Kolęda płynie z wysokości...

Boginie przy maszynie

Kolęda płynie z wysokości...

     W Święta złość zamiera. Ustępuje silniejszemu...     Dom pachnie piernikiem i schabem ze śliwką. I kompotem z suszu! Biały barszcz z grzybami dochodzi do smaku, a w misie z owocami pysznią się pomarańcze i czerwone winogrona.Światełka delikatnie migają na choince, a dom jest pełen wyczekiwania... Prezenty pakowane ukradkiem czekają w garażu, a pod poduszkami śpiących spokojnie dzieci kłębią się najpiękniejsze marzenia.To już jutro.Już jutro.Śmiechy, chichy, ochy i achy. Mąka w powietrzu i rozsypany cukier... wokół niezwykły rozgardiasz i podniecenie. Miłość dookoła. I radość niezwykła.     Gwiazdka jest. Dobrze jest. Pięknie!..Posłuchajcie najpiękniejszej kolędy, jaką kiedykolwiek słyszałam... taki prezent ode mnie dla Was <3I obejrzyjcie kilka kadrów z dzisiejszych naszych przygotowań :D Lekko nie jest.. Ale weselej też się nie da ;) (po aniołki lećcie do Filipowe Aniołowo - pomagajcie!) Wszystkiego Najpiękniejszego na Święta i Nowy Rok, kochani. Bądźmy szczęśliwi i spełnieni... cierpliwi i wyrozumiali... kochajmy się i wybaczajmy innym, gdy okażą słabość.I dziękujmy... tyle dobrego mamy... którego innym brakuje. Dachu nad głową. Kochającej mamy. Ciepłej zupy. Pomocnej dłoni... Życia.Nie zapomnijmy nigdy, że mamy tak dużo!.. CUDOWNYCH ŚWIĄT, KOCHANI!..NIECH ICH MAGIA BĘDZIE Z WAMI!..~ Boska Ekipa - zawsze dla Was!...

Mamo, a Ty? Co chciałabyś dostać od Świętego Mikołaja?

Boginie przy maszynie

Mamo, a Ty? Co chciałabyś dostać od Świętego Mikołaja?

Odzyskaj swoje wspomnienia... z PRINTU!

Boginie przy maszynie

Odzyskaj swoje wspomnienia... z PRINTU!

Podobni... jak bliźniacy?!

Boginie przy maszynie

Podobni... jak bliźniacy?!

BEATO! NIE POZWÓL NA TO! / #czarnyprotest

Boginie przy maszynie

BEATO! NIE POZWÓL NA TO! / #czarnyprotest

     Mamy dwudziesty pierwszy wiek, mamy iPhona 7, mamy telewizory z projektorami, ba! mamy internet. Najszersze okno na świat, pozwalające przemierzyć morze kilometrów w ułamku sekundy, by przekonać się, jak wygląda rzeczywistość - gdzieś indziej. I mamy obraz tego, do czego prowadzi totalitaryzm, władza jednostki, ba, mamy wiedzę na ten temat cokolwiek już dogłębną i bardzo bolesną, bo wciąż świeżą. Wiemy, do czego prowadzi narzucanie innym SIŁĄ swoich własnych przekonań. Jako naród niedawno cierpieliśmy jeszcze z powodu ignorancji i pychy.I dlatego pojąć nie mogę, jak, no JAK może dzisiaj temat dzisiejszego projektu o zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej w ogóle być przedmiotem dyskusji publicznej? Ba, nie tyle dyskusji, co debaty politycznej? Na tyle zaawansowanej, że zmusza kobiety i wspierających ich partnerów do wyjścia na ulice w czarnym proteście!? Jakim sposobem ta ustawa w ogóle jest dzisiaj w sejmie i ktoś się nad nią poważnie pochyla?!grafika z www.andrzejrysuje.pl     Nie będę pić piany po raz kolejny nad bezzasadnością tej ustawy. Zrobiły to wielokrotnie moje koleżanki, blogerki, a także celebrytki, które mają większy rozgłos w mediach, zrobiły to doskonale i wystarczająco dobrze. Wiemy już, jak skrajnie - po prostu - głupia jest ta ustawa, co w rzeczywistości dla nas wszystkich - nie tylko kobiet - oznacza. Brak opieki prenatalnej nad kobietą i dzieckiem, paraliżujący działania strach lekarzy - trudno się dziwić, skoro mogliby trafić do więzienia za rozwiązanie, na przykład, ciąży pozamacicznej, brak możliwości leczenia wad wrodzonych u dziecka jeszcze w ciąży, bo występuje ryzyko poronienia nawet przy zwykłej amniopunkcji...     Mam za to kilka pytań do pani premier Beaty Szydło, oraz wszystkich polityków i polityczek, którzy tę ustawę popierają. Do wszystkich księży, wszystkich was, posiadających siostry, bratanice, siostrzenice... albo córki.      Czy wiecie, że lekarze potępiają ten absurdalny pomysł i może się okazać, że ginekolog - położnik twojej córki, siostry, bratanicy przestanie przyjmować, bo większość z nich planuje zmienić specjalizację? Gdzie pójdzie szukać wsparcia i pomocy...?     Czy wyobrażasz sobie - zamiast bólu po stracie dziecka - czuć strach przed więzieniem, gdy z wyczekanych dwóch kresek na teście zrobi się przesiąknięta krwią podpaska, bo twoja córka, siostra, bratanica poroniła? Takie dramaty zdarzają się wielu kobietom, mnie także! Czy wiecie, że nawet 50% zapłodnionych jaj ulega samoistnemu poronieniu w pierwszych 6 tygodniach ciąży, a kolejne 15% do 12 tygodnia ciąży? Wiesz, co to dla wszystkich kobiet oznacza? Każdy cykl menstruacyjny naszego życia może być powodem do strachu. Czy naprawdę chcecie, byśmy z tego dramatu spowiadały się w prokuraturze? Wyobrażacie to sobie?- "Panie władzo, nie wiedziałam, że jestem w ciąży, ale dostałam okres trzy dni później, więc prawdopodobnie było to jednak poronienie samoistne."- " Trzy lata w zawieszeniu!"Albo i nie!     Czy wyobrażasz sobie, że twoją nastoletnią córkę, siostrę, bratanicę, itd. zgwałcił wiecznie pijany sąsiad? Dostanie on za gwałt pięć lat w zawieszeniu na trzy, bo często opalała się w bikini w ogrodzie, czym podkręcała go niesamowicie przez te wszystkie lata, gdy dojrzewała tuż za jego płotem?Czy wyobrażasz sobie, że ta dziewczyna ma 16 lat i głowę pełną marzeń, a w jej łonie rozwija się część tego psychicznie kalekiego, odrażającego potwora? A ona MUSI urodzić, dać się zgwałcić jeszcze wielokrotnie - przez lekarzy, pielęgniarki, chociaż wcale tego nie chciała i nie zrobiła nic, by na to zasłużyć, bo została ZMUSZONA, nie tylko do stosunku, ale i do urodzenia dziecka?Musi żyć z traumą - nie tylko gwałtu, ale albo oddania dziecka do adopcji i zastanawiania się do końca życia, co się z nim dzieje, albo odnajdywania rysów potwora, wciąż mieszkającego obok, w twarzy dziecka, które zdecyduje się wychować, rezygnując z własnych marzeń i pragnień?Nie mówię, że aborcja w tym wypadku jest najlepszym rozwiązaniem, bo to także jest trauma - ale to kobieta, w tym wypadku odarta z godności na samym początku, powinna dokonać wyboru, mieć wybór. Jej ciało zostało sprofanowane, jej dusza została zraniona i do końca życia taka pozostanie. Zakaz wyboru w tym momencie jest dla niej kolejnym gwałtem - na wolności. Jak spacyfikowane, zranione zwierzę w klatce zostaje zmuszona do przeżywania dramatu nie tylko dziewięć miesięcy, ale do końca życia.     Tylko wspomnę, bo tak mnie to przeraża, o dwunastolatkach wykorzystanych przez kolegów, braci, kuzynów, wujków, ojców... rozważcie we we własnym sumieniu problem wykorzystanej przez ojca dwunastolatki, która rok później rodzi mu dziecko, swoją.. siostrę, brata... i dalej kocha tego odrażającego ojca.A teraz wyobraź sobie, że ten pedofil idzie do więzienia, a ona nie ma kochającej matki, bądź matki nie ma w ogóle. Co się stanie z tą jedenastolatką, oraz jej dzieckiem... dziećmi? Kto się nimi zajmie? Może trafią do rodziny zastępczej, która może będzie wspaniała, a może... nie. A może brutalnie rozdzielą je, a może zajmie się nimi jakiś kuzyn, lub wujek...? Co powiesz tej dziewczynce i jej dziecku?     Zadam jeszcze pytanie o te wszystkie maleństwa, które od losu dostały w prezencie szereg wrodzonych wad. Aborcja wg prawa będzie karalna... ale porzucenie nie jest.     Kto z Was zajmie się tymi porzuconymi, chorymi maleństwami, które od dnia swoich urodzin nie zaznają ani miłości, ani czułości, ani nawet pełnej podstawowej opieki, bo pielęgniarki i lekarze są i będą coraz bardziej przepracowani? Czy w momencie, gdy na oddziale będzie kilkanaścioro chorych maleństw, dadzą radę całodobowo okazywać im należytą troskę? A może po prostu zostawicie je, by ten los, który raz był już dla nich tak okrutny, dokończył dzieła... i tak jak dzisiaj kobietom, tak zakleimy i im usta taśmą, by nie było słychać ich żałosnego płaczu? Z bólu, samotności, z niewysłowionego cierpienia, na które skazał ch najpierw los, a potem zaniechanie... Twoje. Twoje, pani premier Beato. Twoje, profesorze Chazanie. Twoje, polityku. Twoje, księże prałacie, który o kobiecej macicy nie powinien i nie wie nic. Dosłownie nic. A ośmiela się być Tym, w którego wierzy i którego przykazanie chce siłą wprowadzać. Siłą, nie miłością...I najważniejsze pytania...     Czy wiesz, że problem niechcianej ciąży nie kończy się przy porodzie? Co dalej z tymi dziećmi, których nie pokocha i o których nikt nie zadba?     Czy Ty sama pójdziesz do tych dzieci, pani premier Beato? Czy spojrzysz w oczy swojej zgwałconej córki i powiesz: MUSISZ urodzić, kochanie, "jakoś" to będzie? Może będzie podobne do nas... albo i nie?..     Czy Ty sam pomożesz, polityku, tej dwunastoletniej dziewczynce, która zamiast dziecka wolałaby dostać tableta z apką Simsów, w której chętnie zostałaby mamą?     Czy Ty sam utulisz, księże, czy zaadoptujesz, przygarniesz i będziesz wytrwale podawał posiłek przez sondę, ocierał łzy i zmianiał przez całe życie pampersy wiecznie cierpiącej, płaczącej kalece?     Co im dacie, pani premier Beato, panie prezesie...? Dobre słowo z dalekiej mównicy, tak jak tę dobrą zmianę...? A może... Twoja opieka nad tym dzieckiem skończy się przy porodzie?     Pani premier... Dzisiaj #CzarnyProtest. Dzisiaj Polska jest kobietą bardziej niż kiedykolwiek. To właśnie ten dzień, w którym możesz stanąć razem z nami w proteście przeciw skrajnemu ograniczeniu naszych praw - praw kobiet. Ograniczeniu, które w istocie podporządkuje kobiety mężczyznom, bo to oni odtąd będą mogli je zatrzymać w domu, zapładniając co rok. Gwałcąc. Decydując o ich losie - najpierw w domu, potem w pracy, potem w szpitalu, w sądzie, potem w kościele. Nakazując rodzić, a potem zostawiać samej sobie - z chorym dzieckiem lub chorą psychiką, bo na te chore istoty wszystkim regularnie brakuje i cierpliwości, i pieniędzy. Tak samo w szpitalu, jak i niestety w kościele...Czy nie wydaje Ci się to absurdalne? Jesteś kobietą! Bądź z nami dzisiaj. BEATO! NIE POZWÓL NA TO!!!~ P.

(po)REMONTowy zawrót głowy!.. czyli o dwóch takich, co uwielbiają porządki ;)

Boginie przy maszynie

(po)REMONTowy zawrót głowy!.. czyli o dwóch takich, co uwielbiają porządki ;)

