że usunie stronę i zdjęcia zostaną wymazane, to się grubo myli. Prawda jest taka, że trzeba się naprawdę grubo zastanowić zanim wrzucisz coś do sieci. Pisząc to cofam się w pamięci do czasów, kiedy z zachwytem młodej matki, z oczami przesłoniętymi  miłością namiętnie wrzucałam do sieci zdjęcia swojej córeczki. Sami oglądaliście je pewnie nie raz. Oglądam je teraz z rozczuleniem, ale i z obawą, czy na pewno dobrze zrobiłam? Bo jeśli znajdzie się wariat, który będzie chciał wiedzę o moim dziecku wykorzystać? Bo jeśli ono po latach z kolei stwierdzi, że pomysł matki na dzielenie się skrawkami naszego wspólnego życia był do bani? Dlatego od pewnego czasu zastanawiam się nie dwa, ale sto razy, zanim podzielę się z wami jakimkolwiek zdjęciem swojego dziecka. Bo podczas gdy wszystkie niemowlaki do pewnego momentu wyglądają tak samo, to już kilkulatki są nie do podrobienia i nie można wmawiać spotkanym na ulicy, że my to jednak nie my ☺ (próbowałam…). W Internecie naprawdę można znaleźć wszystko. Zdjęcia małej Joey czy mojej córki to naprawdę tylko sam czubek piramidy. Jej podstawę stanowią jednak durne zdjęcia maluchów niekompletnie ubranych, czasem nawet nagich; umorusanych od stóp do głów czekoladą albo czymś, co ją przypomina (mam nadzieję, że to jednak czekolada…); uformowanych w małe lolitki; umalowanych jak 30-letnia kurtyzana (tak, wszystko to znalazłam, gdy wpisałam frazę „Głupie zdjęcia dzieci”…). Ja wierzę, że matki wstawiają te zdjęcia z miłości, a nie dlatego, że mam ochotę pośmiać się z własnego dziecka. Sama wiem, że szczęście z narodzin dziecka jest tak wielkie, że te kilka osób rodziny i przyjaciół to za mało – chcesz przecież wrzeszczeć i krzyczeć z radości, a nie tylko szeptać! Ale osobiście zastanawiam się czasem, czy jedno wstawione przeze mnie zdjęcie nie narobi więcej złego niż dobrego – i bardzo często wycofuję się w ostatniej chwili i postanawiam nie dzielić się pięknym ujęciem, na którym moje dziecko jest w całej okazałości. Zdjęcie raz wrzucone do sieci, zaczyna żyć własnym życiem – słyszałam nawet o przypadkach samobójstw wśród dzieci, którym rówieśnicy nie dali żyć właśnie przez kompromitujące zdjęcia z dzieciństwa! Jak tego słucham, to mam ochotę skasować wszystkie zdjęcia, jakimi kiedykolwiek się w sieci podzieliłam…ale nie zrobię tego. Bo dziś niestety już nie jesteśmy anonimowi nawet jeśli tego chcemy.  Jesteś w necie czy chcesz czy nie chcesz – więc ja wybieram istnienie mojego dziecka, ale w zdrowej, refleksyjnej formie. Nie zobaczycie Lenki bez gaci czy w kostiumie  kąpielowym.  Zobaczycie człowieka, który pewnie i tak wkrótce ucieknie mi z Internetu do internatu, kończąc moją niewinną zabawę w fotografowanie swoim „No to na razie, mamo! Wracam po studiach!”. A mnie pozostaną tylko zdjęcia. Post Wizerunek dziecka w Internecie. Gdzie leżą granice dzielenia się szczęściem? pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Sierpień na zdjęciach

Lady Gugu

Sierpień na zdjęciach

Podjęłam 30 dniowe wyzwanie picia wody. Oto efekty!

Lady Gugu

Podjęłam 30 dniowe wyzwanie picia wody. Oto efekty!

Kuch, czyli proste ciasto drożdżowe z kruszonką

Lady Gugu

Kuch, czyli proste ciasto drożdżowe z kruszonką

Drewniana kuchnia dla dzieci Kidkraft

Lady Gugu

Drewniana kuchnia dla dzieci Kidkraft

10 rzeczy, których nie kupiłam (choć powinnam) przy pierwszym dziecku. KONKURS

Lady Gugu

10 rzeczy, których nie kupiłam (choć powinnam) przy pierwszym dziecku. KONKURS

Żurek według przepisu mojego męża. Najlepszy!

Lady Gugu

Żurek według przepisu mojego męża. Najlepszy!