     Wakacje skończyły się dwa tygodnie temu, a na boskim blogu nadal wakacyjne rozprężenie. Jeśli jednak myślicie, że nie mogąc zwlec się do codziennego reżimu i pisania do Was, leżę na plaży i dosmażam boczki, jesteście w wielkim błędzie. Tuż po powrocie z wakacji spotkały mnie bowiem takie rewolucje, że żołądkowe przy nich są zgoła królewskim luksusem... Otóż, kończy się u nas remont, który pozbawił mnie najmarniej dwóch lat życia, a przysporzył tyle zgryzot, ile nadziei na przepiękny koniec.     Ale po kolei, żeby nie było, że miód, orzeszki i lukrecja na wierzchu...     Nie wiem, ile razy powiedziałam to odkąd zostałam mamą Gucia i Leosia, ale... jakim (k..!) cudem moje tyciaki mają już dziewięć miesięcy!? Ile razy biadoliłam, że czas uległ zakrzywieniu i że moja doba trwa jakieś dwie godziny? Jakby tak nakręcić mnie ukrytą kamerą, i przewijać do przodu na podglądzie, wyglądałabym na tym filmie jak jakaś odurzona podejrzanymi substancjami, zakręcona kobieta z rozwianym włosem, niedokończonym strojem (zwykle do połowy jakoś się zgadza.. potem już gorzej. Od dnia zależy, o którą połowę zadbam bardziej), uwijająca się jak w ukropie pomiędzy kilkoma bohaterami, z których najwięcej uwagi zajmują jej dwa uczepione do nogi berbecie.     Sytuację moją pogarsza do potęgi entej kończący się remont domu. Niby-kończący się, bo przeciągający się w nieskończoność. Ciągle czegoś brakuje, ciągle nawalają fachowcy, anonsując się z dnia na dzień - rozpieprzając cały powstały wcześniej plan, albo częściej - co gorsza - nie anonsując się wcale... Długimi tygodniami. I weź bądź tu mądry i planuj...Remont, rozpoczęty w połowie lipca miał się skończyć dokładnie 30 sierpnia, a my ten okres bezdomności mieliśmy spędzić w istnym błogostanie, na wakacjach. Najpierw Kaszuby, potem Kujawy, się gra, się ma... potem miał starczyć jeden dzień na ogarnięcie się (o ja naiwna) - i już 1 września - zaczynała się szkoła. Co więcej - nowa szkoła, bliżej domu, czytaj: totalna rewolucja w naszym domowym ognisku i w psychice moich starszaków, do której to miałam ich na spokojnie przygotować, łagodnie wprowadzić w nową społeczność i nowe obowiązki.     Tia...     Jak zwykle wyszło jak zwykle - remont przeciągnął się dwa tygodnie, a może i przeciągnie się dłużej, tylko ja już straciłam cierpliwość. Kilka dni temu wprowadziłam się z dziećmi na stan totalnie nieogarnięty. Z tysiącem (bez mała!) toreb powakacyjnych, mieszczących dwumiesięczne własności, oraz z drugim tysiącem kartonów, toreb i siat, przez wakacje zalegających w nieruszanych pomieszczeniach, do których to w czerwcu spakowaliśmy swój marny doczesny dobytek, wprowadziliśmy się do naszej bezpiecznej przystani, zdradzającej, co prawda, elementy kunsztownego wykończenia, ale któremu do ukończenia całości połowy najmarniej brakuje. Ale gdybym miała czekać na cudowny finis, mogłabym w istocie sczeznąć ze zgryzoty, na wygnaniu u kochanej cioci, co nas do siebie przygarnęła we wrześniu bez zbędnych pytań. Dogłębne wyrazy wdzięczności i kosze kwiatów dla cioci! (Buziak jeszcze raz :* <3)     I tak moja pożałowania godna, ale wciąż jednak wakacyjna egzystencja zmieniła się w koszmarną alternatywną rzeczywistość. W tej chwili czuję się jak bohaterka jakiegoś programu typu "Szkoła przetrwania". Serio, myślę, że jestem cyborgiem, lepszym niż Bear Grylls. Ogarniam praktycznie wszystko. I to hurtem, naraz. Aktualnie wiem, że poradziłabym sobie bez maczety w każdej dżungli, na bezludnej wyspie zbudowałabym wioskę z samych dobrych chęci, a na pustyni odnalazła oazę, wiedziona tylko i wyłącznie matczynym instynktem.Nie mam słów, by opisać uczucia, które aktualnie mi towarzyszą: obłędnego deja-vu (kolejna torba!? Przecież to już rozpakowałam!), totalnego wyczerpania, za którym idzie mdląca pewność, że to jeszcze nie koniec męczarni, oraz euforii, gdy uda mi się odgruzować kolejne metry przestrzeni, aż do wkurzenia sięgającego zenitu, gdy odkrywam kolejny babol na nowej ścianie...Do nerwicy doprowadzają mnie ciągle mnożące się worki brudnych ciuchów (z dwóch miesięcy!), zalegające w kotłowni, do której nie da się już wejść; biurka synów moich, mieszczące prawdopodobnie wszystko potrzebne, by przetrwać w szkole przez najbliższe dziesięć lat, dziesiątki toreb z nie wiadomo czym, ale czymś nie do wyrzucenia, co trzeba teraz rozmieścić sensownie w nowo-aranżowanym domu, pełnym nowych skrytek i szuflad, którym najpierw trzeba nadać przeznaczenia, uwzględniając całą ergonomię,  logikę i logistykę.Zgon miałam na starcie, zobaczywszy tylko, z czym muszę się zmierzyć. Nie podejrzewałam najgorszego...     Dla Gucia i Leona tenże stan, zwany poremontowym bajzlem, wydaje się być rajem. Moje Tyciaki - już nie takie znowu tyciaki, ważące ok 9,5kg każdy, pełzają, raczkują, maszerują z krzesłami, wzdłuż mebli, ciągnąc za sobą wszystko, co napatoczy im się na drodze. Pieczołowicie badają organoleptycznie mikroskopijne śmietki, stwierdzając, że praktycznie wszystko wokół nadaje się do jedzenia. Memłają powyciągane z nie wiem jakich książek kartki, podarte gazety, którymi owijaliśmy w czerwcu talerze i kubki, z rozkoszą układają po swojemu naczynia w zmywarce, co chwilę testując podłogę na wytrzymałość, zrzucając z impetem a to talerz, a to kubek. Nabijają guzy, plącząc nogi w odmęty pustych toreb, a matkę, która uwalnia ich z pęt tychże śmieci okresowo raczą to uśmiechem, to wrzaskiem godnym goryla z Kongo. Z namiętnością godną Greya przełażą przez wszystkie barykady, czym doprowadzają-prawie-do-tragedii mniej więcej co 10 minut. Najprawdopodobniej osiwiałam już, tylko jeszcze tego nie zauważyłam, pokryta poremontowym pyłem... a one, mimo wszystko, wydają się być niezwykle zadowolone. Otóż, moi państwo, nie ma nudy, więc wiedz, że coś się dzieje! Dlatego spać nie warto, a jak już, to jeden musi czuwać, coby niczego nie przegapić. Śpią zatem na zmianę, ząbkując do tego i śliniąc, i ślimacząc wszystko, co się nawinie...     I mogłabym tak dalej nawijać, płakać, marudzić i stękać nad swoim losem, ale jedno wam powiem: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. W nie wiem jak zabałaganionym, nie wiem jak niedokończonym, nie wiem jak pełnym strasznych kątów, z których wyzierają rzeczy do ogarnięcia przez carycę matkę, czyli mnie, to jednak zajebiście, ale to zajebiście kocham ten nasz dom!Mimo całego zmęczenia, utyskiwania, wypłakiwania się sobie w rękaw... mimo stanów skrajnie depresyjnych, gdzie już nic mi się nie podoba, syf wszędzie, coraz to nowy, i najlepiej to w ogóle umrzeć, niech inni się męczą... i gdy już nocą mąż bez powodzenia próbuje wydobyć ze mnie coś więcej, niż rozdarte, miotające się w oszołomieniu po domu zwierzę, po raz dziesiąty szukającej ładowarki do telefonu, bo jeszcze nie znalazłam na nią dobrego miejsca, przez co ciągle się gubi... Kobiety krzyczącej "A po co mi to wszystko było!", oraz "Nigdy więcej nie pójdę na zakupy. Mamy za dużo rzeczy!".Mimo to... powiem wam coś. Jestem skrajnie, ale to skrajnie szczęśliwa, a już niebawem nasz dom, NASZ DOM, będzie najpiękniejszym miejscem na ziemi. Na razie musicie mi uwierzyć na słowo, ale to, co ukazuje się moim oczom, po odgruzowaniu, nadaje się po prostu do wielbienia. To nasze miejsce. Czuję to.Miałam pokazać Wam na początku września nowe wnętrza i olśnić was tak samo, jak sama byłabym olśniona, a tymczasem jedyne, co mogę Wam pokazać, to rozmyte skrawki aktualnej wojny domowej... ale popatrzcie, z czym mierzę się od kilku dni ;) tak na dowód, że nie ściemniam ;)Foty z komórki, szału nie ma, ale ładowarki do aparatu jeszcze się nie dokopałam ;)Człowiek bez bramki dla pełzającego towarzystwa musi sobie jakoś radzić... stary i spisany na straty z racji wielu uszczerbków zyskał nową rolę - stoi na straży bezpieczeństwa moich pasikoników ;)O, to, to.. pierwsze koty za płoty, potem było coraz gorzej... Wierny towarzysz podróży ;)I poranna ja - jeszcze pełna nadziei ;)A kuku!Pasja czytelnicza u nas kwitnie, u wszystkich domowników. Młodzi nie mogą być zatem ignorantami ;)OK, wierzycie mi już? Wybaczycie tę długą ciszę? :DTylko powiedzcie mi: czy tylko mnie tak wykańczają remonty?! Czy tylko ja mam wrażenie, że on nigdy się nie skończy i tylko ja modlę się do stolarza, by wreszcie przyjechał domontować te cholerne walające się półeczki? Czy tylko ja waham się, czy samej nie przenieść jednak gniazdka z internetem z prawej strony ściany na lewą, bo się o elektryka nie idzie doprosić?! Poradźcie, jak sobie poradzić z tym całym kołowrotem i napełnijcie nadzieją, że to się w końcu uda... co? Bo chyba się uda? Co?...~ Pat

Projekt łóżko piętrowe do pokoju dziecięcego

Boginie przy maszynie

Projekt łóżko piętrowe do pokoju dziecięcego

Wraz z narodzinami Poli uświadomiłam sobie, że mimo że nasze mieszkanie nie należy do małych, to mieści zaledwie trzy pokoje i już długo się tu nie pomieścimy. Mieszkanie nabywaliśmy wcześnie, zanim w naszej głowie zakiełkowała jakakolwiek myśl związana z powiększeniem rodziny. Właściwie to nawet zaklinałam rzeczywistość i byłam zdania, że będziemy mieli w porywie szaleństwa dwójkę, o ile w ogóle i że przez jakiś czas spokojnie zmieszczą się na wspólnej przestrzeni. Jak widać, życie zweryfikowało te plany w błyskawicznym tempie. Mamy więc trójkę dzieci w wieku jeden, trzy i cztery lata i jeden pokój do zagospodarowania dla nich. Ktoś mógłby powiedzieć, że moglibyśmy oddać maluchom swoją sypialnię, ale sypialnia znajduje się na piętrze i nie byłoby to mądre rozwiązanie, biorąc pod uwagę stromość naszych schodów. Postanowiliśmy więc zmieścić tę naszą nadaktywną trójkę chwilowo na wspólnej przestrzeni. Zmiana adresu zajmie nam jeszcze około dwa lata, więc na ten czas musieliśmy zorganizować mądre i ergonomiczne rozwiązanie.Najważniejszą kwestią było rozmieszczenie miejsc do spania. Jako że przez najbliższe dwa lata nasze dzieci ciągle będą się głównie bawiły i spały w swoim pokoiku, odszedł problem umiejscowienia biurka i przyległości z nim związanych. Podjęliśmy decyzję, że chłopcy są już na tyle duzi, żeby spać na łóżku piętrowym, natomiast Pola zajmie miejsce na przeciwko, w łóżeczku niemowlęcym. Była to decyzja o tyle rewolucyjna, że Maksio musiał przenieść się z łóżeczka do łóżka dla dzieci starszych, a Kuba powędrował na tak zwane pięterko. Z tym miałam największe obawy, bo jak wiadomo, dziecko czteroletnie miewa jeszcze problemy z instynktem samozachowawczym. Okazało się szczęśliwie, że zupełnie niesłusznie. Czterolatek dumny z tak dorosłego wyróżnienia, zaczął traktować sprawę swojego własnego pięterka zupełnie poważnie, jak na dorosłego przystało ;-)Od początku wiedziałam, że łóżko z produkcji taśmowej odpada, głównie ze względu na wymiary. Odległość od parapetu do ściany wynosi 79 centymetry i łóżko musiało się zmieścić w tej wnęce. Na rynku nie znalazłam ani jednego okazu, który spełniałby ten warunek. Ponadto zależało mi, żeby było jak najbardziej zgrabne i wąskie, przy zachowaniu pewności, że dziecko swobodnie przewróci się na drugą stronę podczas snu. Nie chciałam przysłaniać połowy pokoju, musiało być bardzo ergonomicznie.1. MAKSYMALIZACJA FUNKCJIŁóżko moich dzieci musiało oprócz funkcji spania spełniać także funkcję przechowywania. Mamy regał, wielką szafę i tym podobne udogodnienia, ale przy ilości zabawek, które zalewają nasze mieszkanie, to ciągle za mało. Łóżko ma więc dwie wielkie szuflady dolne, które szczęśliwie mieszczą największe zabawki chłopców, czyli wszystkie głośne lokomotywy, śmieciarki, koparki i traktory. Chłopcy mają do nich łatwy dostęp, a ja przyjemność z harmonijnego wyglądu pokoju, gdy skończą zabawę. Wszystkie zabawki idą grzecznie spać do swoich szuflad ;-D Ponadto z prawej strony znajduje się regał na pudła, które także mieszczą zabawki. To bardzo praktyczne rozwiązanie, szczególnie przy małej Poli. Codziennie ściągam inne pudło, które kryje nowe, dawno niewidziane zabawki.Nasza piętrówka stała się więc taką trochę meblościanką w nowym wydaniu ;-)2. DESIGNMuszę przyznać, że wpadłam jak śliwka w kompot w swoim zamiłowaniu do designu w klimacie scandi. Próbowałam wielokrotnie już się wyplątać z tej pułapki, wybierać inne rozwiązania, ale zawsze wracałam do punktu wyjścia. Łóżko wybraliśmy możliwie najprostsze, białe, więc teoretycznie neutralne i możliwe do zagospodarowania w wielu stylach. Ale suma sumarum wyszło skandynawsko. Może kiedyś mi się znudzi, może nacieszy oko i zmienię zdanie i zamarzę o czym innym. Na razie jestem podekscytowana i zakochana w efekcie końcowymi i fakcie, że mam w pokoiku pozory ładu i porządku. Bo tego, co dzieje się w środku nikt nie zobaczy ;-)))3.BEZPIECZEŃSTWOJak już wspominałam, miałam ogromne obawy co do łóżka piętrowego. Wydawało mi się, że moje dzieci są jeszcze bardzo małe i że może to za szybko. Bardzo długo dyskutowałam ze stolarzem temat bezpieczeństwa. Szczególnie jego górnej części. W tym przypadku upierdliwość była wskazana, bo przynajmniej przesypiam noce spokojnie, bez obaw. Kuba, gdy wejdzie do góry i ukryje się za ścianką ochronną, po prostu znika. Czasem, gdy chcę obudzić chłopców do przedszkola i zaglądam do Kuby z dołu, mam trudności, żeby go zobaczyć. Tym samym mam nie tylko świadomość, że moje dziecko śpi bezpiecznie, ale też ma swoje intymne miejsce, gdzie może się schować. Dolna część łóżka też została odpowiednio "zabezpieczona". Drabinka jest nieco szersza niż w standardowych łóżkach, pełni więc funkcję takiej poszerzonej barierki.4.NIEZWYKŁOŚĆNie wiem jak Wy, ale ja jak już coś zamawiam na tzw. wymiar, nie może być to po prostu mebel w rozumieniu kilku płyt czy desek w odpowiednim rozmiarze zbitych w jedną formę. Ta forma musi mieć jeszcze duszę. Sznyt, który nada jej wyjątkowości. Chciałam, żeby łóżko moich dzieci było dla nich magiczne. Uwielbiam takie niezwykłe rzeczy, uwielbiam opowiadać im dzieciom historie, które sprawią, że świat dookoła będzie bardziej niezwykły. Zaplanowaliśmy więc, że łóżko naszych dzieci musi mieć tajemne skrytki na ich skarby, których nikt nie odnajdzie. Każdy z chłopców ma na przykład swoją własną skrzynię. Okazało się, że skrzynie, mimo że wyglądają zupełnie niepozornie pomieszczą nie tylko te najcenniejsze zabawki, ale także ich samych!!! Byłam absolutnie zaskoczona, gdy pewnego dnia, będąc przekonana, że bawią się razem w pokoju, nie mogłam ich tam znaleźć. Dopiero po jakimś czasie się zdemaskowali, a ja nie wierzyłam własnym oczom! Tego z pewnością nie zaplanowaliśmy ;-)Dodatkowo dolne piętro kryje półki, taki mini regalik, na książeczki, zabawki, bidon z piciem. Miejsce, gdzie można wygodnie odłożyć niezbędnik małego chłopca, który pozwala przetrwać noc.5.UŻYTECZNOŚĆMuszę się do czegoś przyznać. Lubię ład, porządek, równo ułożone rzeczy, proste linie, symetrycznie zorganizowane półki. Jak wiadomo, w pokoju dziecięcym uzyskanie tego stanu rzeczy jest niemal niemożliwe. Ale jako że ostatnio nieustannie chodzi za mną hasło "Niemożliwe nie istnieje", tak samo potraktowałam cały remont pokoju. Nie oszukujmy się. Trójka dzieci w różnym wieku i ich wszystkie zabawki równa się cyrk na kółkach. Musiałam wymyślić rozwiązanie, które choćby pozornie pozwoli nie zwariować z powodu oczopląsu. Czasami naprawdę, widząc te wszystkie kolory, wzory, napisy można było wprowadzić się w stan transu ;-) Potrzebowałam więc rozwiązania, które choćby z wierzchu dałoby mi pozory ładu i porządku. Najlepiej do tego celu nadawały się schowki, szuflady i pudła. Łóżko ma z prawej strony regał na pojemniki, do których wrzucam wszystkie zabawki. Początkowo siliłam się na tematyczną organizację tychże. W jednym pudle resoraki, w drugim większe auta, w trzecim klocki, w innym lalki, a jeszcze w kolejnym figurki. Ale doprowadziłam się tylko do stanu frustracji. Suma sumarum doszłam do wniosku, że takie wymieszane pudła to może nawet wygodniejsze rozwiązanie. Bo ściągam na przykład Poli jedno dziennie i ma cały przekrój zabawek, do tego dawno nie widzianych, więc chwilowo ultra ciekawych.Dwie duże szuflady na dole mieszczą największe i najgłośniejsze zabawki. Dzieci mają do nich łatwy dostęp, mogą po sobie szybko i sprawnie posprzątać po zabawie. A moje oko przynajmniej rankami i wieczorami jest spokojne i wolne od tej krzykliwej feerii barw ;-)6. OTOCZENIELubię białe meble. Lubię też białe ściany. No nic nie poradzę. Lubię i już. Ale do dziecięcego pokoju to trochę niewystarczające rozwiązanie. Smutne i nijakie po prostu. Chciałam wymyślić coś kompromisowego. Rozwiązanie, które spodoba się dzieciom i mi samej. Po godzinach przeglądania Pinteresta (jestem od tego uzależniona) zdecydowałam, że skorzystam z dobrodziejstwa obecnych trendów i zagospodaruję przestrzeń naklejkami ściennymi. Z pomocą nadszedł Dekornik (KLIK), uwielbiam ich produkty. Najpierw korzystałyśmy z nich w boskiej pracowni, teraz przeniosłam to zamiłowanie na grunt domowy. Moje serce skradł deszczyk i góry, po których można malować kredą. Jestem bardzo zadowolona z końcowego efektu. Za każdym razem, gdy wchodzę do pokoju dzieci, zaczynam się uśmiechać. To chyba dobry znak ;-)PS. Chyba zostaniemy w najbliższym czasie blogiem wnętrzarskim, bo u nas teraz głównie remonty ;-)~m.

Sam się schowaj!

Boginie przy maszynie

Sam się schowaj!

         Naprawdę się zastanawiam, czy ten temat musi tak ciągle powracać? Mam wrażenie ze słyszę o tym na okrągło.. Co sezon afera w mediach, na blogach, na fejsie.. A przecież, do ciężkiej cholery!.. Wszyscy jesteśmy ludźmi, wszyscy jesteśmy ssakami i wszyscy zostaliśmy stworzeni w ten sam sposób: aby rosnąć i żyć, musimy jeść!Fot. Ivette Ivens Mamy szczęście: przewidująca, genialna Matka Natura wyposażyła nas w idealny, zawsze dostępny, doskonale skomponowany pokarm: mleko z piersi matki. Mam wrażenie, że doszło na przestrzeni wieków do totalnego wypaczenia postrzegania ludzkiego ciała. To nie tylko seksualny obiekt! To przede wszystkim cudowna, samowystarczalna maszyna pozwalająca nie tylko robić karierę i zaspokajać kolejne - nie tylko seksualne! - zachcianki, ale przede wszystkim umożliwiająca powoływać do życia i wykarmić swoje potomstwo. Czy to tak trudno zrozumieć??? WSZYSCY JEMY! A nikt, absolutnie nikt, nie jada i nigdy nie powinien jadać w śmierdzącym kiblu, w ukryciu, jakby to było coś wstydliwego, upokarzającego, obrzydliwego. Odwrotnie! Karmiąca matka powinna być na piedestale - bo żeby karmić, musi rezygnować z własnych wygód, rezygnować z niektórych pokarmów, używek, wygodnych wyjść lub wyjazdów bez dzieci... Poza tym! Czy ktoś myśli, ze nam jest przyjemnie karmić wśród często ciekawskich, albo oceniających spojrzeń? Czy nie wolałybyśmy karmić w samotności, rozkoszując się pięknem natury i słuchając kojącego śpiewu ptaków!? Ale sorry, rzeczywistość to nie utopia i bajka, matka ma obowiązki, musi zrobić zakupy, zaprowadzić starsze dziecko do szkoły, zaplacić na poczcie rachunki... i czasem - o rany! - nawet zjeść coś w restauracji. A jej maleńkie dziecko, zintegrowane z nią w naturalnej, boskiej symbiozie, ma rownież swoje prawa i potrzeby. I bywa głodne, czasem właśnie w nieidealnych warunkach. I to jest po prostu piękne, że gdy tylko chcemy, to możemy zaspokoić najpierwszą dziecięcą potrzebę! Największy wyraz miłości i poświęcenia. Więź tak nierozerwalna, jak niewinna i bezbronna. Jak można to zohydzać, utożsamiając karmiącą pierś z symbolem seksu!? Jak można żądać usunięcia z otoczenia tak pięknego obrazu karmiącej matki - wprost do kibla!? Zdala od ludzkich spojrzeń, poza społeczny nawias! Jakby było to tak samo karygodne, jak obrzydliwe... W czasach, gdy z każdego kolorowego magazynu bombardują nasze oczy gołe - lub prawie gołe - kobiece biusty, pełniące wątpliwie estetyczną funkcję! Tym ohydniejszą, bo komercyjną, obliczoną na większą sprzedaż magazynu... Gdy z każdego pasma w telewizji płyną obrazy coraz bardziej rozebranych aktorek, prezenterek, modelek, gdy w programach oglądamy totalną degrengoladę wartości, śmiejemy się z ludzkiego upadku, dla rozkoszy odbiorców pokazując pijatyki, awantury, zdrady, obnażające do kości ludzkie słabości... W czasach, gdy o świętości wrzeszczy się głośno na ulicach i w radio, a po cichu grzeszy, kryjąc się przed karą w domowym zaciszu...To jest po prostu chore!.. Zatem, w myśl Terencjusza, gdy nic, co ludzkie, nie jest mi obce, widząc matkę karmiącą, odwróć wzrok, jeśli masz z tym problem. Sam się schowaj, najlepiej razem ze swoją hipokryzją i tupeciarstwem. A potem, zamiast zacząć tupać i krzyczeć, i wywrzaskiwać dyrdymały z mównicy, najlepiej idź się leczyć!Cudowne zdjecia pochodzą z sesji Breastfeeding Godesses - kwintesencja tego tekstu. A na koniec moja skromna osoba w obiektywie Rafała Mrozińskiego z TrocheFajnyFotograf.pl :)Matki karmiące wszystkich krajów: łączmy się!!!Wasza karmiąca - nadal!!! - wojowniczka ;) P.

Zombie Dash w wielkim mieście / KONKURS

Boginie przy maszynie

Zombie Dash w wielkim mieście / KONKURS

     Od wielu lat wraz z końcem roku szkolnego pakujemy walizki i wyruszamy z dziećmi na Kaszuby, ale... nie w tym roku. Z wielu względów musieliśmy odłożyć nasz wyjazd do drugiej połowy lipca. Za to po raz pierwszy mieliśmy okazję odkryć nieznane nam uroki... lata w mieście! I wiecie co? Miejsce naprawdę nie ma znaczenia. Jak zawsze sprawdziła się zasada: liczy się tylko dobre towarzystwo i jeszcze lepsza zabawa! Najlepiej... zombiastyczna! <3    Lato w mieście. Na pewno duża część z was spotkała się z tym wyzwaniem. Mieszkamy w Gdyni, powiecie. Nad morzem, powiecie. Mamy plażę! Tak, ale mamy też trzy razy więcej dzieci, niż przypada na średnią krajową ;) a wyjście na plażę z takim obłożeniem, w dodatku pod koniec czerwca, gdzie na plaży wylegują się turyści - nie da się upchnąć jednego ręcznika. Za to dzieci z upodobaniem rozbiegają się we wszystkie strony... hell, no! Z naszym najkochańszym nadbagażem odkrywamy zatem wyludnione latem miejsca, najlepiej te o dużej, pustej przestrzeni, gdzie dzieci mogą się swobodnie bawić, grać w piłkę, jeździć na rowerkach, hulajnogach, deskorolkach, wspinać się, skakać, biegać... i nikomu nie przeszkadzać. W ruch mogą iść wszystkie gadżety, nazbierane przez nasze dzieci, bo wreszcie - miasto wrzuca na luz. Część wyjeżdża na wakacje, albo już myśli o wyjeździe i ma mniej powodów do stresu... i nikomu nie przeszkadzają piłki odbijane pod blokiem. Turyści wybierają popularne miejscówki. Plaża, bulwar, parki? Weźcie - mamy je cały rok. Za to... miasto jest nasze. I zostaje opanowane... przez nasze kochane potworki!     Obejrzyjcie na sesję, którą zrealizowałyśmy wspólnie z marką Zombie Dash. Znacie te ubranka? Są niemożliwie.. wprost zombiastycznie urocze! Co więcej, ich żarłoczne spodenki i bluzy produkowane są w rozmiarach dla całej rodziny - od małego oseska do całkiem sporego tatusia ;) Razem z ZD postanowiliśmy udowodnić Wam, że lato w mieście może być świetną przygodą. Szczególnie... w odpowiednich ciuchach ;)     Bez zbędnego gadania... lećcie oglądać kadry, które uchwycił Trochę Fajny Fotograf. Ach, przepraszam za niedorzeczną ilość zdjęć -  po prostu... nie mogę ich zmarnować ;) Ale obiecuję, jak dotrwacie do końca, czeka STRRRASZNA niespodzianka - warto przeskrollować te kilkadziesiąt boskich fot ;)))       Powiedzcie, czy nie są genialne!? I ciuchy, i zdjęcia..? A najlepsze w tym wszystkim są nasze dzieci -  po raz kolejny przekonałyśmy się, że nie ma nic lepszego dla maluszka - ponad starsze rodzeństwo. Miłość się mnoży, gdy się nią dzieli... <3A ja dodatkowo, patrząc na te zdjęcia widzę, jakie mam już duże dzieci... prawie... nastolatki..! Czasie, zwolnij...!Zdjęcia: Trochę Fajny FotografCiuchy: ZOMBIE DASHA teraz... obiecana niespodzianka. KONKURS! WASZE WAKACJE ZA JEDEN UŚMIECHOpowiedz nam, jakie są twoje patenty na wakacje bez wyjeżdżania z domu?może kojarzy Ci się z tym hasłem jakaś opowieść,  może Twoje dzieci mają swoje pomysły, przyprawiające o zawał serca.. albo całkiem śmieszne? A może masz dla nas cenne wskazówki, jak zapewnić dzieciom niezapomniane wrażenia, bez wyjeżdżania na drogie wakacje?W komentarzu koniecznie napisz, jaką nagrodę w jakim rozmiarze wybierasz - do wyboru każda rzecz z oferty SKLEPU ZOMBIE DASH (klik)Krótki regulamin:1. Zabawa trwa od 11.07.2016 do 25.07.20162. Zwyciężą trzy osoby, wg najciekawszych odpowiedzi3. Jedna osoba może zostawić max trzy komentarze4. Każda osoba może wybrać jedną nagrodę z oferty sklepu www.zombiedash.pl5. Nagrodę stanowią wybrane produkty ze strony sklepu5. Nagroda nie może zostać wymieniona na ekwiwalent pieniężny6. Pod uwagę będą brane wszystkie komentarze, zawierające odpowiedź na pytanie konkursowe, oraz link do wybranej w sklepie nagrodyZwycięzców ogłosimy max 10 dni od zakończenia konkursu.Miłej zabawy!!! ~ P.