Lady Gugu

5 rad, które chciałabym dać młodym matkom

Daleko mi do dawania rad, szczególnie, że nie jestem na razie szczęśliwą posiadaczką Karty Dużej Rodziny, i w sumie co ja tam wiem, o macierzyństwie, skoro mam tylko jedno dziecko (oczywiście sarkazm). Jednak wiem jedno: kiedy rodzi się dziecko, zostajesz z tysiącem złotych rad, z których większość możesz sobie wrzucić go kosza (najlepiej tego na pieluchy, bo pewnie za czyjąś radą go na cholerę kupiłaś). A zamiast tego powinnaś usłyszeć te pięć prostych zdań, które zwyczajnie pozwolą ci nie zwariować, gdy twoim światem właśnie wstrząsnął pewien 3-kilogramowy obżartuch: 5 rad, które chciałabym dać młodym matkom Dla ludzi ZAWSZE będziesz robić coś nie tak Tak, te wszystkie ciotki i babki złota rada… ja wiem, że mają za sobą zazwyczaj więcej niż jedno odchowane dziecko, przy czym w przypadku starszych pokoleń słowo „odchowane” jest właśnie kluczowe (a jeszcze lepsze byłoby „wyhodowane”…). Przypominam, że to nie my jesteśmy pokoleniem, które uważa klapsy za metodę wykochowawczą i wmawia wszystkim, że dzieci i ryby głosu nie mają. Nie twierdzę, że starsze pokolenia nie mają swoich rodzicielskich mądrości, ale dajmy każdemu dojść do swoich wniosków. Ludzie ZAWSZE znajdą coś nie tak w twoich metodach, a jeśli nie masz żadnych metod, to to też będzie powodem do wdeptania cię w ziemię! Jedyne, co możesz zrobić, to uzbroić się w mega twardą zbroję i uświadomić sobie, że niestety często inne matki, w których chciałabyś szukać pocieszenia, mogą stać się twoim największym wrogiem. Nie słuchaj, rób swoje, kieruj się intuicją i zasadą „Po pierwsze nie szkodzić”. Bo najważniejsze, żeby nikomu nie działa się krzywda – oczywiście przede wszystkim dziecku, ale także matce. W końcu szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Za każdym genialnym dzieckiem stoi matka, która zawsze twierdzi, że jest beznadziejna Niestety, dziecko nie rodzi się z instrukcją obsługi (a powinno, co to komu szkodzi…). Zanim dojdziesz do wprawy, czekają cię dziesiątki, jeśli nie setki niepowodzeń. W końcu trening czyni mistrzem, prawda? Dlatego nastaw się na to, że dziewięć razy zawiedziesz jako matka, ale ten dziesiąty raz będzie twoim sukcesem. I to właśnie tylko jego powinnaś wyryć sobie w pamięci (czy tam w deklu, jak kto woli…)! Nie liczy się, JAK doszłaś do wprawy, grunt, że w końcu po tygodniu/miesiącu/roku możesz nazwać się supermatką. A porażki… cóż, dla mnie to tylko powód do żartów. Czas tak szybko mija – nie marnuj go!  Jak pomyślę, ile czasu straciłam na zamartwianie się, zastanawianie, kombinowanie, jak sprawić, aby wyjazd był perfekcyjny/posiłek idealnie skomponowany/ubranko dopracowane… Tak naprawdę to efekt nie był warty świeczki, bo przecież wszystkie dzieci są piękne zarówno w brudnym od czekolady ubraniu jak i w sztywnej od krochmalu sukience. Mnie z kolei przy dziecku i tak nikt nie zauważał, więc niepotrzebnie marnowałam czas (który mogłam poświęcić na leżenie do góry tyłkiem) na odgruzowywanie swojego wyglądu czy domu przed każdą wizytą znajomych. Gdybym miała teraz te chwile tuż po porodzie, leżałabym na brzuchu i gapiła na to, jak dziecku rosną paznokcie. Bo żadne zdjęcia i filmy mi tego nie przywrócą. Dzieci rozwijają się skokowo – wszystko minie!  Gdy urodziła mi się córka, w ogóle nie wiedziałam, co to takiego skoki rozwojowe. Po prostu co kilka tygodni, później miesięcy, dziecko dostawało jakiegoś amoku i ni stąd ni zowąd zmieniało się o 180 stopni. Ja zdążyłam się przyzwyczaić do mojego słodkiego aniołka, a tu nagle z dnia na dzień zmieniał się on w rozwrzeszczanego trolla. Okazało się, że okresy te doskonale zbiegają się w czasie ze skokami rozwojowymi, którymi podlega w zasadzie każde dziecko bez wyjątku. W pierwszym roku jest ich mnóstwo, potem mniej, ale jeśli twoje maleństwo bez ostrzeżenia przeradza się w kosmitę, to może to być któryś ze skoków rozwojowych. Gdybym to wiedziała, to nie zamęczałabym się myślami, że może: zjadłam coś, co jej zaszkodziło/jest śmiertelnie chora/ktoś rzucił na nią urok… i tak w kółko. Nie jesteś na świecie sama – szukaj pomocy! Naiwność moja nie znała granic, gdy sądziłam, że sama podołam ze wszystkim. W końcu nasze babki, matki i ciotki świetnie radziły sobie z gromadką, o czym na każdym kroku nie omieszkały mi przypominać. Dlatego zamiast błagać o pomoc postanowiłam też sobie radzić sama. Efekty były opłakane, bo pewnego dnia… cóż, po prostu nie dałam rady. Gdyby nie pomoc, pewnie skończyłabym z depresją poporodową, bo właśnie takie „twardzielki” jak ja, te, które sądzą, że są jak bogini Shiva, zawodzą najczęściej. Dlatego jeśli miałabym taką możliwość, rozdzieliłabym zadania między całą rodzinę i znajomych (a przynajmniej tych, którzy nie działali mi na nerwy swoimi radami…), otoczyła opiekunkami, doradcami laktacyjnymi, położnymi i gosposiami chociaż na te kilka pierwszych miesięcy. To nie znaczy, że byłabym do dupy – przeciwnie: robiłabym wszystko, aby skupić się na byciu matką, a nie na ogarnianiu wszechświata. Bo jeśli nie możesz cieszyć się macierzyństwem tuż po urodzeniu dziecka i tylko myślisz o tym, jak przeżyć, to uwierz mi: szybko będziesz miała go dość. Post 5 rad, które chciałabym dać młodym matkom pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Tatrzańska Łomnica latem – spontaniczny wypad, a jaki udany

Lady Gugu

Tatrzańska Łomnica latem – spontaniczny wypad, a jaki udany

Lady Gugu

Gdzie leży granica, czyli kiedy powiedzieć komuś, że chu…o wychowuje dziecko?