20 hitów i kitów mojej wyprawki dla bliźniąt

Boginie przy maszynie

20 hitów i kitów mojej wyprawki dla bliźniąt

     Maluchy mają siedem miesięcy - pora na podsumowania. Co sprawdziło się, a co było zupełnym niewypałem w naszej niemowlęcej wyprawce? Zapraszam na bardzo subiektywny, niesponsorowany przegląd hitów i kitów, szczery i zupełnie od serca - od mamy dla mamy ;)1. Pampersy Premium Care - HIT    Pampers Active Baby - KIT(fot. Pampers)Te i tylko te. Przy Felku były super zwykłe Active Baby, teraz całkiem się zepsuły, są śliskie, flizelinowe, okropne  w dotyku i dużo mniej chłonne. Za to te Premium Care są mięciutkie, mają bawełnianą warstwę i spokojnie wytrzymają noc i nawet poranek - zdołasz wypić swoją pierwszą kawę, zanim zabierzesz się do roboty ;) Co więcej, ani razu nie mieli odparzonej pupy - a nie używam praktycznie w ogóle kremów.Nie testowałam innych pieluszek - dla mnie te są po prostu idealne i nie zamierzam zmieniać na nic innego :)2. Nawilżane chusteczki bawełniane - HIT(fot. Biedronka)Skoro załatwiliśmy pampersy, przejdźmy do chusteczek. NIE WYOBRAŻAM SOBIE BEZ NICH ŻYCIA. Po pierwsze - nieodzowne przy zmienianiu pieluszek, szczególnie poza domem, poza tym, idealne są do sprzątania - kurze, wytarcie stołu, gdy się coś rozleje, spadnie ze stołu... :DMimo codziennego użytku, gdy maluchy się urodziły, musiałam zmienić dotychczasowe na takie, które są zrobione z bawełny. Są dużo bardziej mokre, miękkie i nie zawierają alkoholu, dlatego nie drażnią pupy dziecka. Zdecydowanie największym odkryciem było  dla  mnie to, że większość dostępnych na rynku, nawet tych najlepszych marek jak Pampers, zawiera w składzie ten nieszczęsny alkohol (wg mnie najgorsze są Pampers Fresh Clean - już wiem, czemu często są na promocji :P). Pupa po wytarciu nimi była czerwona, a maluszki piszczały przy przebieraniu. Problem zniknął, gdy zakupiłam bawełniane chusteczki z Rossmanna: Tami, Huggies Newborn, albo Dada Cotton z kochanej, swojskiej Biedry. Są genialne, mimo, że z powodu obfitego nawilżenia nieraz ciężko wyciągają się z pudełka.3. Whisbear Cry Sensor - HIT(fot. Whisbear)     Miś wszechczasów. Przy starszakach nie miałam i przeżyłam. Ale dzisiaj - serio - nie wyobrażam sobie bez misia życia. Od urodzenia towarzyszy maluchom i zapewnia mi błogie godziny świętego spokoju, czyt. snu. Gdy zaczyna któryś jęczeć w środku nocy miś sam się włącza, a maluch w 90% przypadków - sam się uspokaja. Maluchy mają siedem miesięcy i nadal nie mam zamiaru się z miśkiem rozstać - tym bardziej, że nagle stał się także jedną z ulubionych zabawek, ze względu na kolorowe nogi i szeleszczące elementy. Ranne pobudki nie są już tak gwałtowne - bo zabawa z misiem zajmuje im najmarniej kilkanaście minut, co pozwala mi wygrać z opadającymi powiekami ;) Warto wydać te 180zł i mieć w zamian trochę więcej wolnego czasu.. przez prawie cały rok - bo myślę, że szybciej się z nim nie rozstaniemy ;)4. Paputki TITOT - HITAbsolutny hit hitów. Moje dzieci - wszystkie - to straszliwe wierzguły. Nie było ani skarpetek, ani papci, które utrzymałyby się na ich stópkach - dopóki nie poznaliśmy cudownych titotków. Mamy już teraz czwartą parę (a właściwie ósmą ;) ) i zachwytom nie ma końca. Stópki się nie pocą, ani nie zgubiliśmy dotąd ani jednej sztuki, co było moją zmorą przy starszych chłopcach. Non stop pogubione na spacerach skarpety i buciki. Teraz, w upalne dni, titotki zastępują mi skarpetki, zakładamy je na bose stopy :) Dzięki regulacji gumką można dopasować na stópki z wyższym podbiciem :) Szczerze polecam też wersję dzianinową, Marta, właścicielka, na pewno na Waszą prośbę uszyje w dowolnym rozmiarze te dzianinowe paputki, wprost idealne na upały :)5. Przewijak podróżny La Millou - HIT(fot. La Millou)Mam pięcioro dzieci i nie miałam dotąd lepszego przewijaka. Dzięki fakturze a la skóra licowa jest absolutnie wodo i brudoodporny :) Do tego, mimo wycierania, nie schodzi wzorek. Kilka miesięcy używania codziennie (nie przewijam na innym przewijaku od urodzenia) - dalej wygląda jak nowy :)6. Torba SKIP HOP - KIT(fot. wowcher.com)Super torbę upolowałam w TKMaxx za 180zł - oryginalnie kosztuje ok 300zł, więc zrobiłam, jak mi się zdawało, fantastyczny deal. Niestety, po miesiącu użytkowania rozlał mi się w niej marchewkowy sok - tak nieszczęśliwie, że wszystko mokre i brudne, nie do zmycia ręcznie. Wyprałam  na delikatnym trybie w pralce - i klops. Z samą torbą nic się nie stało, wyciągnęłam jak nową. NIESTETY! Torba zgniła - nie można jej bowiem dobrze wysuszyć. Mimo suszenia w upalne dni na słońcu, ciągłego wywracania na lewą, prawą stronę - nie ma szans. Ta powłoka ułatwiająca czyszczenie powoduje, że kilka warstw materiałów namoczonych wewnątrz po prostu nie schnie. Torba ewidentnie zgniła i niemożliwie śmierdzi, więc nie nadaje się do użytku, chociaż wygląda - PRAWIE - jakby nigdy nic. Prawie, bo od wieszania na wózku, przy rączkach / uchwytach ta folia zewnętrzna rozeszła się z podszewką i wygląda to kiepsko. Dlatego ja odradzam. Bardzo mi przykro, bo torba jest śliczna :(7. Huśtawka Hybrydowa Ingenuity - HIT(fot. Dumel)Prawie się do niej modliłam, serio i żałuję, że nie ma takiego wynalazku dla starszych brzdąców! Leon to złote dziecko - gdy jest śpiący, wystarczy go odłożyć ze smoczkiem i pieluszką, a zaśnie wszędzie - sam. Gucio natomiast od urodzenia wymagał więcej atencji. Uczyłam, tak jak Leośka, usypiania samodzielnego od pierwszych dni. Niestety, szczególnie, gdy był mocno zmęczony, albo coś mu nie pasowało (często :D chimeryczny jest po mamusi ;) ) - mordęga była z jego spaniem.. albo nie może zasnąć, albo budzi się po pięciu minutach całkiem zregenerowany. Wyjątkiem były drzemki w huśtawce - przesypiał cały cykl bujania ;) Czyli nawet godzinę, jak nie przegapiałam momentu zatrzymania. Oczywiście, obowiązkowo z melodyjkami - w ciszy ani jeden nie uśmie i każdy dźwięk ich budzi. Dopóki muzyka gra, to śpią ;) A melodyjki z tej huśtawki, jak i naszego bujaczka Ingenuity - były przecudne.Jedyny minus - mocno zżera baterie. Ale za ten spokój... warto ;)8. Mata edukacyjna Tiny Love - HIT(fot. Tiny Love - usage na kolory, w rzeczywistości mniej wyraziste, czyt. delikatniejsze, dużo lepiej mata wygląda na żywo!!!)Myślałam, że będzie za mała dla dwójki, ale spokojnie nam wystarczyła dla bliźniąt do ok 6 miesiąca. Wówczas dołożyliśmy jeszcze matę gigant od Tiny Love i chłopaki mają używanie :) Dla jednego malucha zatem starczy w zupełności. Bardzo przyjemna kolorystyka, mniej żywa niż na zdjęciu - i dobrze, ładne, spójne kolory, fajne zawieszki, każda wydająca inny dźwięk. Do tego miłe dla ucha melodyjki z pozytywki, włączanej kopnięciem nóżki. Do tego matę można łatwo złożyć i zabrać wszędzie - ja złożyłam do walizki, na płasko, i zabraliśmy na majówkę do Olsztyna, przez co maluchy czuły się prawie jak w domu i nie mieliśmy problemu z aklimatyzacją. Można prać w pralce, po odczepieniu elementów, normalny program, kolory nie blakną :) A baterie działają niedorzecznie długo, jeszcze nie wymieniałam ;)9. Maść pośladkowa, robiona w aptece - HIT(fot. Apteka Panaceum)Najtańszy HIT hitów! Po antybiotyku Leon miewał okropną biegunkę, potrafił zrobić kupkę nawet przez sen. Raz obudził się z potwornym płaczem, zaglądam, a tam po prostu jedna wielka rana... Dwukrotnie posmarowana tą cudowną miksturą pupa wyglądała już dużo lepiej, a Leoś przestał płakać. Na drugi dzień - po nocy, czyt. długim działaniu - pupa wyglądała prawie jak nowa! A koszt kilku złotych! Poproście o receptę na maść przy pierwszej wizycie z maluchem - same proste, łagodne składniki, a efekt dużo lepszy od każdego sudocremu!10. Aspirator Katarek - HIT(fot. Katarek)Uległam Waszym sugestiom - dopiero przy bliźniakach użyłam Katarka pierwszy raz. Dotychczas używałam ręcznego aspiratora Fridy, bo odkurzacz + nosek mojego dziecka... hell, no! Ale jakże się myliłam... Katarek to wynalazek wszechczasów :D Katar + katarek = wielka ulga ;)  dla noska moc aspiratora nie jest zbyt silna, ma wbudowany system obniżający moc ssania i dzięki temu wydzielina jest absorbowana w łagodny sposób. Wiem, co mówię - najpierw przetestowałam na sobie ;)11. Boskie legginsy i bloomersy - HITMoże myślicie, że to mój ukryty zamysł, by wam sprzedać te ciuszki. Trochę tak, pewnie ;) Ale akurat tutaj mam czyste sumienie - legginsy w pestki i boskie bloomersy nosimy praktycznie codziennie. Teraz, w upały, nie ma nic lepszego, bo pestkowa dzianina jest cieniutka i bardzo miła dla skóry. Legginsy są dopasowane - nie są całkiem obcisłe nawet na pulpecika Leonka :) Przy tym, dzięki biało-czarnemu wzorkowi pasują prawie do wszystkich ubranek. Bloomersy - niemożliwie urocze i idealne z body i bez, gdy upał jest niemiłosierny. A długie legginsy idealne są do raczkowania! Po prostu autentycznie kocham te dwie pozycje ;) I dlatego serdecznie je wam polecam. Też dlatego, że od dzisiaj wszystko w BPM 25% taniej ;)12. Ciuszki z HM, Next (i BPM ;) ) - HIT      Pepco, La Redoute, Reserved - KITTak, polecam wam różne marki, to o ciuszkach nie zapomnę. Maluchy ubierałam głównie w NEXT, a także H&M i Kappahl. Te trzy marki sieciowe polecam wam najmocniej. Nic się nie dzieje z ubrankami z nexta - nie kurczą się, nie spierają, łatwo je doprać nawet z odplamiaczem, oficjalnie uważam, że warto zapłacić dwa razy więcej - szczególnie za rzeczy prane prawie codzienie, jak body i piżamki. Kappahl i H&M tak samo, tu szczególnie polecam promocje, których w NEXT brakuje. Za to.. ciuszki z BPM to wiadomo, klasyk nad klasyki i na pewno wyróżnicie się z tłumu ;) Jestem szczęśliwa, bo mimo wielokrotnego prania - nasze ciuchy zdały wszelkie bliźniakowe testy i jestem dumna, że mogę wam je z czystym sercem polecić, tak samo, a nawet bardziej niż te sieciówkowe :DNatomiast jeśli chodzi o La Redoute, Pepco, a nawet niektóre Reserved - dla mnie to KIT. Niestety, druk w La Redoute po pierwszym praniu wyblakł bardzo, mimo cudnego kroju, niewarte są zatem swoich dość wysokich jednak cen. Oczywiście nie wszystko - ale z 8 zakupionych rzeczy 4 na pewno nie nosimy, bo nie mają żadnego efektu. To samo dotyczy Pepco i Reserved - mimo niektórych ślicznych propozycji, ciuszki szybko się "zeszmaciły". Szkoda, bo naprawdę ładne :( Ale tutaj jak praktycznie wszędzie - trzeba uważnie oglądać, czytać skład. Tylko przy zamówieniach online to jakby niemożliwe ;)14. POZYTYWKI!Moje dzieci nie zasypiają w ciszy - głównie dlatego, że w naszym domu to temat równie abstrakcyjny, co podróże kosmiczne. Ale za to maluchy wyciszają się przy dźwiękach pozytywek, melodyjek, powtarzalnych sekwencji. Odkąd przestaliśmy używać bujaczka i huśtawki, musieliśmy znaleźć zastępstwo, to samo - przy łóżeczku. U nas sprawdził się żółwik od Cloud B, ale uważam, że sprawdzi się każda - byle grała łagodną melodyjkę, odpowiednio długo, była łatwa do transportowania (żeby można było bez problemu zabrać w podróż) i by miała regulację głośności. Powtarzalne dźwięki pozwalają moim maluchom się wyciszyć.15. Karuzelka podróżna Tiny Love - HIT(fot. Tiny Love)Tak, pomyślicie, że mam sponsoring od tej marki, ale, niestety, zupełnie nie ;) Tak się składa, że przy Felku wiele dobrego z ich metką kupiłam i teraz poszłam tym samym tropem. Nie zawiodłam się. Podróżna karuzelka jest absolutnie genialna - jedyne co bym zmieniła, to dodała regulację głośności. Baterie niezmieniane od dnia zakupu, czyli ok 4 miesiące ;) Moje maluszki uwielbiają ją, a główną zaletą jest możliwość dopięcia jej do wózka, fotelika, każdego łóżeczka - także turystycznego, dzięki czemu możemy ją ze sobą zabrać na każdą podróż, także na noc do dziadków (przy bliźniętach jeszcze nie próbowałam, ale skrycie marzę o tym ;) )16. Krzesełko Tripp Trapp - HITMaluchy mają siedem miesięcy, jedzą, siedzą, bawią się przy stole. I teraz dopiero doceniam prawdziwy geniusz tego krzesełka. Nie zajmuje więcej miejsca niż zwykłe krzesło, jest dużo bardziej wygodne w użytkowaniu niż klasyczne giganty z plastiku i metalu... Do tego design - nie ma co mówić. To jest HIT hitów!17. Kosz na zużyte pieluchy - KIT(fot. bajkowachatka.pl)Drogi - pojemnik jako tako, ale wkłady..!? Duży, niepraktyczny, a do tego jednak niehigieniczny. Kilkadziesiąt pieluch, fermentujących przez kilka(naście).. dni? Bleh. Myślałam, że ułatwi mi życie przy moich 42 stopniach schodów w domu, ale to był jednak zły pomysł. Wolę za każdym razem pieluchę zanieść na dół, niż mieć świadomość, że pielucha mi gnije w sypialni... i stoi nieużywany. Właściwie już się go pozbyłam ;)18. Butelki, smoczki Suavinex i Philips Avent - HIT(fot. Philips)Przy bliźniętach używałam i używam do dziś tylko ich - błękitne butelki Avent i piękne wzory od Suavinex. Smoczki fizjologiczne i anatomiczne - moje maluszki chwytają każde, takie z nich ssaki. Smoczki do butelek pasują zarówno do Aventu, jak i Suavinexu, można więc używać zamiennie, ale nie ma potrzeby - każda marka ma swoją linię. Moje ulubione to smoczki trójprzepływowe :) Z czystym sercem polecam, sprawdziły mi się kolejny raz (przy Felku również ich używałam).19. Drewniane gryzaki - KIT      Żyrafka Sophie - HIT(fot. Skip Hop)Niestety, drewniane gryzaki zupełnie nie podeszły moim dzieciom. Zabawki, które miały doczepione kółka do gryzienia, same w sobie, owszem, ale gryzaki drewniane... ani ja, ani dzieci moje nie kumają tego pomysłu ;) Oczywiście, to moja subiektywna opinia, ale chłopcy mają teraz etap ząbkowania, gryzą wszystko, co popadnie, a akurat gryzaki budzą ich stanowczy sprzeciw, a raczej totalny brak zainteresowania. :/Za to żyrafka Sophie... nie do zajechania ;) Pożerane są od kilku miesięcy i dalej nie mają chwili wytchnienia ;)(fot. Lelushop.pl)20. Kocyki bambusowe Tender Blanket od La Millou - HITDrogie jak nie wiem co, to jedyny ich minus - na szczęście maluchy dostały w prezencie z okazji chrztu. Ale... są GENIALNE. Odkąd je mamy - a dostaliśmy na początku tych afrykańskich upałów - używamy ich co chwilę, codziennie. Maluszki się nimi miziają jak pieluszką, bo są cienkie i lekkie. Przykrywam maluchy nimi w upały, bo nie umieją zasnąć bez przykrycia, jakiegoś minimalnego opatulenia... ale nie jest im gorąco - faktycznie budzą się chłodni, nie zgrzani, jak do tej pory, dzięki czemu śpią spokojniej i dłużej. Po prostu je uwielbiam :)A Wasze typy pokrywają się z moimi? O czym zapomniałam, czego nie uwzględniłam, a może bardzo się mylę? Mam nadzieję, że nie uraziłam nikogo swoimi spostrzeżeniami - ale wpis miał być szczery, to jest :D Czekam na Wasze opinie! Czego w tym zestawieniu brakuje?~P. 

Jak urządzić kącik dwóch maluszków we własnej sypialni?

Boginie przy maszynie

Jak urządzić kącik dwóch maluszków we własnej sypialni?

Misja: marchewka, czyli rozszerzamy dietę!

Boginie przy maszynie

Misja: marchewka, czyli rozszerzamy dietę!

Moja podwójna mleczna droga

Boginie przy maszynie

Moja podwójna mleczna droga

     Gucio i Leoś kończą jutro sześć miesięcy. Powoli przygotowuję się do rozszerzania ich diety - ale idzie mi to wyjątkowo opornie. Z mojego doświadczenia bowiem moment podania marchewki, jabłuszka, kaszki to po prostu początek końca mojej mlecznej drogi... Stopniowo inne posiłki eliminują kolejne karmienia piersią. Dlatego ogromnie się cieszę, że zdążyłam jeszcze wziąć udział w fantastycznym projekcie The Milky Way - projekt fotograficzny. I to z dwójką karmionych piersią osesków! Mam fantastyczną pamiątkę z tego magicznego okresu w naszym życiu, gdy jesteśmy ze sobą całkowicie połączeni - we trójkę :D     Przyznaję bez fałszywej skromności: JESTEM DUMNA! Udało mi się karmić piersią moje bliźnięta na pewno sześć miesięcy, a pewnie uda się dłużej. Moje maluchy ważą już ponad 7,5kg, mają ok 70cm i naprawdę wydają mi się ogromni. Byli tacy maleńcy, gdy się urodzili... Prawdziwe tyciaki! Patrząc na nich jestem tak po zwierzęcemu, prymitywnie dumna, że na mojej piersi tak pięknie urośli :D     A tak się bałam, że mi się nie uda! Na wieść o bliźniętach byłam przerażona. Mając doświadczenie karmienia wyłącznie piersią na żądanie mojej starszej trójki, czułam, że podwójne karmienie jest po prostu niemożliwe. Pamiętam wielogodzinne sesje karmienia, szczególnie wieczorne, gdy karmienie trwało po trzy godziny, a ja z pilotem w ręku nie ruszałam się z kanapy. Tutaj było to jakby logistycznie nie do zrobienia! Wyobraźnia podsuwała mi obrazki, na których jeden był karmiony piersią, a drugi płakał wniebogłosy. Dlatego założyłam od razu, że siadając do karmienia będę karmić jednego z piersi, drugiego, w tym samym czasie, z butelki. Jak to zwykle bywa, życie mnie po prostu zaskoczyło. Okazało się, że moje obawy zupełnie niepotrzebne, choćby z jednego powodu - moje chłopaki nigdy nie są głodni w tym samym momencie, chyba, że wrócimy z baaaaardzo długiego spaceru. Ale i wtedy potrafią zaczekać cierpliwie.     Tutaj muszę nadmienić - nie karmię moich chłopców jednocześnie z dwóch piersi. Zawsze pojedynczo. Owszem, przyznaję, byłam i jestem mocno zblokowana, ale spróbowałam - nie raz, a co najmniej kilka razy. I przekonałam się, że to po prostu nie jest dla mnie. Po pierwsze, bardzo źle się z tym czuję, totalnie bezbronna, nie panując nad sytuacją. Po drugie - jest to dla mnie bardzo niewygodne. Nie żałuję tego - wręcz dostrzegam plusy. Karmienie pojedynczo daje nam to czas tylko dla siebie, kontakt jeden na jeden, a moje maluszki nie dorastają w poczuciu totalnego tandemu. Znajduję czas dla nich indywidualnie. Myślę, że i dla nich, i dla mnie jest to bardzo ważne.     Mamy bliźniąt pytają mnie często, jak mi się udało z tym podwójnym karmieniem, czy to dla mnie trudna walka. Otóż, nie mogę wam nic doradzić. Nie walczyłam z całym wszechświatem o to drogocenne mleko. Po prostu mi się udało. Jestem szczęściarą, która niemal od pierwszych dni miała wystarczającą ilość pokarmu dla dwóch maluchów (niemal - dwie doby maluszki musiały być dokarmiane i miałam nakaz dokarmiania modyfikowanym mlekiem przez pewien czas, bo bardzo mocno spadły na wadze. Jedna porcja mleka modyfikowanego na dobę została z nami do dzisiaj, na noc - wierzę, że dzięki temu udaje mi się wyrwać te pięć godzin bez pobudki. Ani przez moment nie zmniejszyło to siły ssania moich chłopców, ale to może być wyjątek potwierdzający regułę - nikogo do dokarmiania nie namawiam, ale zostawiam własnemu rozsądkowi, wyborowi i obserwacji).Karmię naraz jednego chłopca z jednej piersi, po chwili krótszej lub dłuższej - drugiego karmię z drugiej. Nigdy mi się nie myli, bo siłą rzeczy zawsze jedna jest pełniejsza od drugiej! I dzięki temu systemowi wiem też, że porządnie się najadają, nie tylko pierwszym pokarmem, który jest rozwodniony, ale i tym tłustym, z głębi. Myślę, że mam po prostu szczęście - mając po prostu prawdziwe głodomorki, które od pierwszych chwil mocno walczą ssaniem o mleko dla siebie.     Pisząc ten post zdałam sobie sprawę z pewnej - w moim pojęciu - strasznej rzeczy. Musiałam napisać kilka wersji postu, bo po prostu nie chciałam szerzyć terroru laktacyjnego. A tak mi wychodziło - pisząc, jak ważne jest dla mnie doświadczenie KP, jak drogocenne jest mleko matki, właśnie na to wychodziło. I zła jestem na ten stan rzeczy: do czego to doszło, że muszę łagodzić to, co do was piszę?! Żeby przypadkiem nie urazić żadnej ze stron tego chorego konfliktu - KP czy MM? To naprawdę musi być jak stygmat? KP - dobra matka, MM - zła matka? A w życiu! W cholerę z tym! Dobra matka to ta, która karmi. Owszem, sama wierzę w drogocenną moc ludzkiego mleka. Wierzę, że skoro jestem ludzką samicą, mam swoje ludzkie mleko dla swoich ludzkich dzieci. I że natura dała najlepszą możliwą mieszankę, która najlepiej zaspokaja potrzeby moich dzieci.ALE jednocześnie mam na tyle otwarty umysł, by po pierwsze uznać, że nie wszyscy mają tyle szczęścia co ja, że nie muszą walczyć o pokarm z całych sił. Ja nie musiałam, łatwo mi przyszło, owszem, nie piję, nie palę, ale też nie utrzymuję żadnej specjalnej diety - moim maluchom nic w tym, co jadłam, nie przeszkadzało. Nie mają alergii, nietolerancji. Wiem, że wiele kobiet boryka się z trudnościami, o których ja nie mam pojęcia. Prędzej lub później odpuszczają KP i ja nie widzę w tym nic zdrożnego. Niektóre decydują, że nie podejmą walki o pierś jeszcze przed porodem. Nie rozumiem tego, ale nawet się nad tym nie zastanawiam - to jest tylko i wyłącznie ich wybór. Nikt dla mnie z tego powodu nie jest gorszy, a tym samym, żadna matka karmiąca piersią nie jest lepsza od tej, która karmi sztucznym. Jak widzę uśmiechniętego, szczęśliwego bobasa, to tak samo się cieszę, bez względu na to, czy jadł z piersi czy nie. Każda z nas dostała w prezencie rozum i wolną wolę. I tego się trzymajmy. OK? Bardzo was proszę o powstrzymanie się od wojny w komentarzach, pewnie już wiele razy mówiłyście swoje zdanie, wiele takich dyskusji już czytałam i chyba nie mam ochoty czytać ich więcej. U nas, w BPM, jesteśmy przyjazne wszystkim mamom, które chcą dobrze dla swoich dzieci. A jak to dobro rozumieją to nie jest nasza sprawa.     Ale miało być dzisiaj o czymś innym :D Zajrzyjcie na stronę The Milky Way - projekt fotograficzny.  - zobaczycie przepiękne zdjęcia udowadniające, jak piekne i naturalne jest karmienie piersią. Owszem, to propagowanie karmienia piersią, bo to naturalne karmienie dla ludzi. Tak nas natura stworzyła, wyposażyła w pokarm dla naszych dzieci, jak każde inne zwierzę. Identyfikuję się z tą ideą - jednocześnie starając się służyć tylko dobrym przykładem, że KP bez problemów jest możliwe i warto chociaż spróbować. Dlatego ucieszyłam się z zaproszenia do sesji. Ale w tym projekcie chodzi jeszcze o coś innego i z tą ideą identyfikuję się z całą mocą. Chodzi o to,  by uświadomić przede wszystkim samym matkom, ale także wszystkim potencjalnym świadkom, że karmienie piersią jest po prostu naturalną czynnością. Nie jest obnażaniem się w miejscu publicznym, nie jest intymnym załatwieniem potrzeb fizjologicznych. MOJE DZIECKO NIE JE W TOALECIE. Moje dziecko nie je wtedy, kiedy ja mam ochotę, odpowiedni czas i gdy znajdę bezludne miejsce. Je wtedy, kiedy jest głodne i tam, gdzie jest głodne. Oczywiście, nie w tłumie, nie w kolejce do kasy, nie w przeciągu. Znajduję miejsce, gdzie mogę spokojnie przycupnąć, by nakarmić swoje dziecko. Ale czy to jest ławka w parku, stolik w galerii handlowej, kawałek trawnika, plaża nad jeziorem w upalny dzień - OK! Czy ktoś jest obok czy nie - nie ma problemu! Moja karmiąca pierś nie jest symbolem seksualnym. Moja karmiąca pierś jest symbolem macierzyństwa. Kropka!Zdjęcia: Rafał Mroziński TROCHE INNY FOTOGRAFOrganizator: Joanna Mrozińska TROCHE FAJNA MAMAMake up: Alicja Jublewska Bardzo dziękuję za zaproszenie do sesji i cudowne zdjęcia na pamiątkę! ~P.

Alleluja! Powstałam z martwych

Boginie przy maszynie

Alleluja! Powstałam z martwych

10 powodów, dla których fajnie jest mieć bliźnięta!

Boginie przy maszynie

10 powodów, dla których fajnie jest mieć bliźnięta!

Let the magic begin!

Boginie przy maszynie

Let the magic begin!

     Już jest.     Ona. Soczysta, pachnąca wiosną, słońcem, lekko odurzona zapachem kwitnących wiśni i jabłoni… nowa, boska kolekcja.IN THE MAGIC GARDEN… LET THE MAGIC BEGIN!     Nie pisałyśmy wiele o nowej kolekcji, bo codzienność zbyt mocno nas absorbuje, zaskakuje i wytrąca z pobieżnie choćby ustalonego przez nas biegu wydarzeń. I dosłownie - nie znałyśmy dnia ani godziny, gdy ostatecznie wszystko się UDA. Nie chciałyśmy mamić zapowiedziami, obietnicami, gdy ciężko było nam z maluszkami zaplanować zwykły, pełen rutynowych obowiązków, dzień. Z drugiej strony nie chciałyśmy robić nowej kolekcji tylko dlatego, że "tak trzeba", "inni robią", na odwal się, na szybko. Chciałyśmy ująć to, co aktualnie najbardziej nam się podoba - więc postawiłyśmy na mocno skandynawskie, minimalistyczne zestawienia kolorystyczne. Biało - czarna dzianina SEEDS - czyli w pestki, a konkretnie pestki owocu pitaya ;) - nadrukowana jest we wzór namalowany cieniutkim pędzelkiem. Wzór jest bardzo delikatny, ma rozmyte krawędzie, tak, by współgrał z subtelnymi kolorami AQUA i PEACH. Do tego mocny, popielaty STONE, dodający całości wyraźnego charakteru. Słowem - kwintesencja nordyckich trendów w letniej, słonecznej odsłonie :DAle pozwólcie, że najpierw kilka ujęć, promujących nasze nowości…    Mam nadzieję, że Wam podoba się chociaż w części tak, jak nam :) Kontynuujemy koncepcję poprzednich kolekcji, stawiając na sprawdzone przez Was modele. Oprócz nowej kolorystyki wprowadziłyśmy tylko kilka zmian.Zrezygnowałyśmy z ogranych już naszym zdaniem, naszywanych aplikacji gwiazdek i serduszek. Teraz ciuszki są bardziej stonowane, spójne… a jednocześnie niepozbawione uroku dzięki naszym boskim uszkom <3 W tym sezonie jelonki BAMBI zastąpiły dotychczasowe kotki i misie, bo są dużo bardziej charakterystyczne, a przy tym równie słodkie jak nasze sztandarowe króliczki, które w tym sezonie zostały z angielska nazwane BUNNIES. Właśnie, jeśli dziwią was angielskie nazwy… chcemy w tym sezonie rozpocząć ekspansję na zagraniczne rynki, stąd ta zmiana. Trzymajcie za nas kciuki :)Dzianina, którą wybrałyśmy do tej kolekcji, to cienka bawełniana dresówka z domieszką elastanu, by ubranka były wygodniejsze i pozwalały na wszelkie ewolucje. Tak samo legginsy i syrenki, które również uszyte są z cienkiej i bardzo elastycznej dzianiny bawełnianej. Obie zostały wyprodukowane na nasze zamówienie bez ciężkiej chemii i rekomendujemy je nawet najmniejszym dzieciom - w końcu najlepszym dowodem są nasze maluszki od stóp do głów w BPM <3      Jestem z nas bardzo dumna… nie macie pojęcia, jak trudno było nam wygrać z tą kolekcją. Problemy piętrzyły się w najmniej sprzyjających momentach… Nie poszło nam z górki. Pomyłki w produkcji, pomylone zamówienia, opóźnienia w realizacji, kolejki… Jak to zwykle zresztą bywa. Tylko że tym razem miałyśmy aż trzy przeszkadzajki - z priorytetem zero, czyli natychmiast wymagające reakcji, delegujące pozostałe zadania na końce list "to do asap" ;) I chociaż stawałyśmy na rzęsach, to po prostu nie dałyśmy rady zrobić zaplanowanych zadań do deadline'u. Nawet mimo pomocy najbliższych premiera kolekcji przesunęła się o półtora miesiąca. Pewnie byłybyśmy niezwykle sfrustrowane, gdybyśmy nie były tak zmęczone… Ale po raz kolejny naszym życiem zawładnęła tajemnicza siła. Magia, która sprawia, że po prostu się udaje. Po prostu, bez destrukcyjnego stresu i nadludzkiego wysiłku. I mimochodem dokonałyśmy niesamowitego odkrycia, którym musimy się z Wami podzielić. Nową zasadę, która chwilowo rządzi naszym życiem. NIE MA DEADLINE'ÓW. Po prostu nie ma. Nie istnieją. Świat się nie zawalił, firma nie zamknęła. Zaplanowana na koniec marca sesja zdjęciowa odbyła się ostatecznie na początku maja… za to w kwitnącym sadzie jest bardziej zachwycająca niż ta w zamkniętej przestrzeni! Na zewnątrz kilka tygodni temu było jeszcze tak ziiiimno… a w maju zostałyśmy doświadczone najpiękniejszą, świeżą, słoneczną aurą. I cudów dokonała nasza Indygo.Tree, wyciągając z białego wiosennego szaleństwa esencję subtelności, delikatności, pachnącej świeżością, majowej wiosny… Nie ma deadline'ów. Cudowne odkrycie, prawda? Trzeba nieraz odrzucić sztywne granice, by odkryć za nimi jeszcze piękniejszą perspektywę…      Cieszymy się, że jesteście z nami. Nieodmiennie. Akceptujecie nasze poślizgi i wymówki - za którymi stoi tak prosta, znana wszystkim mamom i tatom codzienność. Dopingujecie nas, gdy opadamy z sił i podajecie rękę, gdy momenami mamy chęć schować się w czarnej dziurze, by już nigdy nie wyjść, uciec przed wszystkimi problemami, którym wtórują trzy małe syreny… I mam nadzieję, że czujecie również, że to wszystko, co udaje nam się stworzyć, naprawdę powstaje z miłości… Nie tylko do naszych dzieci. Do Was również. Kochamy Was i nie chcemy już świata bez BPM <3 Chociaż czasem, uwzględniając niekończące się nocne nadgodziny przed ekranem laptopów, bilans wychodzi na zero… to dla nas zawsze jest bardzo na plusie. Dla tej satysfakcji, spełnienia i po prostu radości, że jest - zawsze będzie warto… Dlatego… LET THE MAGIC BEGIN! Lećcie po nasze letnie nowości <3www.boginieprzymaszynie.plDziękujemy za piękne zdjęcia naszej niezrównanej Indygo Tree <3 xoxo!P & M