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nieczęsto zdarza mi się zwracać im uwagę na poważnie, że są beznadziejnymi rodzicami (na żarty to co innego). Oczywiście uważam się za perfekcyjną matkę… i pewnie tak samo myślą o sobie wszyscy inni rodzice świata. A tak naprawdę, to faktycznie, jesteśmy wszyscy perfekcyjni – w udawaniu właśnie! W KAŻDYM znajdę coś, do czego mogłabym się doczepić. Ale nie przypominam sobie, żebym kogoś zdzieliła w głowę i powiedziała: „Więcej tego nie rób!”. A wierzcie mi: ręka czasem świerzbi, na  końcu języka mam wiązankę i żeby nie wypuścić jej z ust, mocno zaciskam zęby. I dobrze… … bo od niedawna wiem, że ta kobieta spotkana na targu tak naprawdę kocha nad życie to swoje dziecko, mimo, że już cztery razy goniła je po całym placu i zawracała od wejścia. Zatem kobieto z targu: wiem to, bo w końcu sobie z tobą pogadałam i wytłumaczyłaś mi, dlaczego tego dnia wydarłaś się na swojego jedynaka tak, że aż musiałam zareagować. Fakt, zrobiłam to po chamsku, prostacko i dobitnie, bo moja reakcja była intuicyjna. W końcu mogłam być z siebie dumna,  ale tylko przez 3 minuty, bo tyle trwało twoje wyznanie, że: zamiast męża masz chorą matkę i naprawdę musisz zabierać go na ten targ, bo matka to już nawet nie wie, jak się nazywa. Moja duma z własnej reakcji uleciała jak powietrze z balonu, kiedy dotarło do mnie, że niepotrzebnie się wtrąciłam, ale cieszę się, że opanowałam nieco agresję, bo ona nic innego poza agresją nie rodzi. I cieszę się, że ty zareagowałaś spokojniej, choć mogłaś powiedzieć: „To moje dziecko, robię co chcę!”.  Zamiast tego usłyszałam twoją historię, co tylko dowodzi, że jednak nie jesteś tak beznadziejną matką jak mi chciałaś udowodnić przez te 3 minuty. Bo gdzie leży granica wtrącania się? Wciskania nosa w nie swoje sprawy, wtryniania się tam, gdzie cię nie chcą? Sama nie znoszę, gdy ktoś krytykuje mnie za sposób wychowywania dziecka, niezależnie od tego, czy ma rację czy nie. Po prostu najeżam się automatycznie. I niewiele na szczęście mam też okazji, żeby wtrącić się w życie obcych. Parę lat temu, kiedy mieszkałam w mieście, wciąż obserwowałam sytuacje,  gdzie można by zareagować – i uciekałam. No ale wtedy nie byłam jeszcze matką… W filmie „Złaknieni” oglądam z kolei niespotykanie trudną sytuację: matka jest tak zafiksowana na punkcie zdrowego odżywiania i oczyszczania, że od 4. miesiąca nie podaje dziecku mleka, za to karmi owocami, warzywami i ziarenkami i po każdym posiłku podaje środek, po którym dziecko nie wchłania pokarmów. Do czego to wszystko doprowadzi, o tym napiszę wkrótce, ale zaraz przypomina mi się dramatyczna historia znachora spod Nowego Sącza, który doradza rodzicom karmienie niemowlęcia… rozcieńczonym mlekiem kozim i sporadyczne głodówki! Szkoda, że wtedy jednak nikt się nie wtrącił… Czy to już granice, w których można wcisnąć nos w nie swoje sprawy w imię hasła „Wszystkie dzieci nasze są”? Jeśli tak, to jak to zrobić: profilaktycznie zgłosić władzom? Dać w ucho? Ostrożnie porozmawiać (bo może okaże się, że sprawa z daleka wygląda zupełnie inaczej, niż gdy przyjrzymy jej się z bliska)? A co, jeśli tej ostrożności wbrew przysłowiu jednak za wiele i tragedia się jednak wydarzy, bo zwlekaliśmy za długo?..  Wiem, że te przykłady to ekstremum, ale jeśli jesteście tymi, którzy zauważają błędy innych i reagują dopiero, gdy dziecku dzieje się faktyczna krzywda, to możemy podać sobie ręce. Bo to tak jak z wijącym się dzieckiem na podłodze supermarketu: ty czekasz, aż mu przejdzie i masz ochotę wszystkie te złote rady wepchnąć staruszkom z powrotem do gardła. Jednak nie znaczy to, że nie widzę błędów popełnianych przez innych rodziców:  dają dziecku za dużo słodyczy/puszczają wyjątkowo durne bajki/za późno kładą spać/karmią zupkami w proszku itd. itp. Widzę, a jednak nigdy nie powiem im, że źle robią, bo każdy ma prawo dojść sam do tego, że czasem bywa beznadziejnym rodzicem! Bo to też błędy decydują o tym, jak mądrym rodzicem się stajesz – może dojdziesz do tego szybciej, może wolniej, ale żadne kazania, dobre rady i wskazówki od teściowych nie nauczą nas rodzicielstwa lepiej niż własne błędy!  Dlatego drogi rodzicu: nawet nie wiesz, jak mi z tym ciężko i chyba pęknę niedługo od nadmiaru obserwacji, ale nie usłyszysz ode mnie, że robisz źle. Jeśli tylko nie sprawiasz dziecku bólu, nie maltretujesz go psychicznie, nie jesteś ojcem, który wchodzi z dwójką dzieci do morza mimo czerwonych flag i wraca z jednym (sprawa z ostatnich dni, a kiedy piszę te słowa właśnie słyszę, że wyłowiono jedno ciało…), to nie licz na to, że ode mnie dowiesz się, gdzie tkwi twój błąd. Chyba że mnie o to zapytasz – ale dlaczego ja, beznadziejna (czasem) matka miałabym dawać ci jakiekolwiek rady?.. Post Gdzie leży granica, czyli kiedy powiedzieć komuś, że chu…o wychowuje dziecko? pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Jak zrobić zakwas na chleb?

Lady Gugu

Jak zrobić zakwas na chleb?

Mój przepis na domowy chleb na zakwasie

Lady Gugu

Mój przepis na domowy chleb na zakwasie

Lady Gugu

Bajki dla dzieci, których nie powinny oglądać dzieci

Bajki dla dzieci... oglądałam, oglądam i będę oglądać. Jednak o dziwo stare kreskówki mają dzisiaj dla mnie zupełnie inny sens… Z kolei nowe propozycje najczęściej są tak męczące, że mam dość po 5 minutach. Moje dziecko jakoś nie… Zobaczcie, które bajki dla dzieci według mnie niekoniecznie nadają się dla dzieci. Dopiszcie swoje propozycje w komentarzu, żebym wiedziała, na co córce założyć blokadę rodzicielską… Bajki dla dzieci, których nie powinny oglądać dzieci „My Little Pony” – jedyna bajka dla dzieci, która doczekała się własnego fan clubu… złożonego z trzydziestoletnich męskich frustratów! Grupy Bronies szturmem wchodzą na salony, a kucyki Pony przyciągają podobno przed ekrany miliony osób w wieku 18+! Dla mnie najgorsze jest, że te kucyki nie dość, że są niesamowicie krzykliwe i napastliwe i w niczym nie przypominają tego, co oglądamy w stajniach, to jeszcze ich słownictwo jest tragiczne (zaciesz=obciach, „Przestań jojczeć, matołku”, „Czy nie sądzicie, że Appleshy jest jakaś… dziwna?  Śnięta? Wczorajsza?”). Co gorsze, kucyki Pony dają do zrozumienia, że magią da się wszystko załatwić. Przychodzi do mnie córka z dziwną prośbą, ja jej mówię że się nie da, bo to wbrew prawom fizyki, a ona: „To zrób trochę magii!”, i niestety nie żartuje. Kucyki rozwiązują problemy czarami, a ja martwię się, że moja córka też będzie myślała, że wszystko pochodzi z magicznej różdżki i spada z nieba. Odrobinę mądrzejsze (i głupsze niestety też) bajki znajdziecie na Netflix. Ogromnym plusem platformy jest możliwość zmiany języka. Nasza córka ogląda bajki tylko w języku angielskim i wszystko wskazuje na to, że czas spędzony na oglądaniu, nie jest czasem straconym: Angielski dla dzieci, czyli jak nauczyłam moją czterolatkę mówić po angielsku (nie wydając nawet złotówki). „Świnka Peppa” – we Włoszech nawoływano do bojkotu tej bajki, argumentując, że to jedno wielkie kłamstwo, bo życie świnek wcale nie jest takie różowe. Ja też nawołuję do bojkotu, choć z innych powodów. Nie dość, że tata Świnka jest – jak by to rzecz… no po prostu prostakiem, nie dość, że kreują model rodziny „matka przy garach, ojciec w pracy”, to jeszcze z ekrany co chwilę wyzywają się od „głuptasów” i pokazują, że małe dzieci (George!) to nic innego nie robią, tylko wyją. Głupkowato chichoczące po każdym słowie czy beknięciu, chrumkające tak, że się dom trzęsie (wiem wiem, śmieszne, ale jak twoje dziecko potem chrumka przez pół dnia i odpowiada chrumkaniem na najzwyklejsze pytanie, to naprawdę masz ochotę dać tej śwince…w ryjek). Peppa jest niezwykle uzależniająca, fenomen wprost, twórcy to wiedzą, bo sama bajka to tylko mała gałąź tego biznesu – chodzi przecież o to, żeby twoje dziecko żebrało codziennie o: kubek z Peppą, talerz z Peppą, zeszyt z Peppą, piórnik z Peppą i inne niezbędne do życia gadżety. Jak puścisz dziecku Peppę to masz jak w banku, że nagle w domu zaczniesz widzieć wszystko na różowo, a w portfelu zrobi się więcej miejsca ( to już taniej będzie dążyć uzależniania od  książek: Jak czytać dzieciom?) Reksio i Krecik – wiem wiem, narażę się tysiącom , bo w końcu pewnie połowa  z was tak jak ja wychowała się na tych bajkach. Do dziś nie wiem, jakim cudem nie wyrośliśmy na przestępców. Bo te „stare, dobre” bajki niby uczą, że biednym trzeba pomagać, ale nieraz spotkamy się w nich z akcją, w której ktoś komuś pierze tyłek, nabija guzy i ćwiczy ciosy (specjalizuje się w tym Reksio). Z kolei odcinek „Krecika” z porodem myszki, której mąż wyciska dzieci z brzucha do dziś mam w pamięci (chyba dlatego mam traumę porodową…). Niby wszystko  tych kreskówkach w imię pokoju i walki o sprawiedliwość, ale dziś idziemy raczej w stronę rozwiązywania problemów nie laniem tyłków (też widziałam w Reksiu), a słownie… tylko jak można było to pokazać w niemych kreskówkach?.. Wszystkie „Spidermany”, „Batmany” i inne „Supermany” – po pierwsze, nie rozumiem, jak można tworzyć animacje dla dzieci na podstawie komiksów, które zostały stworzone dla dorosłych?! Może i są to postaci ikoniczne, ale ilość przemocy, zła, brutalności, ciemności i mroku jest tu podana w ilości hurtowej. Nie przekonuje mnie, że dobro zwycięża – dla mnie nie liczy się efekt, ale sposób dotarcia do niego. A droga superbohaterów zawsze usłana jest trupami – i tego samego nauczy się nasze dziecko. „Teletubisie” – ja wiem, że dzieci lubią powtarzalność, kolory i proste historie. Bezpieczny świat, w którym nic się nie zmienia. Ale tym nudziarzom ze wzgórza, wśród których jeden z torebką (w której nie wiadomo co nosi, bo czego potrzebuje miś…) to już przesada. Ich dzień zwykle wygląda tak samo: słońce wstaje- jemy tubisiowy krem (który wygląda OHYDNIE)-słońce zachodzi. Potem dziecko wychodzi na ulicę i dostaje szoku, że prawdziwy świat jednak taki paskudny, a słońce oślepia i nie ma twarzy niemowlaka. Animacje z serii „Lego” – mój wzrok męczy się już po 30 sekundach oglądania. Naprawdę można dostać oczopląsu. Albo ataku padaczki. Samochody rozkładają się i składają w zabójczym tempie, a potem dziecko żąda, abyś tak samo szybko złożył mu zestaw, który posiada w domu. A tobie schodzi na tym 3 godziny. Super zabawa. Dziękuję ci, Lego. „Czarodziejka z Księżyca” i inne japońskie anime – dobra, wiem że też po szkole lecieliście z wywieszonym językiem, żeby o 15 obejrzeć na Polsacie, jak pięć nastolatek zmienia się w czarodziejki (i prawie widać im przy tym biust), a potem na Polonii 1 jak obleśny mały Gigi uzewnętrznia swój fetysz na punkcie białych majteczek („Gigi La Trottola”), ale dajcie spokój: nigdy nie pokazujcie tego dzieciom! Ukrytych treści erotycznych i ciemnej strony mocy jest zdecydowanie więcej niż dobra… Japońskie anime to chyba jedyne bajki na świecie, które kończą się często źle. „Tabaluga” – nie mam tu zarzutów co do treści, choć smok walczący z okrutnym pingwinem o sardonicznym uśmiechu wykracza poza granice mojej tolerancji… Ale „Tabaluga” jest ohydnie brzydki, animacja fatalna, a nachalna piosenka tytułowa – jak ją raz usłyszysz – chodzi za tobą przez tydzień. Naprawdę są ładniejsze propozycje kreskówek, w którym tematem jest walka ze złem. „Scooby Doo” – nie wiem, po co dzieciom bajka, przy której muszą się bać. Nie sądzę, że którekolwiek z nich zapamięta, że potwór jednak na końcu okazał się człowiekiem (co w sumie jest pedagogiczne). Mnie Scooby przerażał w dzieciństwie i niby dzieci są dziś inne, ale akurat ich strach chyba taki sam. Dziś też widzę, że sam ten pies i jego przyjaciel Shaggy to totalne głupole, których życie polega na szukaniu miejsca na drzemkę i czegoś do przegryzienia. Do tego ten nierówny, miłosny trójkąt z przystojniakiem, pięknością i brzydulą, a wszyscy jeżdżą w mocno psychodelicznym samochodzie i hołdują szalonym latom 70-tym… Jakoś dziwnie mi to pachnie. Tom&Jerry – z trudem piszę te słowa, bo sama uwielbiam. Ale jak moje dziecko walnęło mnie łyżką w głowę i czekało, aż zmienię się w mysz, zastanowiłam się, co ja jej puściłam na tym tablecie. Szybko do mnie dotarło, że dzieci łatwo utożsamiają się z tą poczciwą myszką, która non stop bije kota w co popadnie i czym popadnie. Postanowiłam nie być ofiarą i nie puszczam jej „Toma&Jerry” (sama oglądam w samotności). Wszystkie bajki na ekranie kończą się dobrze, a ja nie spotkałam się jeszcze w telewizji z taką, która uczy, jak znosić porażki i smutki. Jedno jest pewne – W KAŻDEJ bajce, jak bardzo pogrzebiesz, doszukasz się podtekstów erotycznych, przemocy czy niepoprawności politycznej (do dziś np. nie wiem, o co Tuwimowi z tym Murzynkiem Bambo chodziło…). Rada? Wywal telewizor. Siadaj z dzieckiem przy komputerze. Wybieraj, kontroluj, selekcjonuj. A jak dziecko uprze ci się na Peppę, powiedz, że pojechała na wycieczkę. Do rzeźni… Post Bajki dla dzieci, których nie powinny oglądać dzieci pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Prezent dla męża na rocznicę ślubu