Czas idealny… Majówka, Olsztyn i MY :D

Boginie przy maszynie

Czas idealny… Majówka, Olsztyn i MY :D

     Gdy ogromne zmęczenie materiału daje się we znaki wszystkim dookoła… po prostu trzeba zmienić na chwilę otoczenie, by wypaść z domowej rutyny. Dlatego my, Marta i ja, plus nasza boska gromadka i nasi wspólni przyjaciele, co roku wybywamy za miasto. Niedaleko - tylko o tyle, by poczuć się dobrze gdzieś indziej i spędzić trochę więcej "quality time" z najbliższymi…(fot. Magdalena Sulwińska)     W tym roku wyjechaliśmy do Olsztyna. Pierwszy raz i na pewno nie ostatni. Cudowna infrastruktura wakacyjna! Dalibyśmy wiele, by nie musieć wyjeżdżać :D Pogoda nas rozpieściła, a sam hotel zapewnił tyle ile trzeba relaksu, ciszy, atrakcji. Przepyszne jedzenie, które magicznie pojawiało się samo na stole ;) i jeszcze lepsze widoki pozwoliły nam wszystkim naładować baterie na najbliższe miesiące. Wreszcie był czas na niekończące się ploty z przyjaciółmi, trzygodzinne wycieczki rowerowe, jazdę na rolkach, spacery wokół jeziora, spanie o dziesiątej wieczorem - z kurami :D - i czytanie książki na leżaku… słowem - urlop idealny. Bałam się, że dla maluszków ilość nowych bodźców - nowe miejsca, zapachy, ludzie będzie zbyt duża, ale bardzo się myliłam. Wykończone godzinami na świeżym powietrzu spały aż miło - po dobre cztery, pięć godzin w nocy bez pobudek. W dzień również były pogodne i cierpliwe… Dla mnie - nowa jakość życia :D I oby im tak zostało!Po raz kolejny ilość fot mówi o tym, jak było genialnie…  Nie mamy fot z przyjaciółmi, i po raz kolejny nie mamy z Martą ani jednego wspólnego zdjęcia ;) Relaks, spokój, cisza, radość z przebywania z najbliższymi w zupełności wystarczała… Budowaliśmy wspomnienia, zamiast robić zdjęcia. Tylko tyle. I aż tyle.Ja narzekałabym jednak, że nie mamy wspólnego rodzinnego zdjęcia z tego wyjazdu… ale nie! Na sam koniec czekała nas niezwykła niespodzianka. Już dawno temu Magdalena Sulwińska zaprosiła naszą gromadkę do udziału w jej projekcie "Rodzina". To cykl fotografii przedstawiających spełnione rodziny wielodzietne. Gdy ostatniego dnia okazało się, że Magda jest z Olsztyna, w ciągu godziny umówiłyśmy się i oto jest - jedna z niewielu wspólnych fot do rodzinnego albumu <3 Przemiła pamiątka. Dziękujemy!(fot. Magdalena Sulwińska)A na zupełny koniec muszę Wam powiedzieć… ta majówka była dla nas prawdziwą ciszą przed burzą. Na dniach nadchodzi bowiem boska kolekcja na lato… Dzisiaj odbyła się jej sesja zdjęciowa. I uwierzcie mi.. jest na co czekać! Bo w Tajemniczym Ogrodzie dzieją się prawdziwe cuda…(fot. Indygo Tree)

True life… czyli w poszukiwaniu straconego czasu

Boginie przy maszynie

True life… czyli w poszukiwaniu straconego czasu

Uświęcona

Boginie przy maszynie

Uświęcona

     Czysta radość, czysta miłość i prawdziwe szczęście odnalezione w codzienności. Kolorowa rzeczywistość, która dla innych mogłaby wydać się szara i przerażająca. Wielka rodzina, domowy rozgardiasz, hałas, bałagan i piski radości…      Nasz dom. My. Rodzice i dzieci. Dzieciokracja. Rzadko uwiecznione sukcesem próby zapanowania nad chaosem. Wesoły harmider i poczucie szczęścia odnalezione tam, gdzie kto inny dostrzegłby powód do zdenerwowania. W pojedynczej skarpetce pod kanapą. W niedojedzonej kanapce na talerzu. W wiecznie pełnym koszu na bieliznę. W różnych, niedopasowanych do siebie kubkach na stole. Bo każdy z nas lubi inny…Nieidealnie.Idealnie.     Proste relacje. Zaufanie. Przytulanie. Wsparcie. Akceptacja. Szacunek. Radość i miłość.Zwykły rytm. Śniadanie, obiad, kolacja. Przedszkole, szkoła, trening albo spacer w parku i przedpołudniowa drzemka. Poranki pełne pośpiechu i niekończące się usypianie dzieci. Rytuały.Niedokończone, poszarpane rozmowy. Czasem lampka wina przy oglądanym razem filmie, z reguły jednak wyszczerbiony lekko kubek z herbatą. Chwile ciszy, którą tak się docenia dopiero wtedy, gdy jej nigdy nie ma. Czas we dwoje cenniejszy niż wygrana w totolotka. Tak samo rzadki.      Z każdym dzieckiem w naszej rodzinie jest tego więcej. Rozrastają się nasze ramiona i serca, wypełnia się na nowo każdy centymetr przestrzeni. Powietrza. Miejsca na kanapie. W koszu na pranie.Najlepsza lekcja, którą niosą dzieci. Mniej znaczy więcej.Zawsze.      Przed Świętami życzymy Wam, byście odnaleźli taki spokój we własnym domu. Nie chcieli więcej, niż macie, przynajmniej nie za wszelką cenę. Wszystko, co dobre, powstaje z miłości. I tylko o nią trzeba dbać. Reszta przyjdzie sama… albo i nie. Pamiętajcie, że miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli. Tak zwyczajnie, bez fanfar, po cichu i sama przez siebie… Uświęcona.Wesołych Świąt! ~ P.

Mania przebierania, czyli zabawa z FUNIDELIA // KONKURS

Boginie przy maszynie

Mania przebierania, czyli zabawa z FUNIDELIA // KONKURS

     Gdy przeprowadzaliśmy się do Nowego Domu, planowaliśmy urządzić dzieciom parapetówkę. Zaprosić kolegów i koleżanki, kuzynki i kuzynów. Jednak forma w końcówce ciąży i nadmiar obowiązków już po porodzie, jak łatwo się domyślić, pokrzyżowały nam plany! Dlatego do tematu powróciliśmy dopiero pod koniec karnawału, gdy nasze dzieci nie chciały zdejmować z siebie kostiumów z bali przebierańców, organizowanych przez przedszkola i szkoły. Zbiegło się to z fantastyczną ofertą od Funidelia.pl - zdecydowanie sklepu jedynego w swoim rodzaju, gdzie w krótkiej chwili przemienisz się w bohatera… jakiego tylko sobie wymyślisz!     Postanowiłyśmy zatem z Martą wykorzystać okazję i zorganizować parapetówkę w Nowym Domu pod hasłem przebieranek. Mniej więcej odkąd zaczęła się promocja nowego filmu Gwiezdnych Wojen, moje dzieci opanowała totalna gorączka. O dziwo, najmocniej na "StarWarsową" chorobę zapadł Felek - nagle zamarzyło mu się zostać bohaterem ciemnej strony mocy. Mój Felek, wielbiciel zwierzątek, pandusi i innych słodziaków! Przebrany chodzi po domu prawie codziennie, a elementy stroju stara się przemycać także do przedszkola :))Dzieci bez końca wybierały kostiumy z niezwykle bogatej oferty sklepu. Ostatecznie na imprezie nie zabrakło StarWarsowych akcentów. Miecze świetlne, nieodzowna piniata i stroje - Felek, jakże by mogło być inaczej, został Kylo Renem, a Maks, dla przeciwwagi, wcielił się w postać Luke Skywalkera. Z mojej trójki jedynie Filip pozostał wierny swojemu największemu bohaterowi, Harry'emu Potterowi :D Odkąd na Gwiazdkę dostał zestaw małego magika, non stop ćwiczy "sztuczki" :)Kuba, i Manio, nie znający Star Wars, mieli swoich superbohaterów i pozostali wierni Supermanowi i Spidermanowi ;)  Do kompletu wpasował się jeszcze Kapitan Ameryka - bo duży Maks miał potrzebę zamanifestowania się także od strony superbohatera z komiksu, a co ;) Kto mu zabroni :D   Od dawna wiem, że duży Maks nadaje się na modela :D   Musiało się też odbyć klasyczne gwiezdne starcie ;)  Odrobina szaleństwa nam też się przydała :D    Wreszcie miałyśmy możliwość poświęcić więcej uwagi i pobawić się ze Starszakami - bo z oczywistych względów ostatnio to mali bohaterowie pozostają na pierwszym planie. Maluchami zajęli się tego dnia Tatusiowie, a my z Martą, w naszych czadowych perukach, wywijałyśmy z dziećmi na parkiecie ;) Filip z Maksem przy pomocy YT robili za DJów, także miałyśmy Kapitana Amerykę i Harryego Pottera za konsolą - byliście kiedyś na lepszej imprezie? ;)Jeśli macie ochotę odtworzyć taką zabawę u siebie, zapraszamy do prostego konkursu! Do wygrania bon na zakupy w sklepie www.funidelia.pl o wartości aż 300zł :)Co zrobić, by wziąć udział?1. Wybierz dowolny kostium dla siebie lub dziecka ze strony www.funidelia.pl2. Umieść w komentarzu pod tym postem link do wybranego kostiumu wraz z uzasadnieniem: Dlaczego nagroda powinna trafić właśnie do Ciebie?3. Będzie nam miło, jak pod postem konkursowym na FB (tu: klik) zaprosisz trzy osoby do zabawy :)Zabawa trwa od 15/03 do 22/03, wyniki zostaną ogłoszone do 29/03 :)Zapraszamy do zabawy! 

Czwarty trymestr - pierwsze trzy miesiące za nami!

Boginie przy maszynie

Czwarty trymestr - pierwsze trzy miesiące za nami!

Miracle babies… czyli noworodkowa sesja bliźniąt

Boginie przy maszynie

Miracle babies… czyli noworodkowa sesja bliźniąt

     Życie pisze niespodziewane scenariusze. I nikt nie wie tak dobrze jak ja, że zwykle są one lepsze, niż gdybyśmy my mieli decydować… Pojawienie się w naszej rodzinie bliźniąt było dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem. I tak samo było z tą sesją, która - jak myślałam - nie do końca się udała… a jednak zaowocowała tak pięknymi zdjęciami moich cudownych dzieci - których zupełnie się nie spodziewałam!    Maluszki miały dziesięć dni. Ja czułam się bardzo kiepsko, ale termin sesji był umówiony od miesięcy. Autorka zdjęć, czyli Marta Obiegla, przyjechała do naszego domu z asystentką, położną, całą masą sprzętu, farelką, lampą, całym bagażem teł i akcesoriów, i niezwykle profesjonalnie zabrały się do pracy. Przyjacielska atmosfera nie wpłynęła jednak kojąco na maluszki - nie dały się namówić i przez sześć godzin spały razem łącznie pięć minut! Każda próba ułożenia ich w fotogenicznej pozycji kończyła się pobudką. Szczerze mówiąc, spisałam tę sesję na straty i tylko z racji kiepskiego samopoczucia po cc nie miałam siły się złościć. I gdy dostałam zdjęcia… nie mogłam uwierzyć, że z tego chaosu udało się wydobyć takie piękne kadry! A jedno ze zdjęć zrobiło nawet międzynarodową karierę w konkursach fotograficznych - brawa dla Marty!Zawsze czujny - Gu <3(fot. Marta Obiegla)      Patrząc na zdjęcia nie mogę uwierzyć, że Okruszki miały wtedy tylko dziesięć dni, były takimi maleńkimi, chudziutkimi jeszcze żabkami, a dzisiaj mają już prawie trzy miesiące… Niesamowicie się zmieniły, urosły, a ich buzie wypełniły. Patrzą czujnie na świat i świadomie zapraszają do zabawy, gdy tylko ktoś się nad Nimi pochyli. Nie wiem, kiedy to się stało! Na pewno nie wtedy, kiedy patrzyłam, chociaż patrzę prawie cały czas, nie chcąc uronić ani chwili, by nie przegapić żadnego cudu…Co ja bym zrobiła bez zdjęć, dzięki którym można chociaż trochę cofnąć się w czasie?..~P.