Lady Gugu

Prezent dla męża na rocznicę ślubu

Atrakcje dla dzieci. Labirynt w polu kukurydzy w Swarzewie k. Władysławowa

Lady Gugu

Atrakcje dla dzieci. Labirynt w polu kukurydzy w Swarzewie k. Władysławowa

Nasze wakacje nad morzem

Lady Gugu

Nasze wakacje nad morzem

Lady Gugu

Telemedycyna – konsultacja z lekarzem przez telefon lub czat już dostępna

Po pewnym pobycie w szpitalu, dostałam kiedyś lekkiej fobii szpitalnej. Na samą myśl o nim oblewały mnie zimne poty. Zbudowałam sobie wtedy w głowie futurystyczny świat, w którym chory nie musi wychodzić z domu, bo wszystkie choroby będzie można leczyć online. Niestety, aż tak daleko świat nie poszedł do przodu, ale okazuje się, że moja wizja sprzed lat była bliska tego, co oferuje nam dziś telemedycyna. Jeśli też nie mieliście pojęcia, że coś takiego istnieje, posłuchajcie. Telemedycyna – konsultacja z lekarzem przez telefon Wyobraźcie sobie chorego, np. na serce. Staruszkę, która pamięta jeszcze czasy II Wojny  Światowej i każde wyjście z domu jest dla niej wycieczką na Rysy. A wychodzić musi praktycznie codziennie, bo serce, które przeżyło powstanie, wymaga codziennego monitoringu ( z pomocą przychodzi np. Telemedycyna Polska, która specjalizuje się w usługach telekardiologicznych). Takich ludzi – z tego, co obserwuję w przychodni – jest sporo: są na tyle sprawni, że opieka domowa im się nie należy i na tyle chorzy, że w gabinecie lekarza czy pielęgniarki są codziennie. I właśnie im z pomocą przychodzi wynalazek, którym już w latach 50-tych posługiwali się lekarze do badania funkcji życiowych kosmonautów, którzy z tych swoich rakiet nie bardzo mogli wyskakiwać co jakiś czas na badania. Ich, podobnie jak dziś ludzi korzystających z dobrodziejstw telemedycyny, diagnozuje się na odległość: przez telefon i Internet. Dla przykładu: telemedycyna w Medicover, to możliwość skorzystania z  konsultacji z lekarzem przez telefon, czat lub wideokonferencje. Najwięcej korzyści z takich usług czerpią na pewno osoby przewlekle chore, np. właśnie na serce czy cukrzycę, a już z pewnością docenią tę usługę osoby, które lubią się leczyć u Dr Google. Mając dostęp do platformy, na której zawsze dyżuruje lekarz, mogą automatycznie skonsultować swoje objawy. Co więcej, oferuje im się możliwość posiadania w domu urządzeń, coś jakby domowego EKG, które chory przykłada sobie w odpowiednie miejsca, a lekarz odczytuje wynik natychmiastowo. Podobnie działają platformy dla cukrzyków. Oczywiście usługi takie są (jeszcze) płatne – wysokość opłat jest różna i zaczyna się od 100 zł miesięcznie. Do tego należy dodać koszt urządzenia i jednorazowych przyssawek (ok 350-1200 zł). Dla jednego to dużo, dla innego mało, ale koszt świętego spokoju dla niektórych jest bezcenny. Tylko właśnie… czy to daje jednak spokój? Oczywiście chorzy otrzymują natychmiastową pomoc (mimo iż lekarze nie mają jeszcze możilwości wystawienia pacjentowi e recepty), jeśli jest taka potrzeba, to wzywana jest karetka, ale czy to zastąpi osobisty kontakt z lekarzem, który potrafi zrugać od góry do dołu i natychmiast wysłać do szpitala albo przeciwnie: uspokoić i nazwać hipochondrykiem? Poza tym zalety telemedycyny są ogromne, ale czy osoba w podeszłym wieku, schorowana i zestresowana swoimi dolegliwościami, będzie umiała posłużyć się sprzętem we właściwy sposób, nie mówiąc już o tym, że komputer to jednak zagadka czasem nawet dla młodszych. Bywa zawodny, sieć nagle przestaje działać, więc suma sumarum taka osoba i tak musi wyjść z domu. Nie wiem też, czy osoby, które są już przyzwyczajone do codziennych wizyt w przychodni są w stanie z nich zrezygnować. Nie oszukujmy się: dla niektórych to jedyna możliwość, żeby pogadać z ludźmi, nawet o chorobach, dolegliwościach. Telemedycyna jednak pozbawia ich tej wątpliwej bo wątpliwej, ale jednak rozrywki… Telemedycyna oferuje nie tylko usługi dla cukrzyków i „sercowców”. Słyszałam, że cenią ją sobie też osoby korzystające z rehabilitacji, których fizjoterapeuta konsultuje i instruuje za pomocą wideokonferencji. Jednak sama wiem, jak ważne jest dokładne wykonywanie ćwiczeń – wątpię, czy klawiatura i monitor są w stanie zastąpić instruktora. Telemedycyna jest już dostęona m.in dla pacjentów Medicover, Comarch czy Telemedycyna Polska. Niestety: nie ufamy lekarzom, pielęgniarek nie lubimy za strajki, szpitali za ohydne jedzenie. Nic dziwnego, że szukamy sposobów, żeby uniknąć kontaktu z nimi. Telemedycyna ze swoimi platformami internetowymi, poradami online i innymi szerokimi możliwościami jest w stanie jednak zastąpić ich fachowość, której nie można im odmówić. Jest także świetnym wyborem dla tych, którzy podróżują i często wyjeżdżają, a mają dolegliwości, które można skonsultować telefonicznie czy za pomocą wideochata bez opukiwań przez lekarza. Nie muszą wtedy na gwałt szukać dyżuru lekarskiego, aby zapytać tylko o pewien drobiazg. Z drugiej strony, telemedycynę reklamuje się tym, że przestają istnieć bariery geograficzne, bo miejsce pobytu przestaje być problemem, ale sama znam miejsca, w których nadal nie ma jednak Internetu. Telemedycyna to świetny kanał jako coś w rodzaju parasola bezpieczeństwa, ale jeśli miałabym całkowicie jej zaufać, to chyba nie, dziękuję. Boję się też, że niedługo ludzie w ogóle przestaną wychodzić z domu, no chyba że po to, aby łowić Pokemon ☺ Będą zdrowi, najedzeni i pięknie ubrani, ale nieszczęśliwi, bo jak dla mnie tylko kontakt z człowiekiem daje radość. Post Telemedycyna – konsultacja z lekarzem przez telefon lub czat już dostępna pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Okrągły ręcznik w stylu boho. KONKURS

Lady Gugu

Okrągły ręcznik w stylu boho. KONKURS

Wakacje nad morzem. Kuźnica – moje ulubione miejsce na Helu

Lady Gugu

Wakacje nad morzem. Kuźnica – moje ulubione miejsce na Helu

Lady Gugu

Tłuszcze – zarówno dobra oliwa jak i 3-tygodniowa frytura ze smażalni trafiają prosto do serca.

Kiedy słyszymy słowo „tłuszcz”, od razu zapala nam się czerwona lampka. Z jednej strony słusznie, bo nadmiar komórek tłuszczowych, który najczęściej objawia się nadwagą i otyłością, wpływa na organizm negatywnie. Ostatnio naukowcy odkryli coś, czego nie wiedzieliśmy dotychczas. Mianowicie tłuszcz nie tylko upośledza działanie narządów, ale również… niszczy mózg! Pod wpływem komórek tłuszczowych,  mikroglej (który jest czymś w rodzaju mózgowego odkurzacza – zjada niepotrzebne substancje i martwe komórki), z dobrego wujka zmienia się w złego. Tłuszcz sprawia, że zamiast wędrować w poszukiwaniu pokarmu, mikroglej pozostaje w bezruchu, zjadając wszystko, co w jego zasięgu, także te niezbędne połączenia czyli synapsy. Przez to mózg – mówiąc obrazowo – nie tylko jest coraz bardziej „zaśmiecony”, ale zanikają w nim połączenia komórkowe. Dodatkowo taki „objedzony” tłuszczem mikroglej nie jest w stanie zjadać infekcji, przez co nasz mózg popada w stan zapalny! Dlatego wystarczy zaledwie trzy miesiące wysokotłuszczowej diety (cały czas mowa o „złych” tłuszczach, o których za chwilę), żeby poczuć jej skutki w postaci: opóźnionych reakcji, słabszego kojarzenia faktów, problemów z pamięcią. Tłuszcz jest jednak niezbędny do życia Czy trzeba zatem odstawić tłuszcz? Nic bardziej błędnego! Tłuszcz jest niezbędny do syntezy ważnych witamin w organizmie: A, D, E, K, które są rozpuszczalne tylko w tłuszczach. Tłuszcz ponadto „otula” każdą naszą komórkę, tak, jak owijamy na zimę krzewy, a to właśnie te osłonki sprawiają, że możemy szybko myśleć. Zatem co ciekawe, nie tylko otyli, ale również niedożywione anorektyczki mają problem z kojarzeniem faktów – sprawiają wrażenie nieobecnych, bo ich impulsy nerwowe po prostu nie są przekazywane, jak trzeba. Które tłuszcze są dobre, a które złe? Najgorsze są kwasy tłuszczowe trans (tłuszcze trans). Naukowcy są co do nich w 100% zgodni: zaburzają pracę serca, podnoszą poziom złego cholesterolu, powodują miażdżycę, zawał czy udar mózgu. Znajdziemy je w chipsach, chrupkach (im bardziej chrupiące tym tłuszczów trans jest więcej), słonych przekąskach (tak, paluszki też!), ale także w słodkich kremówkach i ciastach ze sklepu. Źródłem tłuszczy trans są też utwardzone margaryny, więc jeśli z jakichś powodów wolicie je od masła (choć chyba tylko przez niższą cenę, bo ich smak pozostawia wiele do życzenia), to szukajcie tych najmniej twardych. Nie można zapomnieć też o fastfoodach i fryturą na czele, które są wprost kopalnią tłuszczów trans. Najlepsze są nienasycone kwasy tłuszczowe i to właśnie takie tłuszcze muszą dominować w naszej diecie. Pomagają bowiem obniżyć poziom złego cholesterolu w organizmie. Jeśli chcemy więc to zrobić, nie należy unikać tłuszczu, ale zwiększyć ilość zjadanych dobrych tłuszczów, np. orzechów, awokado, a przede wszystkim oliwy z oliwek (dlaczego tylko tej tłoczonej na zimno, przeczytacie tutaj: Olej kokosowy – tłuszcz najzdrowszy do smażenia). Nienasycone kwasy tłuszczowe przyczyniają się do produkcji prostaglandyn, które są potrzebne mięśniom i komórkom. Pomiędzy nimi znajdują się jeszcze nasycone kwasy tłuszczowe, co do których naukowcy wciąż się spierają: jeść czy nie jeść? Ostatnio  zaczyna przeważać teza, że to nie różnica pomiędzy nasyconym a nienasyconym tłuszczem jest istotna, ale problemem stanowi ogólnie zbyt duża ilość spożywanego tłuszczu. Obecnie mówi się, że wystarczy 20-25% tłuszczu dziennie, podczas gdy dawniej spożywano go co najmniej 40%. Opisany powyżej eksperyment z mikroglejem odbywał się właśnie z udziałem tłuszczów nasyconych, więc ich działanie na mózg jest negatywne. Jeśli wolisz więc unikać nasyconych kwasów tłuszczowych, to znajdziesz je w: wołowinie, jagnięcinie, wieprzowinie, smalcu, maśle, śmietanie, pełnotłustym mleku, serach żółtych o dużej zawartości tłuszczu, oleju kokosowym czy maśle kakaowym. Jednak tłuszcze nasycone nie są jednoznacznie złe, bo nie dość, że mają składnik antybakteryjny, to jeszcze składają się również z pozytywnie wpływających na organizm jednonienasyconych kwasów tłuszczowych; najlepiej zastosować więc przy nich zasadę MŻ – czyli mniej żreć. Dlaczego to bardzo ważne, żeby zjadać dobre tłuszcze? Specyfika trawienia tłuszczu jest zupełnie inna niż pozostałych substancji odżywczych. Trawieniem tłuszczu zajmuje się bowiem zupełnie inny przewód, niż jelita, bo wiadomo, co się dzieje, gdy cząsteczki tłuszczu wrzucimy do wody (jelita są jej pełne). Gdyby wrzucić ten tłuszcz do naczynek krwionośnych w kosmkach jelitowych, zatkałby wszystko błyskawicznie, podobnie jak nasze żyły. Dlatego do trawienia służy przewód zwany piersiowym (choć znajduje się w okolicach jelit), który przesyła jego cząsteczki do serca. Omija więc wątrobę, która potencjalnie mogłaby oczyścić „zły” tłuszcz. Zatem podsumowując: zarówno dobra oliwa jak i 3-tygodniowa frytura ze smażalni w Mielnie trafiają prosto do serca.  Jeśli się odchudzacie, to nie unikajcie tłuszczów. Istnieją badania, które potwierdzają, że dieta wysokotłuszczowa pomaga w trakcie treningu…walczyć z tkanką tłuszczową. A to dlatego, że w trakcie wysiłku biały tłuszcz (w skrócie nazwijmy go złym) w naszym organizmie zamienia się w brunatny, który ma właściwości pomagające spalać kalorie. Czy zatem należy się najeść smalcu i pójść pobiegać? Nie! To tylko dowód na to, że mocno otyli muszą się ruszać i obietnica, że jeśli to zrobią, będą mieli lepsze efekty niż osoby z lekką nadwagą. Tłuszcze wpływają nie tylko na nasz układ sercowo-naczyniowy. Niektóre z nich potrafią… leczyć ból. Przykładowo oleje roślinne (np. rzepakowy, lniany) zawierają kwas linolenowy, który działa przeciwzapalnie. Oczywiście, nie możemy zastąpić nim ibuprofenu, bo stężenie tego kwasu jest niewielkie, ale udowodniono, że regularne stosowanie łagodzi stany zapalne, bóle miesiączkowe czy migreny. Z kolei produkty zwierzęce (jajka, mięso, mleko) są źródłem kwasu arachidonowego, który wpływa na produkcję przekaźników w naszym organizmie, które nasilają ból. Z tych powodów osobom cierpiących na migreny odradza się jedzenie chociażby żółtego sera.  Horacy mówił o „złotym środku”, ale chyba nie wiedział, że to powiedzenie trzeba też zastosować do tłuszczów. Niestety, tłuszcze nie są bowiem „czarno-białe”, bo większość ma nie tylko zalety, ale i wady. Naukowcy są zgodni tylko co do dwóch rzeczy: najgorszym wyborem są tłuszcze trans oraz że nie należy przesadzać ani ze złymi ani z dobrymi tłuszczami. Post Tłuszcze – zarówno dobra oliwa jak i 3-tygodniowa frytura ze smażalni trafiają prosto do serca. pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Pokój dla dziewczynki