Trzy serca w jednym ciele, czyli sesja ciążowa podwójnej mamy

Boginie przy maszynie

Trzy serca w jednym ciele, czyli sesja ciążowa podwójnej mamy

     Jako dziecko ponoć opowiadałam wszystkim, że będę mieć dużo dzieci…  Ale gdy dorosłam i byłam mamą trzech synów, byłam przekonana, że to "dużo" właśnie już szczęśliwa trójka. Jednego tylko żałowałam - że w ciągu tych trzech ciąż nie udało mi się zrobić ciążowej sesji, którą sobie kiedyś wymarzyłam… Dlatego gdy dowiedziałam się o kolejnych maleństwach w brzuszku, wiedziałam - tym razem nie odpuszczę!     W poprzednich ciążach jakoś się nie składało. Nie ten humor, nie ten czas, albo pilniejsze wydatki… z reguły zanim się obejrzałam, już biegłam na porodówkę i - cześć pieśni! Dlatego w tej ostatniej powiedziałam sobie, że choćby się miało walić i palić - zrobię.Dokładnie wiedziałam, jak moja idealna sesja powinna wyglądać. Ja, alias bogini płodności i królowa męskiego teamu… a w tle surowe piękno naszego morza. Nie było łatwo, bo co i rusz "coś" stawało na przeszkodzie, a to pogoda, a to pobyt w szpitalu, a to poczucie, że wyglądem przypominam bardziej wieloryba wyrzuconego na brzeg niż nordycką księżniczkę… ale ostatecznie… udało się. Głównie dzięki wspaniałemu Rafałowi z Trochę Fajny Fotograf (klik), który okazał anielską cierpliwość co do ciągłych zmian w czasoprzestrzeni i całkowicie dopasował się do naszych rodzinnych możliwości - z racji absolutnej niechęci do pozowania moich dzieci sesja musiała być super - krótka.Ostatecznie kolejne marzenie na mojej liście "to come true" zostało odhaczone, a ja mam wreszcie cudowną pamiątkę z tego niezwykłego dla mnie okresu, gdy biły we mnie jednocześnie trzy serca… A tu mój pierworodny syn, Filip. Początek najpiękniejszej przygody w moim życiu. Niekończąca się opowieść o miłości…     Muszę się Wam do czegoś przyznać. Na początku ciąży byłam przerażona - nie tylko czekającymi mnie nowymi wyzwaniami, ale także, zupełnie prozaicznie i egoistycznie… bałam się, że to oznacza pożegnanie z moim ciałem, . Oglądając ogromne brzuszki podwójnych mam, znając swoją tendencję do rozstępów, tycia w ciąży, strasznie się bałam, że tym razem będzie jeszcze gorzej - bo podwójnie. Ale los był dla mnie niezwykle łaskawy… przytyłam tyle, co w pojedynczych ciążach (23kg), co głównie skoncentrowało się w brzuszku, i uwierzcie mi: nie mam ani jednego nowego rozstępu. Chciałabym napełnić was nadzieją - to naprawdę da się zrobić! Ja zaparłam się w sobie i nie odpuszczając ani jednego dnia, smarowałam się przynajmniej dwa razy dziennie olejkiem oraz kremem przeciw rozstępom. Wybrałam kosmetyki z serii SOS dermo mum Tołpy - to nie jest żadna kryptoreklama. Piszę wyłącznie dlatego, bo jestem nimi autentycznie zachwycona. Naprawdę warto. Dzisiaj praktycznie wróciłam do wymiarów sprzed ciąży, no, może poza brzuszkiem, ale do tego już się przyzwyczaiłam, jako że mnie się wołami na siłownię nie zaciągnie!Zdjęcia autorstwa  Rafała // Trochę Fajny Fotograf <3          Wracając do sesji… nie mogę uwierzyć, że to było raptem kilka miesięcy temu! Jak w tym krótkim czasie mógł zmienić się cały nasz świat? Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez moich Okruszków. Jak to możliwe, że kiedyś byliśmy szczęśliwi bez nich, a gdy teraz znikają mi z oczu, czuję trochę irracjonalną, trochę niesamowitą pustkę w ramionach, którą tylko Oni potrafią wypełnić?A może wiem…? Miłość się mnoży, kiedy się ją dzieli. To cud po prostu. Kolejny w moim życiu…~P.

Histeria wokół szczepień, czyli jak w tym wszystkim zachować zimną krew

Boginie przy maszynie

Histeria wokół szczepień, czyli jak w tym wszystkim zachować zimną krew

Opowiem Wam dziś o rzeczy, która stresuje mnie jak nic innego. O czymś, co dotyczy każdej z nas, matek. Jedne z nas podchodzą do sprawy bezrefleksyjnie, zdają się na opinię lekarza. Inne analizują i rozważają wszystkie za i przeciw. Jeszcze inne tkwią w zawieszeniu i nie wiedzą, do którego obozu przystać. I do tego ostatniego długo należałam ja sama. Jednak od ponad czterech lat regularnie czytam publikacje, analizuję różne postawy i opinie. Jestem mniej lub bardziej zatroskana. Nie zmieniam jednak swojego stanowiska: JESTEM ZWOLENNICZKĄ SZCZEPIEŃ.źródło:huffingtonpost.comJako mama trójki mam już mocno wypracowaną opinię na ten temat . Uwierzcie, przeanalizowałam wszelkie możliwe zagadnienia na wskroś i przyznaję, że zgłębianie tematu powodowało, że wiedziałam coraz mniej. Czytałam coraz to bardziej specjalistyczne publikacje i czułam się coraz bardziej skołowana. Nie mówiąc już o opiniach osób, węszących spisek eliminowania ludzkości za pomocą szczepionek. Zdaję sobie sprawę, że narażam się wielu osobom. Że ruchy antyszczepionkowe są coraz silniejsze. Ale jednak ja sama postanowiłam potraktować temat zdroworozsądkowo. Zachować zimną krew i działać intuicyjnie, mając na uwadze dobro swoich dzieci.Nie czuje się kompetentna,  by wchodzić w zaawansowane dyskusje. Zostawiam je lekarzom i osobom ze środowisk medycznych. Na korzyść szczepień przemawia moim zdaniem fakt, że wszystkie mi znane mamy lekarki, w tym pediatrzy, szczepią swoje dzieci.My swoje dzieci postanowiliśmy zaszczepić metodą 6w1, jeśli chodzi o szczepienia obowiązkowe.  Zdecydowaliśmy się także na pneumokoki oraz rotawirusy.  Cała trójka szczepionki znosi tak sobie. Gorączkują, są marudni. Sama bardzo ciężko to przechodzę, ale powtarzam sobie w głowie jak mantrę, że podjęłam tę decyzję świadomie, kierując się dobrem dzieci.Mam okresowo większe lub mniejsze obawy związane ze szczepionkami. Zawsze jednak trafiam na lekarzy, którzy mnie uspokajają.  Zapewniają o szeregach badań, testów i wymogów, jakie muszą przejść szczepionki, zanim poda się je dzieciom. Mają różne zdania na temat szczepień fakultatywnych, ale jednak zawsze zwycięża postawa proszczepionkowa. Moje wszystkie dzieci są jeszcze małe, uczęszczają do placówek oświatowych, mają kontakt z wieloma różnymi zarazkami. Chcę wierzyć, że zadbałam o to, żeby były bardziej bezpieczne.Są momenty, gdy z większą intensywnością słucham opinii antyszczepionkowców, analizuję ich punkt widzenia i obawy. Jednak zawsze wracam do punktu zero: uważam, że dzieci trzeba szczepić, jeśli nie ma ku temu przeciwskazań zdrowotnych.Uważam, że jako matka biorę odpowiedzialność za moje dziecko, ale jako obywatel, członek pewnej społeczności, jestem odpowiedzialna także za to, by podjąć wszelkie działania, które utrzymają status quo i nie pozwolą na powrót chorób, które przez lata siały śmiertelne żniwo.Oczywiście przyznaję, że doniesienia o możliwych skutkach ubocznych, o przypadkach autyzmu, o odczynach poszczepiennych sprawiają, że jako matka czuję się rozdarta. Bo taki mały organizm jest szczególnie wrażliwy na możliwe działania niepożądane. Ale tłumaczę sobie, że podobnie zwykły paracetamol czy ibuprofen mogą wywołać reakcje alergiczne. Czytałam o całkiem poważnych. Podobnie syropy na kaszel, antybiotyki.  A jednak są sytuacje, w których podaję je dzieciom. Bo bilans zawsze jest na plus, jeśli chodzi o stosowanie.Przyznam, że w dobie dzisiejszego dostępu do informacji, podjęcie decyzji o szczepieniach jest bardzo trudne. Opinie antyszczepionkowców są na wyciągnięcie ręki, podobnie jak proszczepionkowców. Komu ufać, komu wierzyć? Które zdania są bardziej wiarygodne, a które zupełnie wyssane z palca? Wokół szczepień narosło wiele mitów, wiele negatywnych opinii, a ja szczerze przyznam, że nie czuję się na siłach, żeby z nimi walczyć. Zaufałam pediatrze, chcę wierzyć, że jego wiedza i kompetencje pozwalają na uspokojenie sumienia.Nie oceniam żadnej postawy. Gdy znajome mamy, pytają mnie o opinię, zawsze przedstawiam swoją, ale nie wchodzę w dyskusje. Nie miałabym odwagi w tak ważnym temacie narzucać swojego zdania. Ale chętnie poznam Wasze. Jaką macie opinię w temacie szczepień? Na co się zdecydowałyście?

Dzieciństwo z Tripp Trapp / KONKURS

Boginie przy maszynie

Dzieciństwo z Tripp Trapp / KONKURS

     Moja przygoda z Tripp Trapp od Stokke nie jest tak naprawdę moja, tylko moich dzieci… od dwóch miesięcy testujemy z Okruszkami te krzesełka i… zachwytom nie ma końca!Przeczytajcie o naszych dotychczasowych doświadczeniach, a pod koniec wpisu będzie dla Was wielka niespodzianka :DTripp Trapp od dawna wydawały mi się krzesełkami idealnymi, czytałam o nich wiele, podobały mi się strasznie… Ale nie nadarzyła się dotąd okazja, by ich wypróbować. Do momentu, gdy okazało się, że dołączą do nas dwaj nowi członkowie rodziny i krzesełka firmy Stokke przydadzą się nam bardziej, niż moglibyśmy podejrzewać…!(fot. Stokke)Szczerze mówiąc, Tripp Trapp kiedyś wydawało mi się wyłącznie z krzesłem biurkowym. Pewnie dlatego, że pierwszy raz natrafiłam na nie przy wyborze krzesełka do biurek moich starszych chłopców. Dlatego, gdy ostatnio zaczęłam na nowo przeglądać rynek akcesoriów dla niemowląt, zdziwiłam się, widząc, jak wiele ma ono możliwości! To krzesło naprawdę rośnie z dzieckiem… i mam ogromną przyjemność patrzeć, jak dzieje się to na moich oczach, bo moje Okruszki już od miesiąca z nich korzystają! Z czasem będziemy się w nich karmić, a potem uczyć. Ale już dzisiaj korzystamy z nakładki Newborn Set, czyli siedzonka dla maleństw od pierwszego dnia życia. Sami zobaczcie, jak to u nas wygląda:     Najważniejszą, według mnie, zaletą tego krzesełka w wersji dla maluszka jest to, że siedzisko jest wysoko. Wszystkie leżaczki, bujaczki, huśtawki, kojce są nisko, blisko podłogi. Co z tej perspektywy maluch widzi? Sufit, nasze kolana, szafkę pod TV… Krzesełko Tripp Trap z nakładką Newborn Set umożliwia lepszą perspektywę, maluszek może obserwować świat z punktu widzenia kilkuletniego dziecka, być w centrum wydarzeń. Co za tym idzie - można łatwiej i częściej nawiązać z nim kontakt wzrokowy, co wspomaga budowanie więzi. Pozwala nam też na większą swobodę - gdy chcemy - na przykład - gotować, a dzidziuś nie ma ochoty tracić nas z oka  - nic prostszego :) Dzięki Tripp Trapp nawet taki maluch może mieć wszystko pod kontrolą. Nie uwierzylibyście, ale Gucio nie traci mnie z oka, odkąd skończył sześć tygodni - niesamowicie mądre ma spojrzenie i niezwykle baczne. Gdy znikam - lamentom nie ma końca ;) Synuś mamusi!     Co więcej, taka pozycja dla malucha ułatwia, a raczej w ogóle umożliwia pracę. Gdy muszę popracować w dzień, przystawiam Okruszki do stołu, a one patrzą na mnie lub na zabawki, zawieszone na dołączonym do zestawu pałąku. It works! :DPiąteczka! :D Łatwo sobie wyobrazić również, że i nasze rodzinne posiłki są od niedawna naprawdę wspólne i nie dlatego, że musimy maluszki trzymać w ramionach…Jeszcze jedna zaletą jest waga Tripp Trapp z nakładką Newborn Set. Są lekkie, bardzo stabilne i wbrew pozorom zajmują mniej miejsca niż tradycyjne bujaczki, huśtawki czy krzesła do  karmienia, przez co bardzo łatwo jest je przestawiać. Jeżdżę z nimi dosłownie po całym salonie - od okna do kuchni, od kuchni do stołu i z powrotem do okna. Moje maluchy bardzo lubią patrzeć przez okienko na ogródek :D Niewiele jeszcze widzą, ale najwyraźniej im się podoba, a zieleń zza okna chyba ich koi, bo z reguły znajduję ich śpiących… :DCo najważniejsze, siedzisko w zestawie dla noworodka jest zaprojektowane przez specjalistów i wspomaga prawidłowy rozwój kręgosłupa. Ta idea przyświeca całej linii produktowej Tripp Trapp i czyni to krzesło wyjątkowym na rynku. Dlatego też zyskało ono zwolenników na całym świecie i w niezmienionym kształcie produkowane jest już od czterdziestu lat!Ponadto zdecydowanie warta uwagi jest także praktyczna strona krzesełka. Już niebawem wraz z zestawem Baby Set będę mogła przekształcić nasze niemowlęce krzesełko w krzesło do karmienia, dzięki którym maluszki będą siedzieć z nami przy stole, lub rysować, układać puzzle… Z czasem Okruszki pójdą do szkoły i wówczas Tripp Trapp będą ich krzesełkami do nauki przy biurku, by jeszcze później - służyć im nawet, gdy będą całkiem dorośli…  I przez cały ten czas będą wspierać prawidłową postawę kręgosłupa :) Czy to nie genialne rozwiązanie? Tym bardziej, że krzesełka występują od niedawna w trzech nowych kolorach (łącznie aż w trzynastu!), przez co dopasujesz je do każdego wnętrza :) Dzisiaj mam dla Was niezwykłą niespodziankę :)KONKURS, w którym do wygrania jest:KRZESŁO TRIPP TRAPP W DOWOLNYM KOLORZEWRAZ Z ZESTAWEM BABY SET ORAZ PODUSZKĄ!(fot. projectnursery.com)Co zrobić, by wziąć udział w konkursie? 1. W komentarzu opisz nam (krótko :D) najpiękniejsze wspomnienie z Twojego dzieciństwa Podaj w nim wybrany kolor krzesełka Tripp Trapp, poduszki i zestawu Baby Set - do wyboru tu (klik)Podaj link do swojej strony, z której udostępniasz post - koniecznie! 2. Polub na FB boginieprzymaszynie oraz Stokke Polska3. Udostępnij publicznie TEN post konkursowy (klik) na FB lub blogu4. Uczestnik ma możliwość dodania tylko jednego komentarza.5. Za wygraną nagrodę nie przysługuje ekwiwalent pieniężny.Konkurs trwa od piątku 12 lutego do 29 lutego 2016Wyniki najpóźniej do 5 marca ukażą się w tym poście konkursowym.Nagroda zostanie dostarczona do zwycięzcy w czasie do 21 dni po zgłoszeniu się :)Zapraszamy do zabawy!