Lady Gugu

Pokój dla dziewczynki

Lady Gugu

Nie strasz, nie strasz, bo się…

Wiadomo, rodzic też człowiek, a ludzie różnią się między sobą wieloma sprawami. Jednak jak wiecie, usilnie staram się znaleźć potwierdzenie teorii, że wszyscy rodzice jednak są tacy sami. Badałam już matki z placów zabaw, ale tym razem przysłuchałam się, jak przywołujemy do porządku dzieciaki, które znajdują sens życia w wiszeniu głową w dół z trzepaka czy we włażeniu zjeżdżalnią pod prąd. Sprawdź, jak upominasz swoje dziecko i czy pasujesz do którejś grupy… a do którejś pasujesz na pewno! Rodzice-grabarze Ich cechą charakterystyczną jest twierdzenie, że ich dziecko robi wszystko, aby ich wykończyć i wpędzić do grobu (ono oczywiście to robi, ale chyba nie celowo). Chyba nawet sądzą, że skoro samobójstwo jest grzechem śmiertelnym, to już lepiej zafundować sobie dziecko – ono zrobi to szybciej i skuteczniej. Dlatego w ich ustach wyjątkowo często słychać: „Ty mnie do grobu wpędzisz!”, „Zaraz się wykończę przez ciebie”, „Zaraz umrę, ja już siły nie mam”. Dziecko chyba tylko czeka, kiedy to się stanie… Rodzic-spacerowicz Najczęściej spotykany typ wśród rodziców-ławkowców, czyli tych, co jak tylko przekroczą progi placu zabaw, to klapią, zasiadają, zajmują najbliższą wyjścia ławkę. Bo chodzi o to, żeby jak najszybciej się ewakuować, prawda? Taki rodzic nie zamierza bez powodu opuszczać swojego stanowiska obserwatorskiego i jeśli chodzi tylko o to, że jego dziecko zabrało komuś zabawkę lub walnęło kolegę wiaderkiem, to udaje, że to nie jego pociecha. Gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo, usłyszymy wołanie z okolic ławki: „Zaraz się do ciebie przejdę”, „Mama już do ciebie idzie!” i  „Już do ciebie wstaję!”. Oczywiście nie zamierza spełnić gróźb, ale trzeba coś powiedzieć, kiedy inni rodzice patrzą. Rodzic-okulista Podobnie jak spacerowicz, który swoją nazwę wziął od wiecznego straszenia spacerem w stronę winowajcy, okulista traktuje wolną ławkę jak zdobycz i nie wypuści jej z żelaznego uścisku swoich ud tak łatwo. Nazwę wziął od tego, że ma sokoli wzrok (albo tak sądzi…), dlatego straszy z dystansu i naiwnie wierzy, że dziecko przejmie się „Co tam robisz? Ja wszystko widzę!” lub „Nie myśl, że tego nie widziałam!”. Rodzic-doktor  Od grabarza różni się szeroką znajomością części ciała i potencjalnych chorób (grabarza interesuje tylko ich smutny koniec). Zatem mamy tu „Matka zaraz dostanie zawału!”, „Czuję, że zaraz rozsadzi mi głowę!”, ”Ojciec już ledwo zipie!” „Jak będziesz się tak darł, to zaraz ogłuchnę!”. Ma także bardzo szeroki repertuar wymyślania kontuzji, jakich dozna dziecko, jeśli się nie uspokoi: „Nie kop pana, bo się spocisz”, „Złamiesz rękę i będą ci musieli ją obciąć” albo „Nie pij wody, bo w brzuchu wyrośnie ci żaba” to tylko najłagodniejsze z pomysłów rodzica-doktora. Rodzic-przewodnik turystyczny  Prawdziwy skarb dla dziecka. Ma energię, bo jego straszenie (jeśli się spełni), będzie wymagało od rodzica wysiłku, czyli ruszenia się z ławki i słynnego „pokazania”:  „Ja ci zaraz pokażę!” (pytanie tylko, co), „Jak się nie uspokoisz, to zobaczysz!” (ciekawe ile dzieci specjalnie się nie uspokaja, żeby zobaczyć). Problem tylko w tym, że nie ma planu B i gdyby doszło do konieczności zastosowania groźby, nie miałby taki rodzic co pokazać. Rodzic-straszak Wprawdzie każdy z powyższych typów straszy, ale rodzic-straszak zawsze jednak używa drugiego rodzica jako wyższej instancji. Mamy tu więc „Zobaczysz, jak ojciec przyjdzie, to…”, „Powiem matce, to zobaczysz…”. Co ciekawe, w innych sytuacjach drugi rodzic jest dla niego zawsze tym mniej kompetentnym, ale za to na karaniu to jednak zna się ta druga strona lepiej… Rodzic-pytajnik Najpopularniejszy typ, bo nie wiadomo czemu, ale większość rodziców myśli, że dzieci trzęsą przed pytaniami retorycznymi portkami. Wprawdzie „Uspokoisz się czy nie” jest niezmiernie groźne, ale 99,9% dzieci zawsze odpowie na to „Nie” i wtedy zostajesz sam ze swoim idiotycznym pytaniem. Inne stwierdzenia rodzica-pytajnika to: „Słyszysz, jak do ciebie mówię?!”, „Dlaczego mnie nie słuchasz?!” oraz startujące do konkursu na głupotę roku „Dlaczego jesteś taki niegrzeczny?”. Najczęściej te pytania to objaw bezsilności i dziecko, które jednak kocha, odpuszcza – nie dlatego, ze lubi być grzeczne, ale że robi mu się żal tego żałosnego, 30/40-letniego typa (lub 30/40-letniej baby), który powołał go na świat. Straszenie jest cudowne. Można spuścić trochę pary, czasem dziecko nawet się wzdrygnie, jak moje nie usłyszy, to może chociaż cudze… Dopóki nie prowadzi do niczego, jest zupełnie bezużyteczne. Nikt jeszcze nie dostał Nobla za rodzicielskie mądrości, ale chyba pora na mnie, bo właśnie opracowałam zależność: im więcej gadasz, tym twoje dziecko mniej słucha. Czyli: nie strasz, nie strasz, bo się zesrasz. Post Nie strasz, nie strasz, bo się… pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Lady Gugu

„Dziecko nie rodzi się bachorem, ono się nim staje”. Sprawdź, czy to nie twoja wina!