Poród

Boginie przy maszynie

Poród "na życzenie"… dobre sobie! Czyli o SN i CC słów kilka

Sukces większy niż inne

Boginie przy maszynie

Sukces większy niż inne

O raju, nie było mnie tu ponad miesiąc. Jakby ktoś zapytał, to z rozpędu odpowiedziałabym, że tydzień, może półtora. Cały ten czas zlał mi się w jeden, przeraźliwie długi dzień. Z mnóstwem powtarzających się obowiązków. W połowie grudnia zapadłam na zapalenie płuc i wtedy też zaczęły się komplikacje. Na pewno znacie to z autopsji: łańcuszek chorób, tata załapuje od mamy, dzieci od rodziców i przekazują kolejnym osobom dalej. I od nowa to samo.Ostatnie półtora miesiąca spędziłam na ciągłym pielgrzymowaniu do przychodni. Znają mnie tam z nazwiska już chyba wszyscy. Zresztą na pogotowiu, na izbie przyjęć w szpitalu i nawet na oddziale laryngologicznym też. Przeszliśmy chyba przez wszystkie stadia i instytucje medyczne;-) Ale wcale nie o tym chciałam pisać. To tak w ramach usprawiedliwienia (się). Wybaczycie? ;)Opowiem Wam o czymś, co mnie ostatnio najbardziej zajmuje, cieszy, budzi dumę. O sukcesie, który jest dla mnie większy niż wszystkie inne, które do tej pory postrzegałam jako największe.  O sukcesie, który mnie wzrusza bardziej niż cokolwiek innego. Który jest zwieńczeniem wszystkich dotychczasowych starań, trudnych dni. Który pozwala z przymrużeniem patrzeć na każdą kolejną awaryjną sytuację, który wymaga ode mnie ogromnych pokładów cierpliwości i opanowania. I którym wreszcie chwalę się bez cienia skromności.Daje mi on poczucie dobrze wykonywanej roboty. Poczucia, że starania nie idą na marne i że dzieci realnie chłoną słowa, które im na co dzień przekazujemy. Jak takie małe gąbeczki, które absorbują z najbliższego otoczenia atmosferę, sposób odnoszenia się do siebie, wyrażania swoich emocji, werbalizowania własnych potrzeb i budowania relacji z innymi domownikami.Ale od początku. Od kiedy na świecie pojawił się Maksio, nasz syn numer dwa, postanowiliśmy, że będziemy chłopców wychowywać tak, by trzymali sztamę przede wszystkim ze sobą. Nas zapewne kiedyś zabraknie, najważniejsze więc, żeby bracia mieli ze sobą silną więź. Żeby tworzyli zgrany zespół. Żeby ich relacja nie wynikała jedynie z poczucia obowiązku, ale z potrzeby bycia razem.  Żeby wspólne spędzanie czasu było przyjemnością, a nie koniecznością. Żeby nawzajem darzyli się szacunkiem i potrafili cieszyć z sukcesów tego drugiego. Od początku kładliśmy na to największy nacisk. Staramy się traktować chłopców równo i sprawiedliwie. Tłumaczymy wszystko dokładnie i pokazujemy, dlaczego nie warto zazdrościć drugiemu. Wyjaśniamy, dlaczego sukces jednego powinien być radością, ale także motywacją dla tego pierwszego.Często zostawiamy ich samych, we własnym dwuosobowym gronie. Nie zakłócamy ich rozmów, ustaleń, nie wtrącamy się, nawet jak czasem iskrzy. Wkraczamy wtedy, kiedy to konieczne, starając się nie zajmować strony żadnego.I wiecie co? Już teraz widzę, jak bardzo chłopcy stoją za sobą murem. Nie ma mowy, żeby pozwolili, żeby bratu działa się krzywda.To strasznie miłe i wzruszające patrzeć, że ich ogromne przywiązanie do siebie wynika nie z chęci przypodobania się rodzicom, ale z potrzeby bycia razem. Często się przytulają. Dbają, żeby drugiemu nic nie zabrakło, żeby nie spotkała go niesprawiedliwość.  Z pewnością pomogła nam niewielka różnica wieku (17 miesięcy).Oczywiście nie zawsze jest tak idealnie. Bo w zasadzie codziennie dochodzi do kłótni i sporów.Ale czym byłoby rodzeństwo bez kłótni. To jak wakacje bez lodów albo basen bez wody. Najważniejsze jednak, by potrafili się przeprosić i dojść do porozumienia.Ostatnio strasznie z jakiegoś powodu zezłościliśmy się na Maksa. Do tego stopnia, że musiał odmaszerować sam do pustego pokoju. Chwilę później, gdy emocje opadły, zauważyłam Kubę stojącego w kącie ze spuszczoną głową.-Mamo, Manio to mój najlepszy przyjaciel. Jest mi smutno, jak na niego krzyczycie. On nie chciał źle, musisz go iść przeprosić.Łzy mi stanęły w oczach! Taki mały, a taki rozumny, z ogromnymi pokładami empatii.A ile ostatnio musiałam się zmagać z własnymi emocjami, ile musiałam chłopcom tłumaczyć, dlaczego Maks nie może chodzić do tej samej grupy w przedszkolu, co Kuba. Wyobraźcie sobie: przygotowywaliśmy Maksia od dobrych dwóch miesięcy do pójścia do przedszkola. Codziennie opowiadalismy, że jak jeszcze trochę podrośnie, zostanie przedszkolakiem, jak Kubuś.  Poza tym widział entuzjastyczne podejście starszego brata i nie mógł się doczekać, aż sam będzie "starszakiem przedszkolakiem". I już pierwszego dnia spotkał go największy zawód, jaki można sobie było wyobrazić.  Z szatni musieli rozejść się do różnych grup. Długo Maksio nie mógł zrozumieć, czemu nie może pójść do grupy z Kubusiem i dlaczego ich rozdzielamy, mimo że płaczą. A Kuba mówił, że mu było w przedszkolu przykro, bo słyszał jak Maksio płacze. I że było mu lepiej, jak już się uspokajał i przestawał płakać.I najważniejsze: mimo że dbamy, żeby chłopcy stanowili zgrany tandem, podkreślamy ich indywidualność. Mają zupełnie inne temperamenty, lubią inne rzeczy. Kuba: ostoja cierpliwości, dokładności. Potrafi godzinami siedzieć i malować, układać klocki, robić rzeczy wymagające skupienia i koncentracji. Maksio to raptus, często brakuje mu cierpliwości, działa pod wpływem emocji. Zdecydowanie wymagają innych metod wychowawczych ;-)Zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek drogi. I staniemy w obliczu jeszcze wielu komplikacji i wyzwań. Ale chcę wierzyć, że dobrze zasadzone ziarno da obfite plony w przyszłości. Zapewne mamy starszych dzieci uśmiechną się pod nosem, bo wiedzą, z iloma różnymi etapami będziemy musieli się zmierzyć. Ale na razie cieszę się ze zwycięskiej bitwy. Doceniam to, co mam. Na pewno pomogła nam mała różnica wieku (17 miesięcy), która początkowo mocno dawała mi w kość. Ale teraz procentuje. Podobno najlepszy prezent, jaki można sprawić dziecku to rodzeństwo, a ja podpisuję się pod tym obiema rękami.Napisałabym Wam jeszcze sporo o moich chłopakach, ale godzina robi się późna, Pola ostatnio kiepsko śpi i w ogóle się nie wysypiam. W zasadzie to prawie w ogóle nie śpię. Biorąc pod uwagę natężenie ostatnich choróbsk i innych komplikacji, sama jestem pod wrażeniem, że jestem w stanie sklecić kilka zdań. Uciekam więc do łóżka, a Wam życzę miłej lektury.PS. Teraz dbamy o relacje bracia-siostra. To już zupełnie inna bajka i inny front do ujarzmienia ;-) I temat na kolejny post.~m.

Za dużo szczęścia… to nie do wytrzymania?

Boginie przy maszynie

Za dużo szczęścia… to nie do wytrzymania?

     Zwariujesz, mówili. Nie będziesz miała chwili dla siebie ani na pracę, mówili. I życzyli, bym się wyspała na zapas, chociaż to i tak się nie uda.I wiecie co… nie mylili się ani trochę!     Tylko dlaczego w tym wszystkim jestem taka szczęśliwa?!(fot. Marta Obiegla Photography)     Chcecie poznać true story?Nie wysypiam się, chociaż nie powinnam narzekać - częściej niż rzadziej zdarzają się noce z czterema tylko pobudkami. Wiem, że to bardzo mało, bo od czasu do czasu zdarz się noc, gdy przespane minuty łączę w godziny na kalkulatorze, bo czuwam przez większość czasu...W dzień nie wiem, w co ręce włożyć, szczególnie, gdy maluszki mają gorszy dzień. Pranie, gotowanie, odkurzanie, prasowanie? Zapomnij! W takie dni śniadanie jem dopiero po trzech godzinach od wstania, do 15 chodzę w piżamie - i to nie z lenistwa. Gdy listonoszowi otwieram drzwi z rozwianym włosem, z dzieckiem przy piersi, nie okazuje najmniejszego zdziwienia - już się przyzwyczaił…Rano zrobioną kawę (zbożową) znajduję w mikrofalówce wieczorem, a kąpiel (luksus) czy szybki prysznic (standard) mogę wziąć tylko wtedy, gdy w domu jest mąż albo babcia i to - przysłowiowo - biegiem. Wychodzę nieraz z jedną nieogoloną łydką, na przykład…W myślach ułożyłam też już ze dwadzieścia postów na bloga, ale gdy siadam do komputera wieczorem (o ile mam wolne ręce), to ze zmęczenia mam w głowie totalną pustkę. Mijają minuty, kwadranse, i nie rodzi się nic… aż po chwili słyszę "łeee, łeee", dobiegające z becika...Ze starszymi dziećmi rozmawiam z jednym ssakiem uwieszonym na piersi, albo przyklejonym w ramionach, bo staram się nie usypiać brzdąców po 18, żeby o 20 padły już  na noc. Przerywamy sobie wzajemnie mówiąc "podaj smoczek, mów ciszej, poczekaj, bo robi kupę"… Często, by chociaż pobyć razem, posiedzieć i się poprzytulać, oglądamy razem w TV programy, gdzie nie trzeba słuchać dialogów. Naszym absolutnym hitem jest "Nasz nowy dom" - nigdy tego dotąd nie oglądaliśmy, a na wszystkich polsatowskich kanałach lecą po 2-3 odcinki dziennie :DRozpoczętą w święta książkę czytam do dziś i jestem w połowie. Czytam codziennie - kilka linijek, zanim zasnę… i nie pamiętam z reguły, gdzie skończyłam, więc co i rusz łapię się, że czytam to samo po raz pięćdziesiąty piąty…Brakuje mi słów. Gadam i piszę, mam wrażenie, jak potłuczona. Pewnie ze zmęczenia jest mi ciężko się skupić na jednym, gdy wiem, że mam milion zaległych rzeczy do zrobienia czy obgadania. Bo wiem, że trzeba przełożyć pranie z pralki do suszarki, albo wstawić zmywarkę, pościelić łóżko albo wstawić obiad…Doszłam do wprawy w pisaniu jedną ręką. A teraz ćwiczę pisanie polskich znaków, używając wyłącznie lewej. Da radę, serio!I dochodzimy do wyrzutów sumienia, gdy siedząc na FB czy pisząc do Was czuję  je nieodmiennie: oto znowu nie robię tego, co powinnam zrobić najpierw. A zaraz obudzą się moje dwa potworki - Czasopożeracze i nic już pewnie nie zdołam zrobić do wieczora…Mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, użalając nad sobą, ale wiecie co… w ogóle tego żalu nie czuję ;) Z tego wszystkiego, co powyżej, chce mi się śmiać i wiem, że gdy kiedyś dzieci przeczytają tego bloga, to będziemy się śmiać razem.(Dzięki Bogu za Szumiącego Misia Whisbear - od czasu do czasu mam wolne ręce ;) )     Taki to czas. Wyjątkowy czas, gdy mam maluchy tylko dla siebie, spędzam z nimi całe dnie i nie mam ochoty tego zmienić. Z przerażeniem myślę o końcu urlopu macierzyńskiego, dobrze, że przy bliźniętach trwa dłużej ;) Nie mam, póki co, najmniejszej ochoty zatrudniać niani, do czego namawia mnie cała rodzina - z mężem włącznie. Ale ja sobie nie wyobrażam, by kto inny uspokajał moje maleństwa, ocierał łezki, pielęgnował odparzone tyłki czy koił przy ataku kolki. A już gdy pomyślę, że to do kogoś innego miałyby wyciągać rączki z radości na jego widok - no nie ;)I chociaż czasem, na koniec dnia mam poczucie, że oto wdrapałam się na Everest i nikt tego nie zauważył… to sama sobie przybijam piątkę. Dałam radę i z czasem będzie coraz łatwiej. A tego czasu - sam na sam - nikt nam nigdy nie zabierze!(kocyk - Titot)     Pewnie niedługo zmienię zdanie i padnę, umęczona, na twarz… ale póki co wołam, krzyczę w środku: chwilo, trwaj!…~ P.

Brotherhood! Czyli bracia mniejsi i Starszaki

Boginie przy maszynie

Brotherhood! Czyli bracia mniejsi i Starszaki

Dwa Okruszki i My, czyli… da się! :D

Boginie przy maszynie

Dwa Okruszki i My, czyli… da się! :D