Wycie, plucie, drapanie, obrażanie, rzucanie jedzeniem, przeklinanie, bicie … Nie, to nie opis filmu „Egzorcysta” – to tylko część zachowań dziecięcych, których byłam świadkiem w ostatnich miesiącach. Wiadomo, większość z nas pomyśli: „Co za bachor! Jaki niegrzeczny!” i pójdzie dalej, dziękując w duchu, że jego dziecko takie nie jest. A ja tym dzieciom współczuję, bo oprócz nielicznych wyjątków w rodzaju Damiena z „Omena” dzieci nie rodzą się niegrzeczne. Osobiście uważam, że większość Denisów Rozrabiaków i Niesfornych Zuź to wina ich rodziców. Największy rodzicielski problem to kłopot z komunikacją.  Bo tacy rodzice w najlepszym przypadku słyszą swoje dzieci, ale ich wcale nie słuchają! Nie wiem jak wy, ale ja mam wrażenie, że dla niektórych rodziców nadal „dzieci i ryby głosu nie mają” i wszystko, co mówią ci mali ludzie nie ma dla nich żadnego sensu. Niektórzy nadal twierdzą, że dziecko do 1 roku życia jest bezmózgą amebą, bez prawa decydowania o swoich potrzebach. Tymczasem dziecko bez przerwy próbuje nam coś przekazać – problem tylko, że niektórzy nie chcą nauczyć się jego języka. Stąd w dziecku bunt, krzyk i próba zwrócenia na siebie uwagi – to po prostu zakamuflowana próba powiedzenia: „Ja tu jestem i próbuję ci coś powiedzieć!”. To smutne patrzeć, jak dziecko dwoi się i troi, a w końcu irytuje, bo nikt nie chce go wysłuchać… Spotkałam się też z chorą sytuacją, w której dziecko w rodzinie traktowało się jak partnera.  Dla wszystkich dzieci stawianie ich na równi z rodzicem to stanowczo za duże obciążenie. Będą udawać, że radzą sobie z problemami, którymi obarczają ich rodzice. Że chcą słuchać o kłopotach w pracy, o problemach z pieniędzmi i że doskonale nas rozumieją. Guzik prawda. Dziecko nie rozumie pojęć abstrakcyjnych, nie pojmuje znaczenia pieniędzy, nie wie, skąd się biorą, co to jest śmierć czy choroba. Boją się jednak nas zawieźć i udają bardziej dorosłych, niż są w rzeczywistości. Efekt? Tak wielka presja sprawia, że dziecko zaczyna odreagowywać w różny sposób, np. agresją. Większość dzieciaków jest też dziś przestymulowanych. Dla dziecka żłobek, przedszkole czy szkoła to naprawdę duże obciążenie. Mnóstwo wrażeń, dziesiątki ludzi, z którymi trzeba sobie ułożyć stosunki. Inne reguły niż w domu, czasem zmieniający się opiekunowie z zupełnie innymi oczekiwaniami… Koszmar! Dziecko naprawdę chciałoby czasem przyjść do domu i walnąć się na wyrko ☺ Tymczasem kocha nas do bólu i robi to, czego od niego oczekujemy: jeździ z nami po galeriach handlowych, odwiedza krewnych, wędruje od jednych zajęć do drugich, bierze udział w atrakcjach, na które tak naprawdę nie ma siły… To ogromne obciążenie dla układu nerwowego, który dopiero się kształtuje. Zmęczenie u dziecka to zawsze jedno: awantury, fochy, wrzaski i płacze. Dziecko nie potrzebuje ciągłych wrażeń i warto  zostawić je na weekend. Według niektórych krnąbrne, uparte dziecko to dziecko niegrzeczne. Jednak gdzieś przeczytałam, że nasze „JA”, rodzi się z naszego „NIE”. Rodziców może dziwić dziecięce „nie” i mogą traktować to jako nieposłuszeństwo, ale mówienie „nie” oznacza: „Mam inne potrzeby, marzenia i cele. Jestem odrębną istotą o odmiennej wrażliwości i właśnie odkryłem, że jestem inny niż wy!”. Jeśli nie akceptujesz w swoim dziecku człowieka i próbujesz nim manipulować, zwalczając jego „nie”, to masz jak w banku: za tydzień wyjdzie z niego zwyczajny bachor! Rodzice nie wiedzą też (i jeśli nie mają wykształcenia pedagogicznego trudno od nich tej wiedzy wymagać…), że rozwój dziecka przebiega skokowo, a jego nastroje zmieniają się dokładnie co pół roku jak sinusoida: raz źle, raz dobrze i niestety dalej tak samo. Większość rodziców nie wie, co wynika z norm specyficznych dla wieku i że wszystkie dzieci w tym samym wieku zachowują się podobnie. Niestety, rodzicem człowiek się nie rodzi – nim się staje. Warto się dokształcać i wcale nie musisz sięgać po „Psychologię” Zimbardo – na rynku jest mnóstwo specjalistycznej prasy, a w Internecie fachowych portali. Czasem niegrzeczne zachowanie wynika z prostych rzeczy. Może głodzisz albo przekarmiasz swoje dziecko? Oczywiście nie mówię tu o skrajnych przypadkach, ale głodne dziecko zawsze jest niegrzeczne! Spadki cukru we krwi powodują nadpobudliwość i drażliwość. Podobnie dzieje się wtedy, gdy dziecko zjada za dużo cukru  lub konserwantów w żywności – jeśli nie wiesz, co potrafią zrobić z twoim dzieckiem, koniecznie przeczytaj podlinkowane artykuły. I ostatnia rzecz: nie podoba ci się zachowanie swojego dziecka – spójrz na siebie. Może jesteś człowiekiem niespokojnym, nadpobudliwym i chaotycznym? Dziecko nie znosi zmian i pośpiechu. Lubi wiedzieć, co za chwilę się wydarzy i co go czeka. Czasem nawet atrakcje, które powodują w tobie radość (np. te koszmarne, wesołe miasteczka), w nim budzą strach i nerwowe reakcje. Poza tym dzieci są jak barometry – zawsze wyczuwają nasze ukryte emocje i współodczuwają, a także odwzorowują to, co widzą w domu. Jeśli chcesz mieć „grzeczne” dziecko, sam bądź „grzeczny”   Nie jestem żadną specjalistką od dzieci. Sama mam jedno, względnie grzeczne, ale dużo obserwuję i z wszystkimi tymi powyższymi przypadkami spotkałam się osobiście. Wydaje mi się jednak, że tak naprawdę nie ma z gruntu „niegrzecznych” dzieci – każde ich okropne zachowanie to próba. Jeśli więc nie chcesz, żeby twoje dziecko stało się bachorem, to naucz się z nim porozumiewać! Post „Dziecko nie rodzi się bachorem, ono się nim staje”. Sprawdź, czy to nie twoja wina! pojawił się poraz pierwszy w LadyGuGu.

Frytki z cukinii z piekarnika (w ziołach i parmezanie) + sos z jogurtu i pesto

Lady Gugu

Frytki z cukinii z piekarnika (w ziołach i parmezanie) + sos z jogurtu i pesto